Obraz tła Poetica

Poetica.pl

Aby być sobą, aby tworzyć

Książki

Czarodziejskie serca.

Natala1302

Natalia
Natalia
7 sierpnia 2009·31 min czytania

Ciemne chmury ustąpiły miejsca błękitnemu niebu. Świeża, zielona trawka pokryta była rosą, a ptaki swym przepięknym świergotem informowały, że nastała wiosna.
Meggie obudziła się wcześniej niż zwykle, siadła na łóżku, przetarła oczy i zastanawiała się jak spędzi taki przepiękny dzień. Podeszła do okna, wciągając powietrze przypomniała sobie ... Odwróciła się na pięcie i zbiegła po schodach wołając:
- Mamo ! Mamo !
- Co się stało kochanie? - zapytała zaskoczona Julia
- Ach mamo ! Bałam się, że już wyjechałaś ... bez pożegnania !
- Zdążyłaś, głuptasku, zdążyłaś - powiedziała Julia, mocno przytulając córkę.
Tego dnia Julia miała wyjechać na pół roku do Londyńskiego Uniwersytetu by tam poprowadzi badania naukowe, a jej 16 letnia córka miała po raz pierwszy zostać sama w domu na dłużej niż tydzień, co zawdzięczała zawsze nadopiekuńczej lecz jakże kochanej mamusi. Meggie cieszyła się, że będzie mogła zaznać odrobinę wolności.
Meggie ubrała się najszybciej jak potrafiła, ponieważ Julia powiedziała jej, że jak się pośpieszy będzie mogła ją odwieźć na lotnisko.
Czuła się wyjątkowo w roli samodzielnego kierowcy, chodź odczuwała też lęk przed pierwszym odpowiedzialnym kursem.
W pobliżu lotniska szum odlatujących i przylatujących samolotów zdezorientował chwilowo Meggie i o mało co nie wylądowały na tyle śmieciarce. Julii przebiegły po plecach dreszcze, nie na myśl o wypadku, a na myśl o wylądowaniu w tych wszystkich śmieciach.
Na miejscu Julię ogarnęły obawy, czy aby na pewno Meggie poradzi sobie sama w domu przez tak długi czas. Wiedziała, że jaj mała córeczka nie jest już niemowlęciem i nie potrzebuje nadzoru przez "25"godzin na dobę, ale jednocześnie tak strasznie się bała ją zostawić.
- Wszystko będzie dobrze mamo ! Poradzę sobie. - zarzekała się
- Wiem skarbie. Wiem - powiedziała bez przekonania Julia, a w oczach stanęły jej łzy - Tak bardzo chciałabym Cię ze sobą zabrać, ale obie dobrze wiemy, że to niemożliwe...
- Nie musisz mi tego tłumaczyć, to nie ja mam problemy z pożegnaniem - powiedziała lekko poirytowana Meggie - Jak zaraz nie pójdziesz, to odlecą bez Ciebie i wtedy już w ogóle nie będę miała szans by się Ciebie pozbyć.- Tym razem Julia się uśmiechnęła, ostatni raz przytuliła córkę i weszła do holu lotniska przez obrotowe drzwi.
Meggie westchnęła , ale nie mogła odetchnąć z ulgą wiedząc ,że jej matka leci samolotem, podczas gdy w telewizji coraz to mówią ,że jakiś samolot spadł. Wsiadła do samochodu i usłyszała dzwonek telefonu. Nie zdarzyła odebrać, ale ten kto telefonował był bardzo uparty, bo zostawił 18 wiadomości na poczcie głosowej i dzwonił tylko 34 razy. Znów dzwonek ... Meggie zdołała tym razem odebrać ... mogła się domyślić kto dzwonił tyle razy, była to Sophie - najlepsza przyjaciółka Meggie.
- Hallo, hallo ... No nareszcie odebrałaś ... Do Ciebie to można dzwonić...
- Wiem, wiem przepraszam odprowadzałam mamę ... Teraz zobaczę ją dopiero za pół roku.
- Pełny wypas, organizujesz jakąś imprę ???
- Może w przyszłym tygodniu ... Zobaczę czy będzie mi się chciało.
- Dobra to pa ...- po tych słowach rozłączyła się, a telefon wylądował na tylnym siedzeniu.
Meggie dojechała do domu w pół godziny. Będąc przy drzwiach domu wyjęła klucze z kieszeni, włożyła je do zamka, próbowała przekręci i stanęła jak wryta... DRZWI BYŁY OTWARTE...
Powoli je uchyliła i cicho weszła do środka ...


Było już późno. W mieszkaniu panował mrok. W ciemnościach nic nie można było zobaczyć. Meggie potrąciła wazon, ale w ostatniej chwili go złapała i odstawiła na miejsce.
"Mama by była zła" - pomyślała.
Nagle zobaczyła w kącie pokoju nieznajomy kształt. Coś było nie tak. Głucha cisza była tak potężna, że aż dzwoniło jej w uszach. Posta poruszyła się. Odwróciła, a jej błyszczące, szkliste oczy wpatrywały się w nią. Meggie stanęła bez ruchu. Była przerażona.
- K..k..kim jesteś ? - spytała drżącym głosem
- Czy to ty mieszkasz w tym domu ? - w pokoju rozbrzmiał donośny i pewny chłopięcy głos. Postać podeszła do okna, a światło księżyca oświetliło go delikatnym światłem księżyca. Przybysz był chłopcem, może troszkę starszy od Meggie, a na dodatek bardzo przystojny. Tylko co on robił w jej domu ?
- A po co ci to wiedzieć ? I kim ty jesteś ? - krzyknęła Meggie
- Jestem Don Mateo i szukam Meggie Seizo.

- A..a po co jej szukasz ? - spytała Meggie, w której szalał MIX uczuć: strach, zdenerwowanie, zauroczenie, szok.
Chłopak przysunął się bliżej do Meggie. Pstryknął palcami i w tej samej chwili rozbłysły wszystkie tak starannie zbierane przez matkę Meggie świece, która intensywnie wpatrywała się w zielone oczy przybysza.
Przyglądał on się jej tak zadziornie, że sama nie wiedziała co on w niej widzi.
- Teraz już wiesz kim jesteś i po co się tu zjawiłem, ale ty nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- To ja jestem Meggie. - powiedziała sama nie wiedząc czemu - Czego ode mnie chcesz ?
Chłopak miał bujne rude włosy, był ubrany w luźne bojówki i granatową bluzę z kapturem. Meggie na jego widok przypominały się bajki o leśnych elfach,
o przystojnych mieszkańcach lasu.
- Czy ty jesteś elfem ? - nagle wypaliła Meggie, wiedząc że jej pytanie jest głupie i dziecinne.

  • Tak, jestem elfem ...


  • Po co tu przyszedłeś ? No i j..jak tu wszedłeś ? Drzwi były zamknięte, jestem tego pewna. Sama je zamykałam. Sprawdzałam... - mówiła przerażona Meggie, gdy doszło do niej że przybysz nie żartuje mówiąc, że nie jest człowiekiem.
    - Jak już mówiłem poszukuję Ciebie. A wejście do ziemskiego domu nie jest trudne. Ludzie myślą, że wszystko potrafią i są najinteligentniejszymi istotami we wszechświecie. Ba, myślą, że są jedyni we wszechświecie. - powiedział Don Mateo, pokazując przy tym pogardę dla ludzi.
    - A nie jesteśmy sami we wszechświecie ? Ty... to znaczy wy ... no elfy, czy jak się tam nazywacie, mieszkają na innej planecie ? - spytała zszokowana Meggie
    - A jak myślałaś, że gnieździmy się z tymi istotami na jednej planecie ? - spytał oburzony Don Mateo
    - A skąd ja miałam wiedzieć. Przychodzę do domu, zastaję otwarte drzwi i jakiegoś gościa w ciemnym pokoju, który gada mi o jakiś elfach, a teraz się obraża za to że nie wiedziałam, że istnieją zamieszkałe planety.
    Matko, jaka ja głupia jestem. Że ja nie zadzwoniłam na policję w chwili gdy zobaczyłam otwarte drzwi. Następnym razem nie będę taka niemądra... Następnym razem ??? Co ja gadam ? Nie będzie następnego razu. W tej chwili wyjdziesz z mojego domu i zamkniesz za sobą drzwi, które w cudowny sposób otworzyłeś jakimś nieznanym dla głupich ludzi sposobem. - wybuchła rozwścieczona Meggie - Wyjdź !!!
    - Nie wyjdę stąd bez osoby po która przyszedłem - odpowiedział zszokowany Don Mateo
    - No to ja wyjdę !!! - krzyknęła Meggie, wybiegając z domu.
    Biegła przed siebie, ciemnymi ulicami. Minęła bezpańskiego kota i staruszka zapalającego latarnie przed swoim domem. Wbiegła do parku z nadzieją, że elf za nią nie podąża, a przynajmniej, że nie zna miasta tak dobrze jak ona. Tak, znała każdy zakamarek tego miasta. Każdy kamień, każde drzewo, każdą uliczkę, w dzień i w nocy, latem i zimą. To był jej dom przez ostatnie 16 lat. Stanęła za drzewem i poczuła na sobie czyjś wzrok. Odwróciła się ...
    - To nie możliwe …

    - Ale jak ... , jak to możliwe ... - powiedziała cicho zdyszana Meggie
    - Ciiii ... Nie unoś się tak. Nie uciekniesz mi, bo mam misję. Muszę dostarczyć cię na Zamek Elfów. - powiedział Don Mateo trzymając Meggie za nadgarstek by nie uciekła.
    - Jaki znowu Zamek Elfów ? Kolejna nowinka, na której temat będziesz smęcił ? Bla, bla, bla ... PUŚĆ MNIE PSYCHOLU !!!
    - No, no, no ... Ktoś ma mnie już dość, co ? Ale pójdziesz ze mną, czy tego chcesz czy nie.
    W oczach Meggie malował się lęk, nie wiedziała co robić. Iść z dziwnym chłopakiem do jakiegoś Zamku, albo...no właśnie, albo co ? Nie miała żadnego wyboru. Co zrobi, zacznie krzyczeć w parku na odludziu o jedenastej w nocy ? Nikt jej nie pomoże. To był zły pomysł przychodzić akurat tu. Ale ona nigdy nie była typem rozsądnej nastolatki. Zawsze popełniała jakieś gafy. Ale z tego też musiała jakoś wyjść. Tylko jak ?
    - Czemu muszę z tobą iść do jakiegoś tama zamku ? Czemu akurat ja ? No i czemu akurat dziś ? Czemu ...
    - Dużo pytań a tak mało czasu na odpowiedź.
    - A dokąd się śpieszysz ?
    - My ... się śpieszymy.
    - Ja nigdzie nie idę, rozumiesz mnie ? Zostaję tutaj. Nie pójdę ... Nie.
    - Nie chcę ci zrobić krzywdy. Wiem jak to wygląda. Jakiś chory na umyśle chłopak mówi, że musi Cię zabrać ze sobą do Zamku w którym królują elfy. Jakby tego było mało powiem ci że musimy tam dotrzeć w ciągu piętnastu minut.
    - A co będzie za piętnaście minut ?
    - Za piętnaście minut ... zamknie się portal.
    - No po prostu super. Elfy, zamki, portale. A może ... tak czemu ja na to wcześniej nie wpadłam. Albo mam halucynacje, albo bardzo, bardzo dziwny sen. Koszmar ... Tak to na pewno koszmar.
    - Po co mówić coś w co się nie wierzy ?
    - Nie mam innego wytłumaczenia na to czego dowiedziałam się dzisiaj.
    - Czemu nie możesz uwierzyć w to, że to prawda ?
    - Bo nie mogę ... Ach, dobra. Jakoś spróbuję przyjąć do wiadomości, że jesteś istotą magiczną.
    - Nie tylko ja nią jestem.
    - Tak, tak, są też inne elfy ?
    - Oczywiście.
    - Są inne elfy na ziemi ?
    - Tak. Ty nim jesteś ...

To nie jest prawdą Meggie ... nie słuchaj tego gościa, to jakiś psychol. Nawdychał się czegoś, a teraz gada głupoty.

-Nie jestem elfem – powiedziała Meggie.

-Mnie też było ciężko w to uwierzyć gdy cię po raz pierwszy spotkałem. To jest moje pierwsze zadanie. Wiesz ile musiałem się natrudzić, nachodzić i najęczeć , aby zgodzili się przyznać tą misję akurat mi ? Nie wiesz ! Nie mogę teraz tego zawalić. Po prostu nie mogę.

-A ja nie mogę być elfem. Urodziłam się na ziemi, a jak wiesz niewiele tu takich istot jak ty... my... no wiesz, niewiele tu elfów,jeżeli w ogóle jakieś są.

-Zostało dziesięć minut. Musimy się pospieszyć. Proszę Cię Księżniczko Meggie.

-Jak się do mnie zwróciłeś ?

-A inaczej masz na imię ? Jeśli tak to przepraszam.

-Nie o to mi chodzi. Powiedziałeś do mnie księżniczko ! Dlaczego ?

-Bo nią jesteś. Pochodzisz z królewskiego rodu. Dlatego zabieram cię do zamku.

-O ile wiem moja mama nie jest księżniczką.

-Panna Julia nie jest twoją matką.

Meggie usiadła na ziemi. To było dla niej za dużo. Najpierw w jej własnym domu znalazła jakiegoś faceta, potem dowiedziała się o elfach,zamkach i innych światach. Na koniec została poinformowana, że ona sama jest elfem, księżniczką i że jej matka nie jest jej matką. To nie miało sensu. Chciała, aby ten człowiek wreszcie ją zostawił, ale czy na pewno ? Czy nie sądziła by potem do końca życia, że zwariowała ? Czy nie żałowała by, że wtedy z nim nie poszła ? Czy potrafiła by zaufać Julii ? Czy potrafiła by jeszcze normalnie żyć ? Zaczęła szlochać. Nie chciała płakać przy obcym,ale łzy same cisnęły jej się do oczu. Schowała twarz w dłoniach. Zmarzła. Nocami było jeszcze zimno, a czasem nawet prószył śnieg. Wybiegła z domu bez kurtki.

-Przeziębisz się – usłyszała miły głos, może Don Mateo naprawdę nie chciał dla nie źle.

-Chodźmy do tego portalu.

Portal znajdywał się na wzgórzu za miastem. Mieli już tylko pięć minut, aby zdążyć przed jego zamknięciem. Był piękny. Jasnofioletowe iskry wirowały wokół niego. Był około 20centymetrów ponad ziemią i co jakiś czas jakby zanikał.

-Gdzie znajduje się jego koniec ?

-Gdzie tylko zechcesz ?

-Jak to ?

-Wchodzisz do środka i myślisz gdzie się chcesz znaleźć.

-A gdzie chcemy się znaleźć ?

-W ogrodzie przed Zamkiem Elfów. Królowa nie pozwala wpadać prosto do zamku, bo to zawsze kończy się źle. A to lokaj złamie rękę, a to zbiję bezcenną wazę, raz mi się nawet udało wylądować na Królu. Dobra... Wchodzimy ...

I weszli do środka. Błysk ... Wokół portalu zaczęła rozprzestrzeniać się fiołkowa mgiełka. Sekunda, potem druga i trzecia... Mgiełka się rozrzedziła, ale portalu już nie było,ani Meggie i Dona Mateo …


Jasne światło poranka budziło do życia leśne stworzenia. Błękitne niebo komponowało się z zielonymi koronami drzew. Las był opustoszały. Don Mateo wiódł Meggie ścieżką w głąb lasu. Musiała przyznać, że coraz bardziej podobał jej się ten nawiedzony chłopak. Zauważyła też, że i on coraz częściej ukradkiem spoglądał w jej stronę, ale nie miała siły, by rozmyślać nad tym głębiej.
- Czy to jest ...- próbowała zagadać Meggie
- To jest las przed Królestwem Światła.-odrzekł Don Mateo rozdrażniony
- To źle ? - spytała nieco zbita z tropu Meggie
- Jesteśmy w złym miejscu.- warknął Don Mateo
- To nie moja wina.
- Twoja... ale nie mogę mieć do Ciebie pretensji, to był twój pierwszy raz.
Nie odzywali się do siebie, aż dotarli do granic królestwa. Wtedy ciekawość zwyciężyła i Meggie spytała:
- Jak to możliwe, że nikt w naszym świecie nie wie o istnieniu tak pięknego królestwa ?
- Gdyby wiedzieli, to królestwo nie było by takie piękne. Ludzie to chciwe istoty, które potrafią tylko brać. Nie zapominaj o tym.
- Nie zgadzam się z tobą.
- Elfy żyją w zgodzie z naturą. Są jej częścią. Nie musisz się ze mną zgadzać, ale ty jesteś częścią natury i nic tego nie zmieni.
Znów zapadła cisza, ale tym razem Meggie wolała podziwiać widoki. A było co podziwiać. Stare budynki zlewały się z tymi nowszymi i sprawiały wrażenie jakby budowały razem jakąś niesamowitą harmonię. W oddali rysował się zarys zamku. Już teraz widać było, że jest potężny i piękny. Mijali teraz co jakiś czas kobiety siedzące pod murami domów i sprzedające jagody. Nie czuć było delikatnego wiosennego powietrza. Gdy przemieszczali się w przestrzeni zmieniła się także pora roku. Słonko przyjemnie grzało ją w twarz. Było cieplutko i już nie żałowała, że wybiegła z domu bez kurtki. Zaczynało jej się tu podobać, ale z rozmyśleń wyrwał ją słaby głos Dona Mateo.
- Okłamałem cię.- powiedział to tak cicho, że ledwie usłyszała
- Jak to mnie okłamałeś ? Przecież to wszystko istnieje ...
- Nie nazywam się Don Mateo i nie dostałem wcale tej misji.
- Nie rozumiem ...
- Mam na imię Will, uciekłem stąd, ale życie na Ziemi jest trudniejsze niż tu.
- No, ale co ja mam z tym wspólnego.
- Jesteś księżniczką, ale nikt nie wie gdzie Cię znaleźć. Już dawno zaczęto Cię szukać. Gdy uciekałem, wpadł mi w ręce twój portret. Księżniczka ze zdjęcia bardzo mi się spodobała więc zachowałem twoją podobiznę.
Wyciągnął z kieszeni plecaka kartkę i wręczył ją Meggie. Dziewczyna stanęła i jak zaczarowana patrzyła na swoją twarz.
- Gdy cię tylko zobaczyłem jak wychodziłaś z domu ze swoją przybraną matką Julią, wiedziałem, że jesteś tą której szukamy.
- Czemu nie powiedziałeś od razu prawdy ?
- Bo bardzo mi zależało abyś poszła ze mną. Jesteś dla mnie przepustką do domu.
- Więc dlaczego teraz mi to mówisz ?
- Bo nie mam prawa Cię wykorzystywać. Wtrąciłem się w twoje życie i Ci je zrujnowałem. Przepraszam Cię Wasza Wysokość.
- Dzięki Tobie dowiedziałam się prawdy, ale nurtuje mnie jedno pytanie. Dlaczego stąd uciekłeś ?
Will zawahał się przez chwilę, ale postanowił być szczery z tak wyjątkową osobą jak Meggie.
- Jestem czarnoksiężnikiem ...
- Ale przecież to jest kraina osobliwości, czemu nie mogłeś tu zostać ?
- Do niedawna myślałem, że jestem sierotą. Okazało się, że moja rodzina została stąd wygnana, a ja postanowiłem jej poszukać. Gdy nie otrzymałem na to zgody od Cesarza uciekłem. Przybrany ojciec mnie nie przyjmie z powrotem do zamku, bez Ciebie ...
- Z powrotem do zamku ? Czyżbym jeszcze nie wiedziała o tobie wszystkiego ? Jeśli mam ci ufać, musisz mi powiedzieć całą prawdę.
- Mieszkałem na zamku, aż do czasu mojej ucieczki. Zostałem przygarnięty przez Cesarza gdy miałem 5 lat, bo podobno moi rodzice zginęli podczas jakiś tajemniczych eksperymentów z czarną magią. Rok temu dowiedziałem się, że zostali zesłani na Ziemię, bez możliwości powrotu. Chciałem ich odnaleźć, ale oni mnie ubiegli.
- Kim są "oni" ?
- Elfy z pałacu. Nie mogą się pogodzić z tym, że coś poszło nie po ich myśli. Nie darują mi, że zdołałem ominąć zabezpieczenia granicy i dostałem się na Ziemię.
- Więc czemu chcesz wrócić do zamku ?
- By pokazać moją prawdziwą moc.
W oczach Willa grały iskry nienawiści. Chciał się zemścić. Ale jak mogła mu pomóc. Miała go pocieszyć po stracie rodziców i próbować odwieść od myśli rzezi na zamku ? Tak właściwie to nawet nie wiedziała co on zamierza zrobić. Bała się o niego. Nie wiedziała dla czego, ale stał się jej bliski prze te parę godzin spędzonych razem. Nie miała też pojęcia w co się zmieni jej życie.


Szli pod murami. Zaczął padać deszcz i Will osłonił Meggie swoim płaszczem. Weszli do lasu, by ominąć wieżę strażników. W oddali słychać było krzyki dzieci wesoło skaczących w kałuże i ganiące takie zachowanie głosy matek. Od czasu do czasu, niebo przecinał błysk piorunów, tak jasnych, że Meggie, aż bolały oczy. W pewnym momencie Will chwycił Meggie za rękę i pociągnął za sobą. Uspokoił się już od czasu ich poprzedniej rozmowy, ale teraz coś mu się nie podobało. Meggie była zaniepokojona jego zachowaniem. Coś się działo, a ona nic o tym nie wiedziała. Nie rozumiała czym on się denerwuje. Nie mogła tego znieść. Musiała choć spróbować się dowiedzieć.
- Co się dzieje ? - spytała Meggie
- Ciii...Proszę bądź cicho. - Jego głos był nerwowy, lecz ciepły i troskliwy. Zupełnie inny niż kilka godzin temu.
- Co się dzieje / - powtórzyła Meggie szeptem
- Słyszałem psy...
- Psy ? To chyba normalne, że szczekają. Nie trzeba się niepokoić, to całkiem normalne...
Meggie nie zdążyła dokończyć zdania, gdy Will popchnął ją na stertę suchych liści (Meggie dziękowała w duchu za to, że ich nie spalono), już miała się odezwać z pretensją, gdy zobaczyła zbliżającego się do nich z wielką szybkością ogromnego psiska. Pozostałych czterech psów i pięciu ludzi nie zdążyła zauważyć, bo straciła przytomność po uderzeniu kijem w głowę. Ostatnie co zauważyła to przerażona twarz Willa.

Will nie dał przerażeniu panować nad jego ciałem zbyt długo. Dziesięciu na jednego. To nie było sprawiedliwe, ale nienawiść po stracie rodziców i strach o Meggie dodał mu sił. Wypowiedział jakieś niezrozumiałe słowa i wokół dziewczyny utworzyło się niewidzialne pole, ochraniające ją. Jeden ze strażników rzucił w niego kamieniem. Kilka słów... i ten sam kamień leciał teraz w kierunku strażnika.
Jeszcze czterech ...
Chłopak wyjął zza pasa sztylet i uderzył drugiego strażnika.
Jeszcze trzech ...
Dwóch strażników poległo od kolejnych słów.
Jeszcze jeden... i psy.
Will zbliżał się do ostatniego strażnika gdy nagle poczuł w ramieniu przeszywający ból. Było ich sześciu. Jeden strażnik stał za drzewem, pozostając w ukryciu i czekając na swoją szansę pozbycia się wroga i okrycia się chwałą, ale chybił. Taki błąd kosztował go życie.
Ostatni strażnik był bardzo młody i niedoświadczony. Przerażony nagłą śmiercią swoich towarzyszy, za wszelką cenę szukał drogi ucieczki. Puścił smycze i zaczął się cofać. Psy rzuciły się na Willa. Meggie odzyskała przytomność i krzyknęła na widok sfory psów. Will odwrócił się do niej tracąc koncentrację i jeden z psów zahaczył kłami o jego bok, a po jego białej koszuli popłynęła krew. Nad Meggie nadal utrzymywało się pole, więc nie mogła pomóc Willowi. Strasznie się o niego bała. Bała się o niego jak o przyjaciela i nic nie mogła zrobić, musiała czekać... Will trzymając się za bok, wyjął z sakwy strzałki. Rzucił je ... Wszystkie pięć psów runęło na ziemi. Meggie zauważyła, że pole wokół niej staje się coraz cieńsze, choć w pobliżu był jeszcze jeden uzbrojony strażnik. Znów nie wiedziała co się dzieje. Zdarzało jej się to za często i postanowiła się dowiedzieć od Willa wszystkiego co tylko może. Miała złe obawy i miała rację. Will upadł na kolana, nie miał już siły. Strażnik dostrzegł swoją szansę i zaczął zbliżać się do chłopaka. Meggie zaczęła krzyczeć, lecz ledwo dostrzegalne pole uniemożliwiało jej pomoc Willowi. Strażnik był już tuż tuż Willa i już cieszył się zwycięstwem. Pochylił się nad nim i coś mu szeptał do ucha, lecz nie cieszył się tą chwilą zbyt długo. Will wziął sztylet do ręki i jednym, płynnym ruchem ręki pozbawił strażnika głowy z twarzą wykrzywioną w ostatnim złośliwym uśmiechu. Chłopak wstał i chwiejnym krokiem podszedł do Meggie. Będąc już tuż dziewczyny potknął się i przewrócił. Pole wokół niej znikło całkowicie i Meggie podbiegła do niego. Will stracił przytomność, a ona znów nie wiedziała co robić.


Will leżał na ziemi nieprzytomny. Meggie wyjęła z jego sakwy bandaże i opatrzyła mu rany. Ta w ramieniu była bardzo głęboka. Bała się wyjąć strzałę, lecz postanowiła, że za wszelką cenę spróbuje pomóc Willowi. Była mu niewymiernie wdzięczna, uratował jej życie. Zapadł zmrok. Meggie znalazła zapałki w kieszeni i próbowała rozpalić ognisko. Położyła chłopakowi pod głowę liście i przykryła go jego peleryną, którą miała na sobie podczas tego strasznego zdarzenia. Przerażała ją myśl, że nie dalej jak kilka metrów leżą martwi strażnicy, lecz myśl że żywi być może zbliżają się w ich kierunku niemal ją paraliżowała. Meggie zastanawiała się co by mogła zrobić, gdyby rzeczywiście ktoś ich znalazł. Uciekła by ? Biegła by po nieznanym jej świecie zostawiając osobę, która tak się narażała by ratować ją ? Przysiadła przy maleńkim płomyczku ogniska i zaczęła szlochać. Po co jej to było ?

Will odzyskał przytomność późnym popołudniem. Podniósł się z jękiem, rozglądając się za Meggie. Dziewczyna siedziała skulona pod drzewem nieopodal wypalonej kupki liści. Głowa dziewczyny bezwładnie osunęła się na raniona w niespokojnym śnie. Will podszedł do niej i okrył jaj ramiona peleryną, a ta obudziła się nagle. Meggie widząc Willa przytomnego i gwałtownie do niego przytuliła. Widząc jednak, że sprawia mu ból chciała się od niego odsunąć. Chłopak jęknął, ale odwzajemnił uścisk i lekko pogładził ją po jasnych włosach.
- Musimy stąd iść. - szepnął jej do ucha
- Dobrze, ale dokąd ? Jak daleko ? Czy ... czy możesz, czy masz siłę iść ? - spytała wpatrując się w jego zielone oczy.
- Idźmy, to nie daleko. Zatrzymamy się w karczmie za lasem.
Meggie pozbierała z ziemi wszystkie rzeczy Willa, które wyjęła w nocy i ruszyli w drogę.

Karczma okazała się lekko rozpadającym budynkiem, bez szyb w oknach na parterze, a te na piętrze miały kolor ziemi. Przy ladzie stała, ubrana w za krótką sukienkę, kobieta w wieku Meggie. W kącie siedział jakiś samotny, upity klient. W izbie panował mrok rozpraszany jedynie przed trzy świece stojące na stolikach.
- To tylko na jedną noc. - powiedział do Meggie, Will gdy tylko zobaczył jej minę.
- To bardzo dobrze. Nie podoba mi się tu.
- Co ? Nie podoba się ? - krzyknęła kobieta zza lady. - Pamiętaj dziewczynko, że nikt cię tu nie zapraszał. Możesz sobie iść do innej gospody. Będziesz szła całą noc, ale to będzie tylko i wyłącznie twój wybór. - oburzona kobieta podeszła do Meggie i zaczęła jej wymachiwać rękami prze twarzą.
- Gdybym miała wybór, jakikolwiek wybór, to na pewno tym tu nie została.- na taką odpowiedź kobieta nie była przygotowana, po krótkiej chwili ciszy, znów zaczęła krzyczeć, lecz tym razem jej krzyki były nie wyraźne i bardziej przypominały gdakanie kury. Meggie zaczęła chichotać z tej niezwykłej sytuacji, co niesamowicie nie spodobało się gospodyni. Kobieta zamachnęła się na dziewczynę, ale jej atak natychmiast został zablokowany przez Willa, który teraz trzymał w mocnym chwycie rękę kobiety.
- Zrobi pani to jeszcze raz to pani Karczma stanie w płomieniach i nie wiem z czego pani będzie się utrzymywać, a już nie wiedzie się pani najlepiej prawda ? - Meggie była zszokowana zarówno nagłym atakiem kobiety jak i stanowczą groźbą Willa. Nie wiedziała czy zrobił by to naprawdę, ale im dłużej pozostawała w tym świecie tym bardziej podzielała jego nienawiść do tego miejsca.
- Ile bierze pani za pokój ? - spytał, puszczając rękę kobiety.
- A co porwałeś swoją dziewczynę od rodziców i nie macie się gdzie podziać, co ? - spytała zgryźliwie kobieta - Ach gdyby mnie ktoś tak porwał, to by było zupełnie inne życie.
- Nie zostałam porwana i ... - wtrąciła Meggie rozmarzonej kobiecie.
- Nie jesteśmy parą, podróżujemy razem. - dodał Will
- No to będzie problem.
- Jaki ? Nie przyjmuje pani podróżnych, znajdą tu schronienie tylko romantyczni kochankowie ? - Meggie była zdenerwowana.
- Nie, paniusiu. Mam tylko jeden wolny pokój.- Meggie nie wstydziła się swojej wypowiedzi, bo nie darzyła zbyt dużą sympatią stojącej przed nią kobiety.
- Nie szkodzi, weźmiemy ten jeden pokój, a zapłacimy jutro, dobrze ?- Meggie spytała pytająco na Willa. Czy on chce spać razem z nią w jednym łóżku ? "Nie ma mowy." odpowiedziała w duchu na ten pomysł.

Kobieta zaprowadziła ich na piętro po skrzypiących schodach. Meggie bała się, że zaraz któryś schodek się zarwie i wpadnie nie wiadomo gdzie.
Ich pokój okazał się malutką izbą z jednym niewielkim, ale podwójnym łóżkiem, dwoma fotelami i składanym stolikiem. Przy łóżku stały szafki nocne z różnymi klamotami i lampką bez żarówki. Całość wyglądała jak obraz nędzy i lepkiego brudu. Jak się okazało, od pokoju odchodziły drzwi do zaskakująco czystej łazienki, lecz w drzwiach nie było zamka. Will zaproponował Meggie, aby poszła wziąć kąpiel. Dziewczyna bała się, że ją będzie podglądał, ale ten odpowiedział jej tylko żeby się nie martwiła, bo on będzie musiał coś zrobić.
Kąpiel zmyła z dziewczyny wszelkie troski, a lawendowe mydło usunęło wszelkie pozostałości po wydarzeniach w lesie. Jedynym jej zmartwieniem było podziurawione ubranie i pokój w którym nieniknienie musiała spać. Weszła do niego w ręczniku i z zamkniętymi oczami, aby nie musieć oglądać bałaganu. Nagle usłyszała głos Willa:
- Otwórz oczy. - powiedział to tak ciepło, że nie mogła się oprzeć.
Posłuchała go i otworzyła oczy. A to co zobaczyła zaparło jej dech w piersiach. Niegdyś stare, brudne i zniszczone meble, był teraz przepięknymi i godnymi nawet króla. Potrzaskane okna były całe i przejrzyste. Na stole stał porządny i ciepły posiłek, a na łóżku przepiękna złocista sukienka sięgająca jej do połowy uda i leginsy. Obok ubrań leżał płaszcz, który musiał być dla niej, bo Will miał jeszcze swój na sobie.
- Jesteś lepszy niż Wróżka Chrzestna, a ja czuje się dziś jak Kopciuszek, ale najlepsze jest to że jesteś tu ze mną. - poczuła jak po policzku spływa jej łza. Przytuliła się mocno do Willa i wyszeptała mu - Dziękuję.


Meggie do późnej nocy kręciła się po pokoju w nowej sukience nucąc jakąś piosenkę. Była tak bezmiernie szczęśliwa, że nie mogła nad sobą zapanować. Gdy spytała Willa jak to zrobił, ten tylko odrzekł ze swoim zwykłym uśmieszkiem "Czary". Gdy wreszcie zmęczenie wzięło górę, położyła się na łóżku obok Willa. Chłopak był jeszcze wyczerpany i potrzebował snu. Meggie nie miała sumienia go budzić. Po chwili oboje spali głębokim snem.

Will obudził się bardzo wcześnie. Promienie słońca przedzierały się przez liście drzew ,wpadając przez okno oświetlały jego twarz. Zszedł po schodach i skierował się w kierunku gospodyni. Kobieta siedziała, na rozpadającym się krzesełku, nieco zaspana, lecz na widok chłopaka skoczyła na równe nogi.
- Czego sobie życzysz ? - spytała zgryźliwie
- Potrzebujemy koni i prowiantu. - odrzekł nie zwracając uwagi na złośliwość kobiety.
- Jakieś dwa kilometry stąd jest gospoda, o wiele lepsza od mojej. - Powiedziała ze smutkiem kobieta. - Tam możesz zaopatrzyć się w prowiant i konie.
- Meggie tu zostanie dopóki nie wrócę, a ty zadbasz aby jej się nic nie stało. Gdy zejdzie na dół by mnie szukać, dasz jej to. - podał zdziwionej kobiecie kartkę i opuścił karczmę, zanim zdążyła zaprotestować.

Will szedł szybko, śpieszył się. Nie chciał zostawiać Meggie samej zbyt długo. Gdy doszedł do karczmy, właściciel powitał go bezzębnym uśmiechem.
- Czego sobie życzycie, panie ? - spytał sepleniąc
- Potrzebuję dwóch koni i prowiantu na kilka dni.
- A, to się da załatwić. Marco chodź no tutaj. - na zawołanie pojawił się sługa
- Tak ? - spytał zaciekawiony widokiem dziwnego przybysza.
- Dwa konie i prowiant, tylko migiem. - Właściciel wystawił rękę po zapłatę. Will wręczył mu sakwę i poszedł do służącego prowadzącego konie.
Wsiadł na konia i ruszył w kierunku gospody. Cały czas myślał o Meggie, chodź karcił się za to w myślach, nie mógł przestać. Nie wiedział dlaczego ?

Meggie wstała, obudzona nagłym jakby ostrzegawczym świergotem skowronka. Śnił jej się Will. Tak bardzo się do niego przywiązała przez te parę dni. Gdy tylko zobaczyła, że go nie ma przestraszyła się i zbiegła po schodach. Rozejrzała się i zobaczyła tylko poczochraną gospodynię, która zatrzymała ją i wręczyła kartkę. Meggie spojrzała na nią pytającą, lecz ta wzruszyła tylko ramionami i odeszła. Dziewczyna rozwinęła karteczkę i przeczytała tylko dwa krótkie zadania:

Nie panikuj. Niedługo wrócę.”

Meggie zastanawiała się skąd mógł wiedzieć, jak ona się zachowa, ale szybko doszła do wniosku, że on nie jest zwyczajnym chłopakiem. Martwiło ją tylko, że myśli o nim z coraz większą czułością. Co z tego wyjdzie. Do czego to doprowadzi.

Will zostawił konia pod gospodą i pobiegł do pokoju. Dziewczyna rzuciła mu się na szyję.
- Tęskniłam za tobą. - powiedziała bez zastanowienia
- Cóż, no, tak szczerze to ja też za tobą tęskniłem. - Will był bardzo zaskoczony, ale poczuł też ulgę, że Meggie czuje do niego to samo co on do niej.
- Nie panikowałam, no może troszkę- wyszeptała mu, a on w odpowiedzi pogładził jej policzek i lekko pocałował w usta.


Stali w milczeniu, przytuleni. Zapadł zmrok, stracili rachubę czasu, byli szczęśliwi. Wszystkie złe chwile mknęły gdzieś daleko, pozostało tylko uczucie bliskości. Meggie wtuliła głowę w ramię Willa, czując zapach opatrunku.
Wpatrywał się w jej blado niebieskie oczy. Uśmiechnęła się do niego promiennie. Ten uśmiech zwalał go z nóg. Usiedli na miękkim łóżku. Ona patrzyła przez okno na niebo. On podziwiał dziewczynę siedzącą obok niego. Była cudowna. Długie blond włosy spuszczały się po jej plecach. Niebieskie oczy wpatrujące się w gwiazdy. Pachniała kwiatami. Miał ochotę zanurzyć się w jej włosach. Pocałował ją długo delikatnie. Spojrzał jej w oczy. Ona wpatrywała się w jego, pokochała iskry w nich grające przy każdej okazji wartej zapamiętania. Musnął delikatnie jej usta. Był to pocałunek magiczny, jakby skradziony. Jednak wiedział, że nie mogą tu zostać. Jego umysł pracował na pełnych obrotach, bo był winny temu co groziło im obojgu. Gdy jechał do Meggie zauważył na drzewie ogłoszenie przestrzelone królewską strzałą. Ścigano ich, poszukiwano żywych lub martwych. Bał się o kogoś, pierwszy raz od bardzo dawna. Był jej potrzebny i musiał jej pomóc wydostać się z kłopotów, w które wpadła przez niego. Co było by złego w życiu w nieświadomości ? Obwiniał się to, że przez jego brawurę nie żyło sześciu żołnierzy i o to, że czuł teraz coś czego nie powinien. Ujął rękę dziewczyny, pocałował ją lekko w policzek i poszedł do okna. Miejsce, które przed chwilą wypełniała radość, widać było teraz smutek, który jednak najbardziej wyrażały oczy. Te piękne, zielone, błyszczące oczy, które przyciągały uwagę były odzwierciedleniem jego duszy. Meggie zdążyła to zauważyć i zareagowała niemal natychmiast.
- Co się stało ? - spytała mocno zdziwiona nagłą zmianą zachowania
- Musisz wiedzieć, że nie jesteśmy tu bezpieczni. Wyznaczono za nas potężną nagrodę. Nie możemy się także na razie pokazać w królestwie. Jedynym wyjściem jest podróż do Salmados.
- Salmados ? A co to za miejsce ? Tam nie będą nas ścigać ?
- Salmados to kraina nieumarłych. Zamieszkują ją wampiry i istoty, które oddały duszę za wieczne życie. Elfy nie mają tam wstępu, ale my się tam dostaniemy i nawet jeśli się uda to dostaniemy od nich pomoc. Mój dziadek oddał duszę aby móc ratować królestwo. Stał się nieumarłym dzięki czemu moja matka zdołała pokonać Herolda Złego, który próbował zniszczyć elfy. Tylko dzięki niemu wszystkie elfy cieszą się własnym królestwem. Niestety nie my.
- Jesteśmy wyrzutkami. Odmieńcami bez przeszłości i przyszłości. - Meggie zaczęła szlochać
- Nie mów takich rzeczy. Przyszłość zależy tylko i wyłącznie od nas, rozumiesz ? - Will ujął głowę dziewczyny i starł ciężkie łzy spływające po jej twarzy. Jej bezradny wygląd poruszył jego serce, które kazało mu rozweselić ją, jednocześnie nie wiedząc jak tego dokonać.- Zostaniemy tu jeszcze jedną noc, czy wyruszymy teraz ?
Dziewczyna jakby przez sen podeszła do okna i wpatrywała się gdzieś w dal.
- Salmados ... Kraina istot, których już dawno nie powinno być. Stwory bez dusz, lecz o czułym sercu skłonnym do pomocy. - Słowa przez nią wypowiadane ginęły w mroku lasu, zagłuszane co jakiś czas pohukiwaniem sowy.
- Meggie ... - Will próbował przerwać dziewczynie i ją jakoś pocieszyć, ale nie przychodził mu do głowy żadem porządny pomysł.
-W porządku. Musimy stąd odejść. Nie ma żadnej różnicy czy to będzie dziś czy jutro. Noc jest taka piękna, a powietrze takie świeże. Jedźmy dzisiaj.
- Jesteś tego pewna ?
- Tak. - odparła Meggie znużonym głosem. Zebrała swoje rzeczy do niewielkiego plecaczka, narzuciła płaszcz i zeszła po schodach. Podeszła do niemiłej gospodyni i pożegnała się czule. Bardzo się zdziwiła widząc w oczach kobiety łzy.
- Tak dawno nie miałam takich gości jak wy. Takich młodych i niewinnych, a nie zapijaczonych chłopów uciekających od kosy do kufla piwa. Szkoda, że tak się zaczęła nasza znajomość, ale... ja muszę być ostra. Inaczej klientela by mi się za bardzo rozswawoliła.
- Rozumiem.- Will przyglądał się Meggie. Uśmiechała się słabo, co zupełnie do niej nie pasowało. Zastanawiał się co ją tak smuci, bo na pewno nie było to opuszczenie tego miejsca do którego weszła z taką niechęcią.
Wyszli z gospody, księżyc był tak duży, że wydawało im się, że mogą go dotknąć. Magiczna noc tylko czekała by pochłonąć w ciemnościach dwójkę zagubionych dusz. Konie rżały niecierpliwie czekając na jeźdźców. Meggie miała problem z wejściem na konia, Will przyszedł jej na pomoc, a ona ją przyjęła w milczeniu. Wyruszyli w podróż do miejsca do którego nie powinni jechać. Ale decyzja została podjęta i nikt nie chciał zawracać.

Las ciągnął się przed nimi, a za nimi rozciągała się ciemność i bezkresna mgła spowijająca wszystko wokół. Jechali całą noc i dzień. Wieczorem byli tak wyczerpani, że postój był obowiązkowy. Will zeskoczył z konia, był przyzwyczajony do długich i męczących podróży, ale Meggie nie. Podbiegł do niej i ściągnął z konia, była ledwo przytomna z wyczerpania. Znowu zawinił, bał się ponownej konfrontacji ze strażnikami, ale teraz bał się o wiele bardziej. Jego serce wyrywało się z piersi gdy patrzył na Meggie. Choć tak bardzo mu na niej zależało, nie chciał jej tego powiedzieć. Nie chciał się przyznać do własnych uczuć. Wziął Meggie na ręce i położył pod drzewem na kocu, który zabrał z gospody. Pod głową położył jej swój płaszcz i rozpalił ognisko. Nie zdawał sobie sprawy, że Ona postąpiła prawie identycznie, targana sprzecznymi uczuciami, uratowała mu życie, po tym jak on ocalił jej. Łączyło ich tak wiele. Oboje byli uparci i zamknięci w sobie. Usiadł przy niej i głaszcząc jej jasne włosy, patrzył w gwiazdy, które mrugały do niego, jakby zachęcały do wyznania jej uczuć.
Poranek był wspaniały, rześki i chłodny. Poranna mgiełka promieniała od
upartych promieni słońca. Chłopak czuwał całą noc, jednak nad ranem zasnął. Obudził go szelest. Meggie siedziała i delektowała pachnącym, leśnym powietrzem.
- Dzień dobry.- powiedział Will z tak szerokim uśmiechem, że zastanawiała się co go tak raduje.
- Przecudny poranek. Taki...niezwykły. - odpowiedziała patrząc na jakiś nieznany jej gatunek ptaka.
- Taki jak ty. - powiedział, kładąc się na zroszonej trawie.
- Słucham ? - spytała Meggie nieco zdziwiona
- Wiesz, jeszcze nigdy nie czułem czegoś takiego. To takie... magiczne.
- Naprawdę ? Myślałam, że jesteś specjalistą od magii. - Meggie uśmiechnęła się szeroko i przytuliła się do niego.

-Wiesz co ? Tutaj niedaleko powinno być Jezioro Wróżek.- powiedział Will do Meggie siedząc na gałęzi. Próbował złapać jakieś maleńkie stworzonko, które ciągle mu umykało. Wyciągnął rękę by je złapać, gdy nagle do jego spodni przyczepiło się coś przypominające wiewiórkę. Stracił równowagę i spadł z drzewa. Z hukiem uderzył o ziemię. Dziewczyna podbiegła do niego przerażona.

" Mam Cię. Tym razem nie uciekniesz.".- Pomyślał Will i zadowolony usiadł na ziemi. Jedną ręką trzymał się za głowę, a drugą wyciągnął ku Meggie.
Dziewczyna chwyciła jego rękę i ujrzała w niej małą istotkę. To była wróżka. Jej skrzydełka mieniły się kolorami tęczy, a w malutkiej dłoni trzymała kwiat. Wręczyła go Meggie i usiadła jej na ręce. Była śliczna.

    - Ach, ty głuptasie. Mogłeś sobie zrobić krzywdę. - Meggie patrzyła na zadowolonego Willa.
    - Wiem, ale dla Ciebie zrobił bym o wiele więcej. - Will wyjął coś z sakwy i włożył jej do ręki.
    - Nic Ci nie jest ? Co to jest ?
    - Nic takiego. To specjalna runa .
    - Runa ?
    - Magiczna. Mam ich więcej.

    - A do czego ona służy ?

    - Chroni osobę, która ją posiada.
    - Aha, jest wspaniała. Bardzo Ci dziękuję. - Meggie podeszła do Willa i pocałowała go w policzek - Mówiłeś, że gdzieś niedaleko jest jezioro. Czy można do niego wchodzić ? Chciałabym się odświeżyć.
    - Możesz do niego iść , ale nie wolno Ci do niego wejść. Możesz zaczerpnąć wody tylko stojąc na piasku. Musisz o tym pamiętać. Ja zostanę tutaj, by ... no cóż, idź już.
    Meggie poszła wgłąb lasu w kierunku pokazany jej przez Willa. On zajął się końmi. Popakował koce i prowiant, uprzątnął ognisko. Usiadł na pniu dziwnie wygiętego drzewa. Nagle usłyszał krzyk. Wiedział co się stało, chodź uprzedzał Meggie. Zaczął biec w jej kierunku, krzycząc:
    - Meggie... Już idę... Musisz wyjść z wody. Wyjdź z niej. Nieee... Meggie...

    Meggie stała zanurzona w wodzie. Jej włosy pobłyskiwały od przedzierających się przez gęstą zasłonę liści nielicznych promieni słońca. Patrzyła w osłupieniu na wynurzającą się z wody głowę potwora. Jego puste oczy wbijały się w duszę dziewczyny, nakazując jej zbliżenie się do siebie. Will przybiegł i ujrzał Meggie sunącą w wodzie w kierunku wielkiego cielska potwora.
    - Meggie, nie. Zatrzymaj się ...
    Dziewczyna go nie słyszała, w świadomości tylko wbijający się w umysł charczący głos potwora, wołający: "Chodź, chodź tu do mnie ..."
    Wyciągnął po nią swoją olbrzymią odrażającą dłoń. Will skoczył do wody i pobiegł w ich kierunku.

Czulak mieszkający w tym jeziorze był przerażająco wielki i dobrze opanował swoją moc władania umysłami młodych dziewcząt, które chciał dostać w swoje ogromne łapska by potem przemienić je w swoje własne nimficzne niewolnice. " Nie taki los ma ją spotkać, nie taki ..." Powtarzał w myślach Will. Musiał wymyślać coś co mogło by uratować tę dziewczynę, tak drogą jego sercu. Podbiegł do Meggie i objął ją w pasie, krzycząc do potwora elfickie zaklęcia przemieszane z przekleństwami. Co jakiś czas przestawał szepcząc do ucha Meggie aby się nie poddawała i walczyła z otumanieniem. Nagle odsunęła się w jego ramionach wyrwana z zaklęcia, szepcząc "Pomóż mi, pomóż, proszę."

Wziął ją szybko na ręce i pobiegł w kierunku lądu, jednak potwór nie dawał za wygraną, machał łapami i swoim ogromnym cielskiem tworzył ogromne fale, które raz po raz zalewały twarz chłopaka, który zachłystywał się wodą. Dotarł na brzeg, położył Meggie na trawie i rzucił się obok niej wyczerpany. Przez kilka długich chwil leżał na trawie ciężko dysząc, w końcu wstał i podszedł do Meggie, była nieprzytomna. Wyjął w sakiewki kilka run i rozłożył je na trawie obok dziewczyny i zaczął szeptać swoje elfickie zaklęcia. Spojrzał na Meggie, dziewczyna lekko podnosiła powieki, rozglądała się zdziwiona.

- Co się stało? - spytała przestraszona

- Nie usłuchałaś mnie i weszłaś do wody. - odpowiedział spokojnie

Meggie chwilę patrzyła przed siebie, potrząsając co jakiś czas głową.

- Ta woda, ona mnie wołała. Zachęcała. Mówiła, dotknij lustra wody, cóż ona Ci może zrobić. Byłam naiwna i posłuchałam. A potem ten odrażający typ wyłaniający się z wody. Krzyczałam, ale on mówił, że to na nic, że jestem jego nimfą. Tak strasznie się bałam. Will, och, cóż ja bym bez Ciebie poczęła. - Meggie cicho łkała na ramieniu Willa, gdy ten gładził jej włosy. Gdy emocje zostały pohamowane Will wstał i z ironią powiedział do Meggie, że już więcej nie będzie słuchała wody tylko jego,na co ta odpowiedział śmiechem. Szybko odjechali z tego miejsca, gdyż Meggie wciąż czuła w duszy wpływ potwora z jeziora.


Ciąg dalszy już wkrótce ...

Natalia

Napisane przez

Natalia

Bardzo lubię pisać opowiadania, te krótsze i dłuższe. Mam dwójkę rodzeństwa i mieszkam w p0rzedwojennym domu, to daje swoje efekty.

Oceń utwór

Dobre

3.50 na 6 (6 ocen)

Komentarze

, aby skomentować

Brak komentarzy. Zaloguj się, aby rozpocząć dyskusję.