Brzoza, co u świtu
Zgrzyta i pojękuje
W chłodzie matki zobojętniałej
Dusi swe korzenie
Ciemny rumieniec,
Przemyka po korze
By tylko zniknąć w kojącym szumie
Wiatru, który ją powalił
Dwa głosy
Co jedną naturę wiodą
Gdy echo się niesie
W dziurach truchła przyszłego
Usycha patrząc mętnie
Na to, co już nadeszło
Leżąc uczuwa - pod własnym ciężarem
Rozkład ciała niegdyś swojego
Zapadła
W noc zupełnie bezwietrzną
