Data publikacji: 23.04.2009, 23:56:11
Utwór był czytany: 221 razy
Dostojny
ekwita Mariusz Tercjusz Flavius, ocierając spocone czoło i
mamrocząc pod nosem przekleństwa, przeciska się zatłoczonymi
ulicami Wiecznego Miasta. Piekielny żar zamienia brukowe kamienie w
rozgrzaną patelnię, w duchocie oddycha się jak przez mokrą
szmatę. Mimo morderczego upału Via Sacra roi się od zadyszanych przechodniów, tłuszcza blokuje przejście i
szlachetnie urodzony musi torować sobie drogę ciężką, żelazną
laską. Niechaj zaraza wygubi wszystkich śmierdzących, obszarpanych
plebejuszy, to ludzkie błoto. Dlaczego nie wziąłem lektyki?
Zachciało mi się spacerów, główną aleją w słoneczne
południe... Przecież nie mogę się spóźnić, bo jeśli się nie
stawię, to prefekt wyda wyrok na korzyść tego nikczemnika.
Niedoczekanie!
Rozwścieczony
do granic patrycjusz odkopuje czepiającego się jego togi żebraka,
wymija natrętnych ulicznych handlarzy, przechodzi mimo posterunku
pretorianów i skręca w boczną uliczkę odchodzącą od hałaśliwego
targu niewolników. Cień przynosi ulgę, jednakże w panującym
półmroku niewiele widać; ekwita przyspiesza kroku, zna przecież
drogę. To mało używany skrót, jeśli nic nie stanie mu na
przeszkodzie, dotrze nim do bazyliki w dużo krótszym czasie, niż
przedzierając się zapchaną ludźmi i wozami aleją. Szczury
uciekają spod nóg, sandały grzęzną w obrzydliwym błocie,
Flavius co chwila musi odkopywać z drogi miedziane garnki, połamane
ramy okienne i podobne śmieci, idzie jednak szybko, nie zważając
na to. Głowę zaprząta mu bliski proces, w myślach zbija kolejno
argumenty, jakie może wytoczyć przeciwnik, przekonuje prefekta i
zebranych o swoim całkowitym braku winy, wyłuszcza im dokładnie,
iż nie jego winą są szkody w majątku Sylwiusza Oktawiusza
Pulchera, że nie ma na to żadnych dowodów, a cała sprawa jest
kompletnym nieporozumieniem. W jego wyobraźni sądzący potakująco
kiwa głową, zebrani zaś klaszczą olśnieni pięknem, logiką i
jasnością jego wywodów... Rozmyślania przerywa nagłe pojawienie
się w uliczce dwóch zarośniętych obcych, na pierwszy rzut oka
cudzoziemców.. W pierwszej chwili Flavius chce po prostu przejść
między nimi, ale coś- może intuicja- ostrzega go przed zbliżaniem
się do włóczęgów. Przystaje niezdecydowany, tamci zagradzają
sobą wąskie przejście. Wionący potem, piwem i moczem, przyodziani
w cudaczne, ale wybrudzone stroje, jak wszyscy barbarzyńcy
nieogoleni, uśmiechają się dziwnie na jego widok; ich wykrzywione
oblicza przywodzą na myśl zwierzęce mordy. Jeden z nich, z nieco
inteligentniejszą twarzą, zagaja:
-
No, czego się boisz, przyjacielu? Przecież cię nie pogryziemy.-
jakoś te słowa wywołują odwrotny efekt, patrycjusz odruchowo cofa
się o krok.
-
Idźcie swoją drogą- odpowiada zaniepokojony.
-
Ej no, to takie u was, obywateli, chamskie obyczaje?-brodacz - Coś
mi się widzi, że trza szanownego obywatela nauczyć porządku, jak
to leciało, Lembit?
-
Chamstwu – ozywa się towarzysz, jego łacina przyprawia o
zgrzytanie zębów- trzeba siem przeciwstawiać siłom i godnościom
osobistom.-
-
No właśnie, hehe. - pierwszy postępuje ku Mariuszowi, sięgając
ręką za pazuchę. Ekwita maca przy pasie w poszukiwaniu rękojeści
gladiusa, niestety, nie zwykł nosić broni w mieście.
-
Oddaj nam wszystkie pieniądze przyjacielu, a może puścimy cię z
życiem – w dłoni obcego pojawia się paskudnie wyglądający,
zakrzywiony nóż, drugi dobywa nabijanej ćwiekami pałki.- Może.-
-
Jestem ekwitą z rodu Tercjuszów, będziecie mieli kłopoty. Nie
wiece, co to jest?- pokazuje trzymaną w ręku czarną, zakończoną
złotą gałką laskę; zbiry kwitują jego ostrzeżenie koszmarnym
rechotem, rozdzielają się, zachodząc swą ofiarę od boków.
-
Ostrzegam ostatni raz, to się dla was źle skończy.-
-
A kto nam cokolwiek zrobi, no? Znikniemy z miasta, nim ktokolwiek
znajdzie twego trupa, przyjacielu. -
Idioci.
Trudno, edykt zabrania, ale przecież, jako rzecze Cycero, est
enim ea non scripta, sed nata lex, quod vim vi repellere licet.
Brodacz
zamierza się do mordercza ciosu, wtem ekwita unosi laskę- ze złotej
gałki strzela niewielka błyskawica, porażony zbój wrzeszczy i
upuszcza broń. Na twarzy zostaje mu wypalony, łańcuchowaty ślad,
odzież i włosy zajmują się ogniem. Jego towarzysz rzuca się do
panicznej ucieczki, Mariusz samą siłą woli ciska za nim ułamany
fragment spiżowej ramy. Ostry odłamek wbija się w potylicę zbira,
ten pada martwy. Mag podchodzi do drżącego konwulsyjnie,
usiłującego zedrzeć z siebie płonące ubranie brodacza,
kopnięciem przewraca go na bruk. Przystawia różdżkę do czoła
włóczęgi.
-
Nie, panie- leżący z ledwością porusza poparzonymi ustami-
Błagam, ja...-
-
Przyjacielu, śmierdzisz i zawadzasz mi.- Krótki błysk rozświetla
półmrok zaułka. Czarnoksiężnik wychodzi ku blaskowi dnia-
bazylika już niedaleko, prostokątny, zbudowany z czarnego bazaltu
budynek góruje nad forum. Wygaszając artefakt, zmierza w kierunku
wspartego na wysokich kolumnach portyku. Nie ogląda się za siebie.
***
-Proszę
wstać, sąd idzie!- ochrypły głos woźnego sądowego podrywa
zgromadzonych na nogi. Stary goblin rozwiera wrota, wpuszczając do
sali odzianego w purpurową, sędziowską togę Tuliusza Sewera
Agelatusa, tudzież kroczącego za nim czarnoskórego orkickiego
niewolnika, niosącego laskę dostojnika i pęk zwojów. Prefekt
sadowi się na zdobionym krześle pośrodku podwyższonej apsydy i odbiera od sługi papier, zebrani w hali bazyliki nadal
stoją. Za sędzią wmaszerowuje kilku orków- pretorianów o małpich
twarzach, odgradzają go szpalerem od reszty sali, jak gdyby
spodziewali się ataku. W bocznych nawach kramarze, na czas procesu
zmuszeni zaprzestać handlowego procederu, dyskutują żywo o
przedmiocie sporu i szansach stron, mężczyźni w większości
przyznają rację odzianemu w czarną ze szkarłatnym pasem, rycerską
trabeę jasnowłosemu Flaviusowi, kobiety zaś skłaniają się ku
stojącemu obok wysokiemu, młodemu szatynowi Pulcherowi, podziwiając
jego piękne, harmonijnie rozwinięte ciało. Przybrany jedynie w
odsłaniającą łydki i ramiona, modną tunikę ze złotogłowiu, z
utrefionymi włosami i wonący zamorskimi pachnidłami, w kontraście
z weteranem prezentuje się niczym Apollo wobec Hefajstosa, jedynie
czarnoksięska laska w jego dłoni wskazuje na równość stanu
obydwu. Młodzieniec widocznie zauważa niewieście zachwyty,
posyłając co powabniejszym przedstawicielkom płci pięknej
czarujące uśmiechy. Ha, gdyby to one wydawały wyrok, zwyciężyłbym
po pierwszej przemowie; ba, jeszcze przed początkiem rozprawy.
Niestety, sądzi stary dziad Agelatus, do niego przemawiają tylko
zimne fakty; ale nie szkodzi, to ja mam rację i to udowodnię. Po co
ten głupiec Tercjusz w ogóle przychodził na proces? Żeby dać mi
się upokorzyć? To nie pole bitwy, barbarzyńco, tutaj nie można
wygrać, okładając adwersarza pałą po łbie. Ech, wojownicy,
najgorsza i najbardziej prymitywna część Imperium. Dlaczego w
ogóle wpuszczają do towarzystwa ludzi, którzy jedyne co znają, to
rzeź, krew i błoto? Ohyda.
-
Jak widzę, dzielny i wspaniały rycerz Mariusz, spóźniony bo
spóźniony, zechciał jednak przybyć i zmierzyć się ze mną przed
obliczem sędziego? Zaiste, trzeba wiele odwagi, by stanąć samotnie
do pojedynku na słowa, na obcym terenie i wobec nieznanej sztuki
walki.-
-
Och, Fortuna i Iustitia mają wiele wspólnego- obie są ślepe i
obdarzają swą łaską, nie bacząc na osobę. Zaś co do mego
stawiennictwa- przyszedłem choćby po to, by ujrzeć dziw na dziwy i
cud niemożebny, jakiego w Wiecznym Mieście ab urbe condita nie
widziano.-
-
Można li wiedzieć, co to takiego?-
-
Modniś Sylwiusz Pulcher z magiczną różdżką w ręku, trzymający
ją, co prawda, jak niezdarne dziecko, ale zawsze. Ciekaw jestem,
kiedyś jej ostatnio używał, młodzieńcze? Jakoś nie zauważyłem
cię podczas wyprawy przeciwko Białym.-
-
Zostawiam rozłupywanie głów bieglejszym od siebie, przedkładając
towarzystwo pachnących perfumami kobiet nad kompanię śmierdzących
potem orków. Cóż jednak, de
gustibus est non disputandum.-
Wtem
wymianę uszczypliwości przerywa donośny głos prefekta:
-
W imieniu Boga Wszechmogącego, Pana Wszechświata i Nieśmiertelnego
Cesarza Juliusza Fausta Viraga Magnusa, jego zastępcy na ziemi, Pana
i Władcy Wiecznego Imperium, Króla Czarnoksiężników, Ojca
Ojczyzny, Wielkiego Prawodawcy, Obrońcy Ludu i Pogromcy Smoków,
otwieram przewód sądowy. Wieczorem dnia czterdziestego Aprilis,
Anno Domini Dziewięć Tysięcy Dziewięćset Osiemdziesiątego
Czwartego ekwici Sylwiusz Oktawian Pulcher, jako powód i Mariusz
Tercjusz Flavius, jako pozwany stawili się przed sądem
prefekturalnym w celu rozpatrzenia wynikłego pomiędzy nimi sporu.
Powód wnosi o zasądzenie na swoją rzecz zapłaty przez pozwanego
sumy dziesięciu tysięcy denarów tytułem odszkodowania za straty wyrządzone w jego majątku wiejskim
przez pozostawioną bez opieki rozszalałą wiwernę bojową,
należącą do powoda, argumentując iż na podstawie Drugiego Edyktu
Cesarskiego właściciel ponosi odpowiedzialność za szkody
wyrządzone przez swe zwierzę. Pozwany wnosi o oddalenie powództwa.
Czy strony są obecne?
-
Obecny.- melduje Mariusz.
-
Jestem, jakże bym mógł zawieść dostojnego sędziego.- z
uśmiechem ogłasza Pulcher.
-
Czy pozwany uznaje powództwo?-
-
Nie.-
-
Wobec tego, pierwszy zabierze głos powód.-
-
Wysoki Sądzie, wysłuchaj mnie i oceń rozmiar mej krzywdy! Dni temu
dwadzieścia, w czasie Wielkanocy, którą wraz z przyjaciółmi
świętowałem w mej rezydencji w Urbi Draconis, w
mojej willi pod stolicą zjawił się straszliwy potwór, diabeł
wcielony i dzika bestia! Spadł niczym grom z jasnego nieba na
pracujących spokojnie niewolników, jednego na miejscu ubił,
drugiego pogryzł, resztę zaś tak rozgonił, iż dwa dni musiałem
tułać się po lesie z kijem i siecią, aby ich sprowadzić! Na tym
jednak nie koniec, bo przepędziwszy niewolników i poturbowawszy
srodze strażnika, istota owa krążyć poczęła po całym
gospodarstwie, zniszczyła
wózek do pełzaczy, wywróciła płot i połamała łodygi
twardorośli, ale najgorsze jeszcze przed nami- oto potwora, szalejąc
po folwarku, trafiła w końcu na postawioną kosztem trzech tysięcy
denarów oczyszczalnię i jak nie machnie ogonem, jak nie rozniesie w
drzazgi dachu, jak nie przegryzie sita, jak nie złapie w zęby
destylarni i nie wyrzuci na zewnątrz! Najdroższe, kurr...na rzeczy
musiała rozwalić, coby ją zaraza! Potem jeszcze wychłeptała
sfermentowaną spadź z kotła, dobry culleus, i rozochocona
popędziła na pastwisko pełzaczy, oj, tam dopiero poszalała! Z
czystej radości mordowania zagryzła dwa dojrzałe pełzacze,
trzeciego zaś uniosła w szponach wysoko w powietrze i spuściła na
ziemię, aż gruchnęło! Nie wiem, jakim cudem nieszczęsne
stworzenie przeżyło, ale ma tak popękaną skorupę, iż wątpię,
by przetrwało żywe jeszcze choćby dekadę! Zaś co za potwór
poczynił taki ogrom zniszczeń, taką katastrofę i nieszczęście?
Wiwerna Mariusza Tercjusza Flaviusa, a jakże by inaczej! On to
puścił ją luzem, nie wiem, zali umyślnie, czy przez przypadek;
dochodzić tego litościwie nie będę, albowiem tylko o kompensatę
mi chodzi. Pytam więc, czy zapłata dziesięciu tysięcy denarów,
bo tyle wynoszą moje straty, wedle prawa w sumie podwojonej,
sprawiedliwe mi się nie należy? Testes
estote!- tu zwraca się do stojących pod kamienną kolumną
służących, najwidoczniej z owego splądrowanego folwarku.
-
Proszę teraz o zabranie głosu pozwanego.- prefekt wskazuje laską
Mariusza.
-
Wysoki Sądzie, wysłuchaj mnie i uznaj ma niewinność! Wiwerna moja
zwierzęciem jest łagodnym i spolegliwym, nigdy mi się nie
zdarzyło, aby sama poniosła lub ukąsiła kogokolwiek, co dopiero
mówić o podobnej furii! Jestem święcie przekonany, iż w
rzeczywistości szkody w majątku Sylwiusza Oktawiusza Pulchera
zostały spowodowane przez inne stworzenie. Testes estote!- rzuca w
kierunku dwóch przybyłych na proces, ubranych po żołniersku
orków.
-
Jak to?! Niewolnicy, świadkami?! Wysoki Sądzie, sprzeciw! To
niezgodne z Drugim Edyktem Cesarskim!- oburza się Pulcher.
-
Mariuszu Tercjuszu, pański przeciwnik ma rację. -potwierdza
prefekt.- Jedynie wolny może świadczyć, tak mówi prawo.-
-
Znam prawo, Wysoki Sądzie. Ci orkowie są wolni, już od czterech
lat służą mi jako pocztowi; widać zresztą, że przyszli tu sami,
a nie w moim orszaku.-
-
A skąd niby mamy wiedzieć, że to prawda?- młodzieniec nie
rezygnuje.
-
Gdyż zaświadczam to słowem rycerskim.-odpowiada twardo weteran.-
Oczywiście, można przeprowadzić dowód; Tytus Marek Mektator,
legat Czarnego Legionu, cały czas powinien mieć akty wyzwolenia
Remusa i Romulusa.-
-
To niepotrzebne, nie mam zamiaru przedłużać postępowania. Słowo
rycerskie wystarczy.- odrzeka prefekt.
-
Protestuję! Nie godzi się, aby brudny ork decydował o sprawach
ludzi!-
-
To ja, w imieniu Nieśmiertelnego Cesarza decyduję o rozwiązaniu
sprawy i nie zapominaj o tym, Sylwiuszu Oktawiuszu.- rzuca ostro
dostojnik.- Zarządzam przesłuchanie świadków, zgodnie z prawem
najpierw po stronie powoda.-
Z
grupki służących występuje odziany jedynie w prymitywnie
skrojoną, błonową koszulę i sznurowe spodnie wieśniak.
Rozglądając się strachliwie wokoło i miętosząc w rękach burą
czapkę, wychodzi na środek hali. Zwraca pokrytą kilkudniowym
zarostem twarz w stronę prefekta, ten zaś zaczyna przepytywanie.
-
Jak brzmi imię świadka, i jakie stosunki łączą świadka ze
stronami?-
-
Wołają mnie Paweł, dostojny, eee... znaczy stosunki...-
-
Ech... Kim świadek jest?-
-
Ja prosty człowiek, wielki panie..- wystraszony wieśniak pochyla
się uniżenie.
-
Proszę zwracać się do sądu per Wysoki Sądzie.- karci go prefekt.
Po czym dodaje łagodniej- I nie kłaniać się, jest pan wolnym
obywatelem Imperium i nie musi pan klękać przed nikim. Z czego
świadek żyje?-
-
Ja pasam pełzacze, znaczy Per Wysoki Sądzie, świadek pasa pełzacze
u dostojnego pana Sylwiusza Oktawiusza Pulchera, i jestem... jest tam
kolonem. Świadek żyje biednie, ale zawsze jakoś daje się związać
koniec z końcem...-
-
Proszę przejść do rzeczy.- żąda Tytus Sewer, z westchnieniem
rezygnując z tłumaczenia kmieciowi zasad zachowania przed sądem.-
Niech świadek opowie, co widział dwudziestego Aprilis na folwarku
swojego opiekuna.-
-
Znaczy o tej potworze?- upewnia się wieśniak, uzyskawszy
potwierdzenie kontynuuje.- Wtedy ja pracował, znaczy świadek
pracował przy płocie, znaczy patyki wbijał w ziemię.- kolejne
westchnienie prefekta- To jest, o to chodzi, świadek brał młotek,
brał kijka i rypał w tego kijka młotkiem tak długo, aż się
pogrążył w ziemi. Bo, tego, poprzedni płotek to go kolos wywrócił
jak uciekał z pola, skurczybyk jeden, to świadek zrobić nowy
musiał. No to robi ten płot świadek, robi, robi, już pół
folwarka obleciał, no to się świadkowi pić zachciało, to świadek
poszed, i świadek się napił, i świadek wrócił, ale płota już
nie było. Znaczy, był, ale cały rozwalony w pierdu, myślałby
kto. No to świadek siem wkurzył, wziął sztacheta i poszed
nastukać temu żłobu, co to rozwalił, patrzy, szuka, ale nikogo ni
ma. No to siem świadek po głowie podrapał, bo, znaczy, wszy tam
miał, no ale nic nie wymyślił. Aż tu nagle pierdyknie gdzieś z
tylca! -dla lepszego zobrazowania swych słów wieśniak z całej
siły tupie butem w kamienną posadzkę, aż echo niesie po hali-
Świadek siem odwrócił, spojrzał, a tu nikogo, jeno szopa w
cholerę poszła. Pomyślał świadek, kurna, może wiatr jaki, i
podszed tamój, no i na całe szczęście, bo zaraz tam, gdzie stał,
to rypnął z nieba ten no, wóz na pełzacze i w drzazgi poszed. To
siem świadek przestraszył ździebko, ale pomyślał, ze to chyba z
góry atakujom. No i zerknął, i zobaczył taaaką potworę.
-rozwiera szeroko ręce- Czarna taka, a straszna, a czarna, że hej.
I straszna. I ta czarna zara się wwali przez dach do oczyszczalni,
co tam żona moja Balbina pracowała, i w cholerę rozniosła
wszystko, a potem wyszła i jeszcze zagryzła Płytkę i Nosacza, a
Grubaska podniosła w górę i o ziemię pizła, wywłoka jedna. No
to świadek siem przestraszył, ale potwora już poleciała, gdzieś
kurna w dal. To tyle, Per Wysoki Sądzie.- kmieć kłania się ja
aktor po występie i wycofuje do stojącej grupki.
Zmęczony
prefekt nie ma ochoty zadawać mu żadnych pytań, ociera spocone
czoło. Jezu Miłosierny, dopiero czwarta, dzisiaj jeszcze dwie
sprawy, jak ja to wytrzymam... Jeśli następni świadkowie Pulchera
będą prezentować sobą podobny poziom, to albo skonam na tym
krześle, albo wezmę różdżkę i powybijam tę bandę do nogi.
-
Następny świadek, cały czas powoda. Proszę.- zarządza, po czym z
jęknięciem stwierdza, iż w jego kierunku zmierza, okutana mimo
gorąca w watowaną spódnicę, wiejska baba o pokrytej liszajami
twarzy. W ręku dzierży, Bóg jeden wie po co, długi, poskręcany
kostur. Stukot kija o kamienną posadzkę przerywa ciszę na sali.
Kobieta staje przed prefektem, wpatrując się weń uważnie.
-
Jak brzmi imię świadka, i jakie stosunki łączą świadka ze
stronami?- pyta słabym głosem urzędnik.
-
Eee? Znaczy ja jest Balbina, żona tutaj obecnego Pawła, mojego
menża.-
-
Proszę opowiedzieć, co spotkało panią dwudziestego Aprilis w
majątku Sylwiusza Oktawiusza Pulchera.-
-
Ja, proszę Wysokiego Sądu, robiła wtedy przy destylarce, prawda, i
ja nic nie słyszała, jak ta potwora przyleciała, i jak rozwalała,
bo ja jest trochę przygłucha, prawda, od czasu, jak mię wahadło
ode młyna w łeb pukło, ale wie ci ja od obecnego tutaj Pawła,
mojego menża, że ona wleciała na pole i...-
-
Proszę mówić tylko o faktach przez siebie zaobserwowanych, nie
znanych z relacji.-
-
Ale no ja właśnie o tym, prawda. Mój obecny tutaj monż Paweł
mówił mię przecież, że ta potwora wleciała, prawda, i
zniszczyła płot, i wóz, i twardorośli nałamała, prawda, i jego
mało co nie ubiła... A co ja biedna bym bez niego zrobiła, prawda,
przecie ja kobieta słaba - wieśniaczka załamuje rozpaczliwie ręce
- ja bym pewno z głodu zdechła, a co by moje dziatki zrobiły,
olaboga, ojezu...-
-
Proszę do rzeczy!-
-
No ja przecież o tym mówiła, Wysoki Sądzie! Co kobieta bez
małżonka zrobi, jakby ona, prawda, ta potwora go ubiła wtedy,
prawda, przecie ja bym dzieciom nie miała co do gęby włożyć, o
sobie już nie wspominając, bo ja to sobie poradzem, prawda, w mojej
rodzinie to wszyscy se radzom, prawda, my koloni od dziada pradziada
i kobiety u nas twarde, życia nawykłe...-
-
Dość!- rzuca zniecierpliwiony sędzia.- Proszę świadka o powrót
na swoje miejsce.-
-
Ale co, jakże to?!- rozdziera się baba.- Ale to niesprawiedliwość
siem dzieje!! Przecie ja jeszcze o najważniejszym nie powiedziała,
jak ta potwora...-
-
Na miejsce!- ucina dyskusje sędzia i daje znak dwóm orkickim
pretorianom, ci ruszają w stronę chłopki.
-
Zostaw mnie, paskudo, sama pójdę- sprzeciwia się Balbina, ale
małpoludy i tak łapią ją pod ramiona, po czym wywlekają do
bocznej nawy, pomstującą wniebogłosy, na czym to świat stoi.
-
Wysoki Sądzie, pozwolę sobie na protest! - wtrąca oburzony
Sylwiusz Pulcher - to mój bardzo ważny świadek!-
-
Proszę więc wnieść skargę do cesarza, pana prawo. Przyprowadził
pan jeszcze kogoś?-
-
Na pewno wniosę, to niedopuszczalne! Zaś
co do innych, cóż... Zostaje jeszcze żołnierz strzegący
folwarku.-
-
Proszę więc.-
Na
zwolnione dopiero co miejsce wychodzi wąsaty i brodaty, krępy
jegomość w poznaczonym odciskami zbroi kubraku i wysokich,
skorupowych butach. Zgodnie z prawem nie ma przy sobie broni, ale z
całą swoją postawą daje wyraźnie do zrozumienia, że nic sobie
nie robi z powagi urzędu, a już szczególnie z obecności
uzbrojonej straży; mówiąc krótko- typowy krasnoludki najemnik.
-
Jak brzmi imię świadka, i jakie stosunki łączą świadka ze
stronami?-
-
Nazywam się Buri Torsteinn i jestem dowódcą bucellarii
szanownego pana Sylwiusza Oktawiusza Pulchera.-
-
Proszę przedstawić sądowi fakty związane z wydarzeniami w majątku
pana pracodawcy dwadzieścia dni temu.-
-
Sprawa przedstawia, się, proszę Wysokiego Sądu następująco: dnia
owego piłem z kolegami moimi, Gjafim i Hognim, w szynku u Bjorna
Holmsteinna, szwagra mojego, i trochę już teges, w czubie mieliśmy,
kiedy to się stało. No to właśnie piliśmy we czwórkę, bo
jeszcze Bjorn sam się dołączył, aż tu nagle krzyk jakiś
straszny od pola się rozległ, to zaraz popędziliśmy...-
-
Moment.- przerywa sędzia.- To pan był w karczmie czy na folwarku?-
-
W karczmie, ale ona zaraz obok stoi, na rozstajach; tam ją Bjorn
postawił, coby wsiury z pola wracające napić się mogły. No to
przybiegliśmy, po drodze mijając wiejących w popłochu
niewolników, i ujrzeliśmy najpierw tego kretyna Pawełka, jak mordę
drze i na coś ręką wskazuje, a potem dopiero, że zmora jakaś
ogromna, smoliście czarna nad pastwiskiem przelatuje, skrzydłami
machając. No to, jako, że łuki żeśmy zostawili w karczmie, to
dokonaliśmy odwrotu na z góry upatrzone pozycje, to jest w zagajnik
za ugorem, i tam w rowie przeczekaliśmy nalot. Nie, żebym
stchórzył, o nie- krasnolud toczy groźnym wzrokiem po zebranej
publiczności jakby sprawdzając, czy kto ośmieli się uczynić
podobny zarzut.- Ino, że nierozsądnie by było na smoka, bo jeszcze
wtedy nie znałem owego stworzenia natury, z gołymi pięściami
szarżować.-
-
A dlaczego nie wrócił pan po broń do szynku? Ponoć to niedaleko.-
pyta rozbawiony sędzia
-
Ano, ee, Wysoki Sądzie..- skonfundowany krasnolud drapie się po
owłosionej łepetynie- Jakoś mi takowa strategia do głowy nie
przyszła.-
-
I co pan zobaczył z tego zagajnika?-
-
No, tego, nic nie zobaczyłem, bo liście zasłaniały. Przecie wie
sąd, jak żaglorost wygląda.-
-
Czyli nie widział pan smomentu dokonywania zniszczeń?-
-
Tak w sumie, to nie. Ale same zniszczenia widziałem, już potem.-
-
Dziękuję, proszę wrócić na miejsce. Czy to wszyscy?-
-
Tak.- mówi Pulcher.- Proszę Wysokiego Sądu, chciałbym...-
-
Później, proszę przestrzegać procedury. Teraz zabiorą głos
świadkowie strony przeciwnej.-
Naprzeciw
prefekta występuje jeden z towarzyszących Mariuszowi Tercjuszowi
orków, żołnierska tunika opina potężne mięśnie.
-
Jak brzmi imię świadka, i jakie stosunki łączą świadka ze
stronami?-
-
Ja być Remus. Ja ork.- odrzeka małpolud dziwym, nieludzkim głosem.
-
Co za ork? U kogo świadek służy-
-
Ja ork.-
Urzędnik
wznosi umęczone spojrzenie ku niebiosom, ogląda jednak tylko
surowe, kamienne sklepienie. Boże, za jakie grzechy?!
-
Służysz jemu?!- wskazuje na rycerza.
-
Ja ork. Tak, jemu.-
-
Co wiesz o wiwernie?-
-
Której?-
-
O wiwernie tego rycerza, na Cesarza!-
-
A, o tej. Ona taka sprytna jest.-
-
Co to znaczy „sprytna”?-
-
No, sprytna.-
-
Czyli co?!-
-
No, lata se.-
Sędzia
ukrywa twarz w dłoniach.
-
Na miejsce.-
-
A czemu? Ja wolny ork.-
Pretorianie
bez rozkazu ruszają do świadka, tym razem jednak nie przejawiają
takiej chęci do użycia siły- muskuły pocztowego budzą respekt
nawet u nich. Kładą dłonie na rękojeściach mieczy, spoglądając
pytająco na prefekta.
-
Ja se mogę stać, gdzie chcę, i nikt mi nie może rozkazywać, bo
ja teraz wolny. Tak mówi mój pan.- wyzwoleniec ogląda się na
Flaviusa, ten jednak poleca stanowczo:
-
Remus, do mnie!- Ork chwilę jeszcze zwleka, by dać wyraźnie do
zrozumienia, że nie jest niewolnikiem i jeśli słucha, to tylko z
szacunku, po czym wraca na miejsce. Żołnierze odprowadzają go
wzrokiem, rozczarowani.
-
Czy pozwany chciałby przedstawić jakichś jeszcze świadków?- pyta
rozdrażniony sędzia. Mariusz zerka z obawą na drugiego orka,
zapewne Romulusa.
-
Może lepiej nie.-
-
Czy pozwany chce ustosunkować się do zeznań świadków?-
-
Ależ oczywiście, proszę Wysokiego Sądu!- pewnym głosem odpowiada
Mariusz Tercjusz.- Jak na razie, powód nie udowodnił w ogóle, że
to moja wiwerna wyrządziła te szkody! Dowiedzieliśmy się jedynie,
iż jakaś „czarna i straszna” potwora zniszczyła płot i
ugryzła pełzacza. Co więcej, wiemy to tylko od jednego świadka,
kolona, albowiem jego żona nie zechciała wypowiedzieć się na
temat, zaś krasnolud, jak sam zeznał, był podówczas kompletnie
zalany i sam nie wiedział, co spostrzegł. A
przecież, jak wszyscy wiedzą, testus
unus testus nullus.-
-
Jak to?! Przecież pół setki niewolników doskonale widziało...-
oponuje skarżący
-
...ale niewolnik nie może być świadkiem, nieprawdaż?- z perfidnym
uśmiechem dokańcza czarnoksiężnik- W takim razie, skoro nikt nie
może poświadczyć obecności mej wiwerny w gospodarstwie powoda,
chyba nie ma sensu dalej prowadzić postępowania?-
-
O nie, Tercjusz, tak łatwo się nie wyłgasz!- czerwony ze
wściekłości Pulcher wali laską o bazaltową kolumnę, aż sypią
się iskry. Przemiana, jaka zaszła w tym beztroskim na pozór i
eleganckim młodzieńcu dziwi nawet Agelatusa, który zawsze uważał
się za znawcę ludzkim charakterów. Jeszcze niedawno uśmiechnięty,
wesoły i pewien siebie, przerodził się w rozjuszonego pieniacza.-
Wysoki Sądzie, chciałbym przedstawić na rozprawie orków
pracujących na folwarku!-
-
Zna pan prawo, to niemożliwe.- sprzeciwia się prefekt.
-
Nie, nie jako świadków. Pragnę przeprowadzić dowód z rzeczy, w
końcu niewolnik to res vocale.
Niechaj więc rzecz przemówi!-
-
Protestuję, Wysoki Sądzie! To próba obejścia prawa!-
-
Przychylam się do protestu, zeznawać może jedynie świadek,
świadectwo niewolnika nie ma żadnej wartości. Zgodzę się na
przedstawienie dowodu z niewolnika, ale pod warunkiem, że nie
wypowie ani słowa.- rzecze twardo sędzia.
-
Skoro tak... Przyprowadźcie Donata!- nakazuje Sylwiusz swoim sługom.
Ci opuszczają salę i po chwili wracają z półnagim orkiem.
Agelatus już chce sprzeciwić się obrazie powagi sądu, gdy nagle
pojmuje, czemu niewolnik przyszedł bez koszuli.
***
Albowiem
przez cały korpus orka biegnie potworna, półksiężycowata,
pulsująca blizna. Poszarpane, krwawe strupy zaczynają się na
obojczyku, szpecą czarną, porośniętą rzadką sierścią skórę
na piersi, zakręcają koło pępka i urywają na biodrze, podobne
ślady widać na plecach. Głowa niewolnika przez chwilę musiała
zniknąć całkowicie w paszczy potwora, który wszak porzucił
zdobycz. Nie ulega wątpliwości- takie rany mogły zadać jedynie
zakrzywione kły wiwerny albo nawet smoka, sądząc z rozstawu
szczęk.
-
To jest, proszę Wysokiego Sądu, robotnik z gospodarstwa, którego
pokąsała wiwerna Mariusza Tercjusza. Nie trzeba żadnych słów, by
oddać grozę sytuacji, by opisać okrucieństwo tej bestii! Czy
ktokolwiek może mieć jeszcze wątpliwości, co zaszło wtedy na
moim folwarku?!-
Przybrany
na czarno rycerz wzrusza ramionami, on jeden pozostaje obojętny na
okropny widok. Widział już gorsze rzeczy.
-
Z całym szacunkiem, Wysoki Sądzie, ale to niczego nie dowodzi. -
stwierdza zimno - Tego orka mogła pokąsać dowolna wiwerna,
dostatecznie dużo ich lata po bezdrożach i pustkowiach Imperium,
zarówno oswojonych, jak dzikich. Skąd pomysł, że to akurat moja?-
-
Wysoki Sądzie, to już nie jest obrona, to jest bezczelność!-
zaperza się Pulcher. - On jeden w tej okolicy posiada bojową
wiwernę!-
-
Bzdura, ledwie kilka mil ode mnie mieszkają dwaj inni lotmagowie.
Dlaczego powód ich nie oskarżył?-
-
Bo tylko twoje zwierzę uciekło wtedy i wróciło dopiero po trzech
dniach! Wiem to od twego służącego, nie ośmielisz się
zaprzeczyć!-
-
Co nadal nie wyklucza możliwości, że to była dzika wiwerna lub
smok, jak twierdzi krasnolud.-
-
Smok?! Koło Urbi Draconis?! To może
od razu czteroskrzydły demon, popuśćmy wodze fantazji!-
-
Wysoki Sądzie, uznaje dalszą dyskusję z powodem za bezcelową.-
-
Cisza. - nakazuje prefekt. - W rzeczy samej, nie można wykluczyć
faktu, że to jednak nie wiwerna należąca do pozwanego wyrządziła
szkody w majątku, wliczając poranienie niewolnika.-
-
Ależ Wysoki Sądzie, podobna możliwość jest skrajnie
nieprawdopodobna!-
- Ei incumbit probatio qui dicit, non qui negat.-
-
Tuliuszu Sewerze Agelatusie, bądź pewien, że cesarz dowie się o
wszystkim! To jawne naruszenie moich praw!- protestuje Pulcher i w
pewnym sensie osiąga skutek. Jeżeli bowiem chciał rozsierdzić
prefekta do granic, to właśnie mu się udało.
-
Milcz, gówniarzu! Naucz się zwracać z szacunkiem do urzędników
państwowych, albo wyrzucę cię z sali! I nie strasz mnie cesarzem,
bo to za wysokie progi dla ciebie, smarkaczu! Spokój!-
Przestraszony
nagłym wybuchem sędziego Sylwiusz Oktawiusz rzeczywiście milknie,
orientuje się bowiem, iż w razie wydalenia go z sali niechybnie
wygra Flavius. Zmienia więc taktykę, przemawia teraz spokojnie i
ulegle.
-
Upraszam o wybaczenie Wysokiego Sądu, zapomniałem się. Wzywam Boga
na świadka...-
-
Za późno, lista świadków zamknięta.- przerywa prefekt.
-
...że było moim celem obrażanie ani, w żadnym razie, grożenie
komukolwiek.-
-
Czy powód ma coś jeszcze na poparcie swoich twierdzeń, poza ranami
na ciele niewolnika? Okoliczność, że to jakaś inny drapieżnik
pokąsał tego niewolnika, choć mało prawdopodobna, nie da się
jednak wykluczyć bez wyraźnego dowodu.-
-
A takiego dowodu nie będzie, bo moja wiwerna nigdy nie skrzywdziła
by nikogo, gdybym jej tego nie nakazał.- wtrąca pewnym głosem
weteran, sędzia mierzy go złym wzrokiem.
-
Mariuszu Tercjuszu, pamiętaj, że ja mogę zarządzić usunięcie z
sali obu stron postępowania.- stwierdza, z wyraźnym naciskiem na
„obu” - Więc jak będzie z tym dowodem?-
-
Skoro takie jest żądanie Wysokiego Sądu, to mam pewien pomysł. -
rzecze Pulcher – Najlepiej będzie porównać rozstaw ślady na
ciele mojego orka z rozstawem szczęk wiwerny Flaviusa. Wiadomo
bowiem nie od dzisiaj, i pozwany nie może zaprzeczy, że każde
stworzenie posiada własny, unikalny wzór uzębienia, czym różni
się od innych. Więc jeśli ślady nie będą pasować, będzie to
oznaczać, iż roszczenie moje rzeczywiście jest niesłuszne i
powinienem skrzydlatego winowajcy szukać raczej gdzieś na
pustkowiach; jeżeli jednak stwierdzimy zgodność, sprawa stanie się
oczywista!- Spogląda triumfująco na zaniepokojonego rycerza.
-
Niby jak chcesz to przeprowadzić?- nie rozumie Mariusz.
-
Och, to proste, przecież Czarny Legion stacjonuje jak zwykle, pod
stolicą? I na pewno jest tam twoja wiwerna? To ją tu przyprowadź.-
-
Nie jestem pewien, czy to najlepszy pomysł...- waha się
czarnoksiężnik, ale przerywa mu sędzia.
-
Rzeczywiście, to powinno rozstrzygnąć wątpliwości. Dokonamy
oględzin na miejscu.-
-
Ale... kto miałby je przeprowadzić? Ja, oczywiście, znam się na
tym, ale chyba moje świadectwo...-
-
Od czego mamy medyka sądowego? Dominik Laurencjusz Nazyka wie
wszystko różnych o rodzajach ran, te od ukąszeń z pewnością nie
są mu obce. Ruszaj!-
***
Z
hukiem otwierają się ciężkie wrota, zebrani w hali kieruje
zaciekawione spojrzenia ku wejściu. Przez otwór wpadają do
mrocznego wnętrza promienie światła, drobiny kurzu tańczą w
powietrzu. Wtem potężny, niesamowitego kształtu cień zasłania
słońce- oto wiwerna wchodzi do środka.
Potwór
jest ogromny, nawet jak na swój gatunek. Grube, wężowate cielsko
pokrywają czarne jak węgiel, błyszczące łuski. Gigantyczne
błoniaste skrzydła, nawet zwinięte, zajmują całą szerokość
głównej nawy, masywny ogon nie mieści się w środku, wystaje na
zewnątrz. Nie sposób wyróżnić głowy czy korpusu, jedyne na
przedzie błyska stożkowatymi zębami paskudna, bezoka paszcza.
Bestia miota się niespokojnie, ociekający jakąś obrzydliwą mazią
niby-łeb na długiej niby-szyi co chwila zagłębia się w
przestrzenie między kolumnami, jak gdyby usiłując przypatrzeć się
ludziom z bliska. Ale ludzie usuwają się pod ściany, ludożerca
budzi prymitywny, zwierzęcy strach. Kilka kobiet mdleje, dzieci
płaczą, jakiś starzec łapie się za serce... Nawet prefekt oblewa
się zimnym potem, w miarę jak potwór zbliża się ku niemu, coraz
bardziej wątpi, azali sprowadzenie go tutaj było takim dobrym
pomysłem. Boże, jak ta istota widzi, skoro nie ma oczu?!
Bestia
w końcu przystaje przed szpalerem pretorianów. Bezoki niby-łeb
zawisa tuż przed twarzą Sylwiusza Oktawiusza, ten cofa się
przerażony, jednak plecy natrafiają na zimny kamień kolumny, plama
moczu szpeci złotą tunikę.
-
Spokój, Nox! - rozkazuje twardo Mariusz Tercjusz, wiwerna zostawia
młodzieńca; wyprostowuje szyję na niemal całą wysokość
bazyliki, po czym z jej gardła dobywa się przenikliwy, ogłuszający
wrzask.
-
Spokój, powiedziałem!!- rycerz pokazuje stworzeniu różdżkę, to
kuli się przestraszone. - Macie, co chcieliście. Co teraz Wysoki
Sąd zamierza uczynić?-
Prefektowi
dzwoni jeszcze w uszach, dopiero po chwili orientuje się, że
Flavius mówi do niego.
-
Teraz... teraz chyba dokonamy porównania... Gdzie jest medyk, był
tu przed chwilą?-
-
Tutaj jestem, Wysoki Sądzie- dobiega głos za kolumny.
-
Więc proszę wyjść i czynić swą powinność.-
Mały,
pulchny staruszek w fioletowej todze nekromanty, aczkolwiek
niechętnie, postukując laską opuszcza bezpieczne schronienie i
staje koło rycerza, trzymając się jednak jak najdalej od
miotającej się wciąż potwory.
-
I niby na co biegły czeka?- sędzia odzyskuje pewność siebie. W
końcu to nie pierwsza wiwerna, jaką widzi w życiu, no, może
pierwsza z tak bliska.
-
Tak jakby... eee... do porównania muszę mieć obydwoje. Zwierzę i
niewolnika.-
Pretorianie
bezlitośnie wywlekają z bocznej nawy stawiającego opór,
poranionego orka. Na jego widok bestia wrzeszczy przeciągle, jak
gdyby rozpoznała niedoszłą ofiarę.
-
Proszę dokonać porównania.- nakazuje sędzia.
-
Najprościej będzie chyba przyłożyć po prostu zęby do śladów.-
proponuje niepewnie nekromanta.
-
Niech więc biegły to uczyni.-
Strażnicy
wyprowadzają niewolnika na środek. Nieszczęśnik najwidoczniej
chce uciec, ale mocny uścisk żołnierza trzyma go w miejscu.
Flavius tłumaczy coś wiwernie przyciszonym głosem, powtarzając po
kilka razy słowa. Ta rozwiera paszczę, ukazując obrzydliwe,
krwawoczerwone gardło, smród zgniłego mięsa poraża węch, obecni
zatykają nosy. Bestia nachyla się nad zmartwiałym ze strachu
orkiem po czym przykłada zęby do poszarpanych blizn. Głowa
małpoluda znika w paszczy.
Stary
nekromanta, pokonując strach, podchodzi do groteskowej pary;
przygląda się uważnie śladom.
-
Nie jestem jeszcze pewien... ale widzą mi się podobne...-
-
Podobne czy identyczne? To ważne.- poucza go prefekt. Flavius i
Pulcher czekają z napięciem na werdykt.
-
Chyba... zaraz...- Medyk, przezwyciężając wstręt, przybliża
twarz do miejsca, gdzie kły stykają się z ciałem.- Jestem prawie
pewien, że...-
Ork
krzyczy i próbuje się wyrwać, głowa obija się we wnętrzu
paszczy stwora. Wiwerna nie wytrzymuje- zaciska kły, dokańczając
swe dzieło, po czym połyka urwany zezwłok.
Rozpętuje
się piekło.
Następny
ginie sądowy nekromanta, przegryziony na pół, jeden z pretorianów
rzuca się na potwora z mieczem- potężny cios ogona rzuca go o
ścianę, pozostali żołnierze nie popisują się taką odwagą-
haniebnie podają tyły, przeciskając się do wyjścia wśród
spanikowanego tłumu. Przerażeni widzowie uciekają, tratując się
wzajemnie i przewracając z wrzaskiem kramy, echo zwielokrotnia
krzyki. Po niedługiej chwili bazylika pustoszeje.
Sylwiusz
Oktawiusz najwyraźniej usiłuje sklecić jakieś zaklęcie, na co
wiwerna spokojnie odgryza mu rękę razem z różdżką. Prefekt
szuka własnej laski- niestety, trzymający ja niewolnik uciekł już,
rozbita szyba wskazuje, iż nie tracił czasu na otwieranie okna.
Morda potwora zbliża się do twarzy sędziego, zdaje mu się, że
mógłby policzyć wszystkie zakrzywione zęby stwora.
-
Nie, Nox!!!- krzyczy czarny rycerz, bestia zatrzymuje się z
wahaniem.
Agelatus
z trudem dobywa głos ze ściśniętego gardła.
-
Mmmarriuszu Terrcjusszu, zzabierz ode mnie tę istotę!-
-
Sam jesteś sobie winny, Tuliuszu Agelatusie! Nie słuchałeś moich
ostrzeżeń, to masz swoje oględziny!-
-
O czym ty mówisz?! Każ temu czemuś odejść!-
Pysk
wiwerny wisi zaraz naprzeciw twarzy prefekta, obrzydliwy śluz
skapuje na purpurową togę. W budynku panuje cisza, słychać tylko,
jak gruchnięty w żołądek pretorianin wymiotuje gdzieś w kącie.
-
Ależ gdzie problem, Wysoki Sądzie?- szatański błysk pojawia się
w oku czarnoksiężnika.- Przecież sprawa toczy się dalej,
nieprawdaż?-
-
Że co?-
-
Dokonano oględzin, i nekromanta stwierdził, iż ślady na ciele
orka są podobne, ale jednak różne od wzoru uzębienia mojego
Noxa.-
Wiwerna
usłyszawszy swe imię wydaje przeciągły skrzek, prefekt czuje, jak
włosy na głowie stają mu dęba.
-
Ale..-
-
A to, że niewolnik powoda sprowokował i rozwścieczył mego
podopiecznego, to przecież nie moja wina, prawda, Wysoki Sądzie?- z
udawanym szacunkiem pyta Flavius. - Chyba, że Sylwiusz Oktawiusz
zechce wnieść protest.- patrzy na leżącego na bazaltowej
posadzce, daremnie usiłującego zatamować krwotok Pulchera. Złota
tunika, poplamiona krwią i moczem wygląda teraz obrzydliwie, twarz
młodzieńca wykrzywia grymas bólu i przerażenia. Napotykając
wzrok rycerza, patrycjusz cofa się rakiem pod ścianę. Nie wnosi
protestu.
-
Ddobrze.- sędzia usilnie stara się oddalić głowę od potwornej,
pełnej ostrych jak szpikulce zębów paszczy.- Ppowieddzmy, że
przyznam ci rację. A tteraz zabierz to coś! Proszę!- dodaje
błagalnie.
-
Nie tak szybko. Czy to ja mam pouczać Wysoki Sąd o kolejach
postępowania? Proces musi kończyć się wyrokiem. Rzecz jasna, do
głowy by mi nawet ne przyszło wpływać na decyzje sądu, prawda,
Nox?- zapewnia szyderczo czarnoksiężnik, wiwerna, jakby na
zaprzeczenie jego słów, kłapie paszczą tuż przed twarzą
prefekta.
-
Ach... Znaczy.... Wwydaję wyrok w imieniu Nieśśmiemiertelnego
Cesarza.... Oddadalam powództwo Sylwiusza Oktatawiusza Pulchera
przeeciw...-
Potwór
z okropnym gulgotaniem przełyka ślinę.
-...
Mmariuszowi Tercjuszowi... bez zwrootu kosztów....- z rozpaczliwym
pośpiechem sędzia skreśla kilka słów na kartce, przybija
pieczęć.
-
Dziękuję, Wysoki Sądzie, szczęśliwym, iż sprawiedliwość
zatriumfowała – komentuje prawie że wesoło Flavius, chowając
papier - Żegnajcie, dostojni panowie, żałuje, że nie mogę zostać
dłużej, ale obowiązki obrońcy ojczyzny wzywają. Do mnie, Nox!-
wiwerna przestaje się interesować prefektem, skręcajac potężne
cielsko podąża za swym panem.
Ten
zaś, gładząc ją czule po bezokim łbie, wychodzi ku blaskowi
dnia, na kolorowe, gwarne i pełne ludzi Forum Magnum.
I
nie ogląda się za siebie.
KONIEC






