Karczma przy starym gościńcu
gawęda
Daniił Łaźko
Tekst wiersza i komentarz literacki
Tuapse, 2 października 2026
Karczma przy starym gościńcugawęda
Gdzie stary gościniec skręca
Między młynem a kościołem,
Stoi karczma. Ganek pęka,
Strzecha nad zmarszczonym czołem.
Nad progiem szyld wypłowiały,
Na nim kufel, koń i słowa —
Lecz co pisał pędzel biały,
Deszcz zjadł. Została połowa.
Przy płocie lipa jak baba
Rozłożyła ciężkie ręce;
Za węgłem studnia, gdzie żaba
Siedzi i nie chce nic więcej.
A podwórze — błoto, siano,
Ślad kopyt i koleiny;
Mokrym drewnem pachnie rano,
A wieczorem — dym z łuczyny.
Ja tę karczmę znam od dziecka,
Biegałem tu boso latem;
Co nie z oczu — to sąsiedzka
Gadka babek nad warsztatem.
Jak było, nie dam przysięgi;
Każdy liczy dni inaczej:
Grabarz — lata wedle księgi,
Hanka — wesela i płacze.
A Maciej — chłop krępy, siwy,
Z nosem jak dojrzała śliwa,
Uparty, ale poczciwy,
A skąpy — no, różnie bywa.
Długi kredą na framudze
Znaczył kreską i krzyżykiem;
Deszcz zmył kredę — ale cudze
Liczył dalej, choćby z krzykiem.
Lubił się też chwalić czasem,
Że generał w jego sieni
Pił — a który, z każdym razem
U Macieja się odmieni.
Tu swatano i kłócono,
Tu z pogrzebu szli na stypę,
Nowiny z miasta niesiono,
Konie wiązano pod lipę.
Raz, mówią, dwóch gospodarzy,
Kuba z Szymonem, przy piecu
Darło się o ciepło w twarzy
Jak dwaj posłowie na wiecu.
Maciej długo słuchał. Potem
Każdemu doliczył ławę,
I obaj, płacąc z kłopotem,
Klęli go zgodnie, łaskawie.
Bywał szlachcic Rymsza z brodu,
Pan na krowie i pagórku;
Herb miał z Lechowego rodu,
Długi — na drzwiach, na podwórku.
Gdy mu Maciej wskazał kreski,
Rymsza wąsa w górę ciągnął:
«Herb mój — pod Wiedniem zwycięski!» —
I po kufel znowu sięgnął.
Furman Ignac po jarmarku
Spał na stole jak na sianie,
Z batem zwiniętym na karku,
Przez sen krzyczał: «Wio, kasztanie!»
Tędy jechała do ślubu
Zośka młynarzówna w wianku;
Maciej — nie wiem, czy z rachuby —
Darmo beczkę dał na ganku.
Ksiądz, gdy jechał z Panem Bogiem
Do chorego w noc czy w słotę,
Stawał tylko przed tym progiem,
By koniom dać wody. Potem —
Dalej, w noc, w błotnistą drogę.
A Maciej, skąpy do kości,
Mówił: «Od Boga nie mogę...»
Nie wpisał tej należności.
Ja zaś, smyk, stałem przy płocie,
Patrząc na konie przy żłobie —
Jak parują w deszczu, w pocie —
I każdego chciałem sobie.
Był też jeden — stary żołnierz,
Co raz w roku, gdy liść spada,
Siadał, stawiał wyżej kołnierz
I nic nikomu nie gadał.
Pił jedno piwo, nie więcej,
I patrzył w belkę nad drzwiami:
Ktoś tam, z nożem w młodej ręce,
Wyciął «Jan» i rok cyframi.
Kim był Jan — nic nie powiadał.
Maciej pytał raz i drugi.
Aż raz liść, jak co rok, spadał,
Stary — nie. I lata długie.
Za stajnią, kopiąc pod dynie,
Maciej znalazł w ziemi kulę —
Ołowianą, w żółtej glinie —
I ważył ją w dłoni czule.
«To — mówił — od tamtych z lasu,
Z sześćdziesiątego trzeciego».
Kto to sprawdzi? Tyle czasu...
Kula nie powie nic swego.
Potem przyszło, co przyjść miało:
Nowy trakt — prosty, kamienny —
Krótszy o milę — to mało?
A nasz został — boczny, senny.
Furmanki zaczęły jechać
Prosto, mostem, bez przystanku;
A Maciej wychodził czekać
Na ganek — co dzień, od ranku.
Izba stygła. Ława pękła.
Szyld zawisł krzywo na haku.
Mysz z komory też uciekła.
Droga w trawie — ani znaku.
Córka z miasteczka pisała:
«Tatku, dość już tego znoju!
Izba u nas jest, choć mała,
I wasz kąt czeka w pokoju».
Maciej: «Droga jeszcze wróci.
Most się rozsypie po zimie,
Szosa się w bagno obróci —
A wtedy, kto ich tu przyjmie?»
Każdy wiedział: nie zawróci
Ani droga, ani woda;
Lecz kto starego zasmuci?
Kiwali głową: «No — szkoda».
Aż raz, w późny wieczór słotny,
Gdy deszcz walił w dach jak cepem,
Ktoś zastukał. Gość samotny;
Klacz za nim łypała ślepiem.
«Zamknięte!» — krzyknął co siły,
Po czym zaraz drzwi otworzył:
«W taką noc — jak mi Bóg miły —
Psa bym na ławie położył».
Gość był niemłody, w surducie;
Rzekł od progu: «Pochwalony».
Woda ciekła mu po bucie.
«Na wieki» — mruknął, zdziwiony.
Maciej dorzucił polano —
Jedno. Westchnął. Potem drugie.
Chleb postawił, ser, śmietanę
I — rzecz rzadka — nie na długi.
Gość jadł, a potem w półmroku
Spojrzał na belkę nad drzwiami:
«Jan... Wycięty w tamtym roku,
Kiedy szedł w las z chłopakami.
Zostawił tu konia w stajni —
Gniadego. Rzekł: „Wrócę rano”.
Wieczór był jego ostatni.
Koń czekał długo — gadano.
Ojciec, jego brat, co roku
Tu przychodził — na Zaduszki».
Maciej długo milczał w mroku,
Zgarniał w dłoń z chleba okruszki.
«To on!... Piwo — jedno. Siwy...
I ani słowa — przez lata!
Ale płacił. Sprawiedliwy.
Uczciwszy niż pół powiatu».
Po północy, gdy dogasał
Żar, a gość spał już na ławie,
Maciej słyszy: w stajni hałas —
Jak dwa konie. Albo prawie.
Wziął latarnię i, choć boso,
Poszedł przez błotne podwórze.
Klacz gościa patrzy z ukosa
Na pusty żłób — uszy w górze.
W boksie — barłóg przygnieciony,
Jakby coś przed chwilą stało,
I owies w żłobie — ruszony...
Albo mu się przywidziało.
Wracał — a na ganku kroki.
Raz, drugi. Deska skrzypnęła.
Podniósł latarnię wysoko —
Pusto. Lipa się ugięła.
Wtedy Maciej, stojąc w błocie,
Zmówił «Wieczny odpoczynek»
Za Jana, za tych, co w słocie
Tu stawali. I za szynek.
Rano gość chciał płacić. Maciej
Długo patrzył na pieniądze,
Potem rzekł: «Schowajcie, bracie.
Jan zapłacił. Tak ja sądzę».
W tydzień potem Maciej zamknął
Drzwi na zardzewiałą kłódkę.
Klucz — pod «Jana». Jeszcze westchnął,
Wziął kulę i kredy grudkę.
Lecz co niedzielę, po sumie,
Szedł z miasteczka starą drogą,
Siadał na ganku — i w szumie
Lipy czekał. Nie wiem — kogo.
Mówią, że tu, gdy noc głucha,
Słychać furmankę — bez koni.
Grabarz mówi: «Wiatr. Nie słuchać».
A Hanka krzyż kreśli dłonią.
Dziś Macieja nie ma. Leży
Na cmentarzu, tam, za młynem;
Krzyż ma prosty, jak należy,
Wianek z suchym rozmarynem.
A karczma stoi, jak stała,
Tylko szyld leży w pokrzywach;
Lipa nad nią — stara, cała,
W studni woda jeszcze żywa.
Ja tamtędy chodzę czasem,
Siadam na zapadłym ganku
I — choć bez konia — popasem
Czekam, jak on, na furmankę.
Nikt tu nie jeździ — i z Bogiem.
Lipa kapie. Dzwon z oddali.
A ślad kopyt — tuż pod progiem,
Jakby jeszcze tu przystali.
Daniił Łaźko
Tuapse, 2 października 2026
Gawęda w duchu Władysława Syrokomli i Adama Mickiewicza
I. Gawęda — rodowód gatunku
Gawęda szlachecka ukształtowała się w polskiej literaturze w latach trzydziestych XIX wieku. Jej klasycznym prozatorskim wzorem stały się „Pamiątki Soplicy” Henryka Rzewuskiego (1839), a jej żywioł przenika też „Pana Tadeusza”: opowieść Gerwazego o Horeszce czy myśliwskie historie Wojskiego to gawędy w ścisłym sensie, wplecione w epos. Gatunek ma kilka stałych znamion. Opowiada go narrator należący do świata, o którym mówi. Toczy się w trybie mowy żywej, z dygresjami, zastrzeżeniami i odwołaniami do słuchacza. Prawdę zdarzeń poświadcza nie dokument, lecz pamięć ludzka, a ta bywa różna u różnych świadków.
Władysław Syrokomla przeniósł gawędę do wiersza i rozszerzył jej społeczny horyzont. W utworach takich jak „Urodzony Jan Dęboróg”, „Kęs chleba” czy „Pan Marek w piekle” obok zaściankowej szlachty pojawiają się chłopi, ubodzy i ludzie bez historii. Gawęda przestała być wyłącznie pamiątką stanu szlacheckiego, a stała się formą pamięci całej okolicy. Do tej właśnie tradycji nawiązuje „Karczma przy starym gościńcu”.
II. Władysław Syrokomla — lirnik swojskości
Ludwik Kondratowicz, piszący jako Władysław Syrokomla (1823–1862), spędził życie na Litwie i Białorusi, w okolicach Mińska i Wilna. Sam nazywał siebie lirnikiem wioskowym. Jego poezja wyrasta z kilku przekonań. Pierwszym jest wartość tego, co swojskie, bliskie i codzienne. Drugim jest życzliwość wobec zwykłego człowieka, którego śmiesznostki nie odbierają mu godności. Trzecim jest pamięć ziemi rodzinnej, utrwalona w rzeczach, obyczajach i opowieściach. Syrokomla łączy pogodny humor z melancholią bez patosu, a moralną wymowę osiąga bez moralizowania.
Z tej postawy pochodzą najważniejsze decyzje omawianego utworu. Narrator nie ogląda karczmy z zewnątrz, lecz zna jej próg od dziecka. Bohater nie jest wzorem cnót, tylko skąpym, upartym i poczciwym karczmarzem. Sensy wyrażają się przez przedmioty: kredę, framugę, żłób, szyld i lipę, a nie przez uogólnienia o przemijaniu.
III. Adam Mickiewicz — ballada i pamięć miejsca
Druga warstwa wiersza pochodzi z „Ballad i romansów” Mickiewicza (1822). Ballada mickiewiczowska wyrasta z miejscowej legendy, jak „Świteź” czy „Świtezianka” związane z konkretnym jeziorem. Przyznaje ludowej wierze prawo do własnej prawdy, a programowa „Romantyczność” przeciwstawia „mędrca szkiełko i oko” temu, co czuje prosty człowiek. Sam Mickiewicz potrafił przy tym nadać balladzie ton humorystyczny, czego najlepszym przykładem jest karczemna scena „Pani Twardowskiej”.
Z tej tradycji „Karczma przy starym gościńcu” przejmuje nie fabuły ani obrazy, lecz sposób budowania legendy. Zjawisko wyrasta z historii miejsca, a nie z fantastyki. Dwa głosy okolicy, rozsądek grabarza i wiara Hanki, pozostają nierozstrzygnięte. Nadprzyrodzoność jest sugerowana, a nie pokazywana. Karczma, podobnie jak u Mickiewicza, jest przestrzenią progu, gdzie świat codzienny styka się z niewidzialnym.
IV. Forma wiersza
Utwór liczy pięćdziesiąt jeden strof czterowersowych, razem dwieście cztery wersy. Wszystkie są ośmiozgłoskowcami, czyli miarą właściwą pieśni ludowej i opowieści ustnej, dzięki czemu tekst można mówić głośno przy stole. Rymy są krzyżowe (abab) i przeważnie żeńskie, zgodnie z naturalnym akcentem polszczyzny. Ich dobór podporządkowano zasadzie, by rym nie wymuszał słowa: tam, gdzie wers mógłby służyć wyłącznie rymowi, wprowadzono treść rzeczową, jak w pytaniu narratora „Krótszy o milę — to mało?”. Składnia jest bliska mowie potocznej: urwane zdania, wtrącenia w myślnikach, elipsy („Stary — nie. I lata długie.”) i dialog wpleciony w narrację.
V. Kompozycja
Wiersz rozwija się w ośmiu ruchach. Otwiera go obraz karczmy: strzecha, szyld, lipa, studnia, podwórze. Dalej pojawia się narrator i jego zastrzeżenia co do świadków, potem portret Macieja. Następuje kronika dawnego życia karczmy w krótkich anegdotach: kłótnia przy piecu, szlachcic z herbem, furman, panna młoda, ksiądz z wiatykiem, dziecko patrzące na konie, milczący żołnierz. Czwarty ruch przynosi ślad wielkiej historii, czyli kulę z roku 1863. Piąty to upadek: nowy trakt, pustoszejąca izba, list córki i upór Macieja. Szósty, punkt zwrotny, to noc z gościem i odsłonięcie historii Jana. Siódmy to nierozstrzygnięte zjawisko w stajni i na ganku. Ostatni ruch przynosi rozwiązanie i epilog: zamknięcie karczmy, niedzielne powroty, śmierć Macieja i obecność narratora, który sam przejmuje jego czekanie.
Kompozycja jest kolista. Ślad kopyt z czwartej strofy wraca w ostatnim wersie, lecz z nowym znaczeniem. Na początku jest zwykłym śladem w błocie podwórza, na końcu staje się znakiem, że ktoś jeszcze się tu zatrzymuje.
VI. Maciej — bohater bez pomnika
Maciej jest zbudowany z drobnych przywar. Pisze długi kredą na framudze, przechwala się generałem, który „z każdym razem” jest kim innym, a kłótnię dwóch gospodarzy rozstrzyga, doliczając obu za ławę. Jego wartość odsłania się w gestach, które przeczą skąpstwu. Daje darmo beczkę na wesele, nie bierze zapłaty od księdza jadącego z Panem Bogiem („Od Boga nie mogę...”), przyjmuje gościa mimo zamknięcia. Na końcu odmawia zapłaty słowami: „Jan zapłacił. Tak ja sądzę”.
To zdanie jest punktem dojścia całej postaci. Człowiek, który przez życie liczył cudze należności, uznaje dług, którego nie da się zapisać kredą: dług wobec zmarłego, którego pamięć przechowało jego miejsce. Nawet odchodząc, Maciej zabiera z karczmy grudkę kredy obok kuli. Pozostaje sobą, a humor tego gestu nie odbiera mu powagi.
VII. Rzeczy, które pamiętają
Przedmioty w wierszu nie są dekoracją, lecz nośnikami sensu, które wracają i zmieniają znaczenie. Kreda jest najpierw narzędziem skąpstwa, a w finale znakiem wierności sobie. Napis „Jan” na belce ogląda milczący żołnierz, potem rozpoznaje go nocny gość, a w końcu pod nim Maciej chowa klucz. Kula z żółtej gliny jest milczącym świadkiem historii („Kula nie powie nic swego”). Lipa towarzyszy całej opowieści: rozkłada ręce jak baba, szumi przy niedzielnym czekaniu, ugina się w nocy i kapie w ostatniej strofie. Koń przechodzi od chłopięcego zachwytu narratora, przez legendę gniadego, który czekał, po furmankę bez koni i ślad kopyt przed progiem.
VIII. Tajemnica nierozstrzygnięta
Scena nocna została zbudowana z samych możliwości. W stajni słychać hałas „jak dwa konie. Albo prawie”. Barłóg jest przygnieciony, „jakby coś przed chwilą stało”, owies w żłobie ruszony, ale zaraz pada zdanie: „Albo mu się przywidziało”. Na ganku słychać kroki, lecz pod podniesioną latarnią jest pusto, a lipa się ugina. Każdy z tych znaków ma wytłumaczenie naturalne: niepokój klaczy, wiatr, starość, deszcz. Żadne wytłumaczenie nie znosi jednak całości. Podobnie dzieje się w legendzie o furmance „bez koni”: grabarz mówi „Wiatr. Nie słuchać”, a Hanka się żegna. Wiersz nie rozstrzyga tego sporu, bo jego przedmiotem nie jest duch, lecz sposób, w jaki ludzie zapamiętują miejsca przez opowieść.
IX. Wielka historia w małym śladzie
Powstanie styczniowe obecne jest w wierszu wyłącznie przez rzeczy i ludzkie gesty. Są to imię i rok wycięte nożem w młodej ręce, ołowiana kula wykopana przy dyniach, milczący brat przychodzący co roku na Zaduszki, koń pozostawiony w stajni i słowa „Wrócę rano”. Formuła „szedł w las z chłopakami” oddaje język, którym o partyzantce mówiono na Litwie i Białorusi. Wiersz nie zawiera wykładu ani apostrofy. Wielka historia jest tu tym, co ręka człowieka przypadkiem wydobywa z ziemi.
X. Duchowość i humor
Wiara w utworze jest przeżywana, nie komentowana. Pozdrowienie „Pochwalony” i odpowiedź „Na wieki”, ksiądz z wiatykiem, „Wieczny odpoczynek” zmówiony w błocie za Jana, za podróżnych i za samą karczmę, niedzielna suma, krzyż na grobie i dzwon z oddali to elementy codziennego życia okolicy.
Humor wiersza słabnie razem z życiem karczmy. Póki izba jest pełna, jest w niej gwar anegdot o szlachcicu, furmanie i generale. Gdy karczma pustoszeje, humor staje się rzadki i suchy, bliski bólu: „Psa bym na ławie położył”, „Jedno. Westchnął. Potem drugie”, „Uczciwszy niż pół powiatu”. Ta zmiana tonu nie jest nierównością, lecz formą samej fabuły.
XI. Sens i oryginalność utworu
Wiersz jest opowieścią o tym, co zostaje po miejscu, kiedy przestają do niego przychodzić ludzie. Odpowiedź nie jest abstrakcyjna. Zostaje pamięć przeniesiona z człowieka na człowieka: z żołnierza na jego syna, z syna na Macieja, z Macieja na narratora, który na koniec siada na zapadłym ganku i czeka „jak on, na furmankę”. Karczma umiera jako budynek, ale trwa jako miejsce opowieści.
Oryginalność utworu polega na tym, że nie naśladuje on żadnego konkretnego tekstu Syrokomli ani Mickiewicza. Korzysta z ich poetyk jak z żywego języka. Od Syrokomli bierze swojskość, gawędziarski głos, życzliwość dla bohatera i przedmiotowość obrazu. Od Mickiewicza bierze przekonanie, że lokalna legenda ma własną prawdę, i umiejętność zawieszenia czytelnika między rozsądkiem a wiarą. Całość jest jednak współczesnym utworem o własnej tematyce: o lojalności wobec miejsca, którego racja bytu przeminęła, i o długu pamięci, którego nie da się spłacić ani zapisać.
Słowniczek
barłóg — słoma lub siano podesłane zwierzęciu w boksie
gościniec — dawna główna droga, trakt łączący miejscowości
łuczyna — drzazgi smolnego drewna, palone dla światła
popas — postój w podróży dla odpoczynku i nakarmienia koni
stypa — poczęstunek po pogrzebie
suma — główna, uroczysta msza niedzielna
szynek — karczma, gospoda
Zaduszki — Dzień Zaduszny, 2 listopada, wspomnienie wszystkich zmarłych
jechać z Panem Bogiem — o księdzu wiozącym Najświętszy Sakrament choremu (wiatyk)
Lech — legendarny praojciec Polaków; szlachta lubiła wywodzić od niego swe herby
Daniił Łaźko
Tuapse, 2 października 2026
Karczma przy starym gościńcu
Карчма пры старым гасцінцы
Karčma pry starym haścincy
Корчма у старого большака
Поэтические переводы: белорусский (кириллица и латиница), русский
с комментарием о переводах и стиле оригинала
Даниил Лазько · Daniił Łaźko
Туапсе, 2 октября 2026
Карчма пры старым гасцінцы
гавэнда
аўтарскі пераклад з польскай
Дзе стары гасцінец гнецца
Паміж млынам і касцёлам,
Ёсць карчма. Ганак трасецца,
Страха над зморшчаным чолам.
Шыльда — ветрам абляцела:
Куфаль, конь, а ніжэй — словы.
Што пісаў той пэндзаль белы,
Дождж з'еў. Засталась палова.
Пры паркане ліпа-баба
Рукі важка раскладае;
За вуглом — студня, дзе жаба
Сядзіць, болей не жадае.
А падворак — гразь ды сена,
След капытоў, каляіны;
Мокрым дрэвам пахнуць сцены,
А вечарам — дым з лучыны.
Знаю я карчму з маленства,
Бегаў босы тут за татам;
Што не з вачэй — то з суседства:
Бабін гоман над варштатам.
Як было — не дам прысягі;
Кожны дні лічыць іначай:
Грабар — гады з метрык, з кнігі,
Ганка — вяселлі ды плачы.
А Мацей — каржак, і сівы,
З носам, як спелая сліва,
Упарты, а ўсё ж зычлівы,
Скупы — ну, гэта не дзіва.
Даўгі крэйдай на падвоі
Рыскі, крыжыкі пісаў ён;
Дождж зліў крэйду, а чужое
Лічыў далей — нават з лаем.
Пахваляўся ён і часам:
Генерал, маўляў, у сенях
Піў — а які, з кожным разам
У Мацея быў адменны.
Тут былі сваты і сваркі,
Тут з могілак — на памінкі,
З места — навіны і чаркі,
Конь пад ліпай — на хвілінкі.
Раз, кажуць, два гаспадары,
Якуб з Сымонам, ля печы
Грызліся за жар у твары,
Як тыя паслы на вечы.
Мацей доўга слухаў. Потым
Кожнаму дапісаў лаву;
Заплаціўшы без ахвоты,
Клялі згодна і ласкава.
Бываў шляхціц Рымша з броду,
Пан на карове ды ўзгорку;
Герб — ад Лехавага роду,
Доўг — на дзвярах, на падворку.
Як Мацей паказаў рыскі,
Рымша вус крутнуў угору:
«Мой герб — пад Венай! Не нізкі!» —
І па куфаль зноў — без спору.
Фурман Ігнат, торг абмыўшы,
Спаў на стале, як у стозе,
Пугу на карку скруціўшы,
Праз сон: «Но, гняды, ў дарозе!»
Тут праязджала да шлюбу
Зоська з млына, ўся ў вяночку;
Мацей — ці то не з рахубы —
Выкаціў дарма ім бочку.
Ксёндз, як ехаў з Панам Богам
Да хворага ў ноч ці ў слоту,
Стаў толькі перад парогам,
Каб коням даць вады. Потым —
І — далей у ноч, па лужах.
А Мацей, скупы да косці:
«Ад Бога браць не магу ж я...»
Не ўпісаў; і то — без злосці.
А я, малы, ля паркана
Глядзеў на коней з надзеяй —
Мокрых з дажджу, як з туману, —
Кожнага хацеў сабе я.
Быў і жаўнер — стары, сівы,
Што штогод, як ліст спадае,
Каўнер узняўшы, маўклівы,
На лаўку ціха сядае.
П'е адзін куфаль, не болей,
Ды на бэльку пазірае:
Хлопец нейкі — сваёй воляй —
«Ян» урэзаў, год. Хто знае?
Хто быў Ян — не прызнаваўся.
Мацей пытаўся часамі.
Ажно ліст, як штогод, рваўся,
Стары — не. І так — гадамі.
Мацей, капаючы градку
За стайняй, у гліне кулю
Знайшоў — свінец; цёр спачатку,
Важыў на далоні чула.
«Гэта — казаў — ад паўстання,
З шэсцьдзесят трэцяга году».
Хто праверыць? Ні прызнання...
Куля — ні слова, ні роду.
Потым — што мусіла — стала:
Новы тракт — просты, каменны —
На вярсту карацей — мала?
Наш застаўся — збоку, сонны.
Фурманкі — новай дарогай,
Проста, мостам, без прыпынку;
Мацей чакаў за парогам
Штодня — ад самага ранку.
Хата стыла; лава — ў трэсках;
Шыльда — крыва, як ад страху;
Мыш — і тая ў пералесках;
Шлях у траве — і ні знаку.
Дачка з мястэчка пісала:
«Татка, кіньце ўсё старое!
Хата ў нас ёсць, хоць і мала,
Кут ваш чакае ў пакоі».
Мацей: «Шлях яшчэ нам вернуць.
Мост паводка ўвесну зніме,
Шашу ў багну перавернуць —
А тады — хто іх, хто прыме?»
Кожны ведаў: не закруціш
Ні дарогі, ані рэчкі;
Ды старога хто засмуціць?
«Шкада...» — ківалі ля печкі.
Аж раз, позна, ў вечар слотны,
Як дождж біў у дах з наскокам,
Стук у дзверы. Госць самотны;
Кабыла зыркае вокам.
«Зачынена!» — крык, што сілы,
Ды дзверы ўміг адчыніў ён:
«Ноч такая — Божа мілы —
Пса б на лаве палажыў я».
Госць — немалады, ў сурдуце;
Ад парога: «Пахвалёны».
Вада сцякала па боце.
«На векі», — буркнуў, здзіўлёны.
Мацей падкінуў палена —
Адно. Ўздыхнуў. І другое.
Хлеб паставіў, сыр, смятану
І — рэдкасць! — не ў доўг: дармое.
Госць еў, а потым у змроку
Бэльку ўгледзеў над дзвярыма:
«Ян... Урэзаны ў тым року,
Як ішоў у лес з хлапцамі.
Пакінуў тут каня ў стайні —
Гнядога: „Вярнуся заўтра”.
Вечар быў яму астатні.
Конь чакаў доўга — мо й праўда.
Бацька, брат яго, штогоду
Тут быў на Дзяды-памінкі».
Мацей маўчаў доўга ў змроку,
Зграбаў у жменю дробінкі.
«То ж ён!.. Піва — адно. Сівы...
І ні слоўка — лета ў лета!
Але плаціў. Справядлівы.
Сумленней за паўпавета».
За поўнач — жар дагарае,
А госць спіць ужо на лаве;
Мацей чуе: ў стайні грае —
Нібы два кані. Ці ў яве?
Узяў ліхтар і, хоць босы,
Пайшоў па гразкім падворку.
Кабыла ўсё глядзіць скоса
Ў жолаб пусты — вушы ўгору.
Ў стойле — салома пагнута,
Быццам штосьці тут стаяла,
Авёс у яслях — крануты...
Ці то вока ашукала.
Вярнуўся — на ганку крокі.
Раз і два. Рыпнула дошка.
Ліхтар падняў ён высока —
Пуста. Ліпа гнецца трошкі.
Мацей, стоячы ў балоце,
Шаптаў «Вечны адпачынак»
За Яна, за тых, што ў слоце
Сталі тут. І за прыпынак.
Госць ранкам плаціць у хаце.
Мацей глядзіць, не кранецца...
«Схавайце, — кажа, — іх, браце.
Ян заплаціў, мне здаецца».
Праз тыдзень Мацей, замкнуўшы
Карчму, глянуў у акошка;
Ключ — пад «Яна»; і, ўздыхнуўшы,
Узяў кулю й крэйды крошку.
Ды штонядзелю па суме
Йшоў старым шляхам ля гаю,
Сядаў пад ліпай — і ў шуме
Чакаў — каго, сам не знаю.
Кажуць: тут, як ноч глухая,
Чутна фурманку — без коней.
Грабар: «Вецер», — і махае.
Ганка ж — крыж кладзе далоняй.
Мацей ужо спачывае
На могілках, пад рабінай;
Крыж — просты, як выпадае,
Вянок з сухім размарынам.
Карчма ж стаіць, як стаяла,
Шыльда ў крапіве знікае;
Ліпа над ёй — уся цэла,
Ў студні вада ўсё жывая.
Захаджу туды я часам,
Сяду на запалым ганку
І, хоць без каня, папасам
Чакаю, як ён, фурманку.
Тут не ездзяць — ну і з Богам.
Ліпа капле. Звон — у далі.
След капытоў — пад парогам,
Нібы яшчэ тут стаялі.
Даниил Лазько
havenda
aŭtarski pieraklad z polskaj · biełaruskaja łacinka
Dzie stary haściniec hniecca
Pamiž młynam i kaściołam,
Jość karčma. Hanak trasiecca,
Stracha nad zmorščanym čołam.
Šylda — vietram ablacieła:
Kufal, koń, a nižej — słovy.
Što pisaŭ toj pendzal bieły,
Doždž zjeŭ. Zastałaś pałova.
Pry parkanie lipa-baba
Ruki važka raskładaje;
Za vuhłom — studnia, dzie žaba
Siadzić, bolej nie žadaje.
A padvorak — hraź dy siena,
Śled kapytoŭ, kalainy;
Mokrym drevam pachnuć ścieny,
A viečaram — dym z łučyny.
Znaju ja karčmu z malenstva,
Biehaŭ bosy tut za tatam;
Što nie z vačej — to z susiedstva:
Babin homan nad varštatam.
Jak było — nie dam prysiahi;
Kožny dni ličyć inačaj:
Hrabar — hady z mietryk, z knihi,
Hanka — viasiełli dy płačy.
A Maciej — karžak, i sivy,
Z nosam, jak śpiełaja śliva,
Uparty, a ŭsio ž zyčlivy,
Skupy — nu, heta nie dziva.
Daŭhi krejdaj na padvoi
Ryski, kryžyki pisaŭ jon;
Doždž źliŭ krejdu, a čužoje
Ličyŭ dalej — navat z łajem.
Pachvalaŭsia jon i časam:
Hienierał, maŭlaŭ, u sieniach
Piŭ — a jaki, z kožnym razam
U Macieja byŭ admienny.
Tut byli svaty i svarki,
Tut z mohiłak — na paminki,
Z miesta — naviny i čarki,
Koń pad lipaj — na chvilinki.
Raz, kažuć, dva haspadary,
Jakub z Symonam, la piečy
Hryźlisia za žar u tvary,
Jak tyja pasły na viečy.
Maciej doŭha słuchaŭ. Potym
Kožnamu dapisaŭ łavu;
Zapłaciŭšy biez achvoty,
Klali zhodna i łaskava.
Byvaŭ šlachcic Rymša z brodu,
Pan na karovie dy ŭzhorku;
Hierb — ad Lechavaha rodu,
Doŭh — na dźviarach, na padvorku.
Jak Maciej pakazaŭ ryski,
Rymša vus krutnuŭ uhoru:
«Moj hierb — pad Vienaj! Nie nizki!» —
I pa kufal znoŭ — biez sporu.
Furman Ihnat, torh abmyŭšy,
Spaŭ na stale, jak u stozie,
Puhu na karku skruciŭšy,
Praz son: «No, hniady, ŭ darozie!»
Tut prajazdžała da šlubu
Zośka z młyna, ŭsia ŭ vianočku;
Maciej — ci to nie z rachuby —
Vykaciŭ darma im bočku.
Ksiondz, jak jechaŭ z Panam Boham
Da chvoraha ŭ noč ci ŭ słotu,
Staŭ tolki pierad paroham,
Kab koniam dać vady. Potym —
I — dalej u noč, pa łužach.
A Maciej, skupy da kości:
«Ad Boha brać nie mahu ž ja...»
Nie ŭpisaŭ; i to — biez złości.
A ja, mały, la parkana
Hladzieŭ na koniej z nadziejaj —
Mokrych z daždžu, jak z tumanu, —
Kožnaha chacieŭ sabie ja.
Byŭ i žaŭnier — stary, sivy,
Što štohod, jak list spadaje,
Kaŭnier uźniaŭšy, maŭklivy,
Na łaŭku cicha siadaje.
Pje adzin kufal, nie bolej,
Dy na belku paziraje:
Chłopiec niejki — svajoj volaj —
«Jan» urezaŭ, hod. Chto znaje?
Chto byŭ Jan — nie pryznavaŭsia.
Maciej pytaŭsia časami.
Ažno list, jak štohod, rvaŭsia,
Stary — nie. I tak — hadami.
Maciej, kapajučy hradku
Za stajniaj, u hlinie kulu
Znajšoŭ — śviniec; cior spačatku,
Važyŭ na dałoni čuła.
«Heta — kazaŭ — ad paŭstannia,
Z šeśćdziesiat treciaha hodu».
Chto pravieryć? Ni pryznannia...
Kula — ni słova, ni rodu.
Potym — što musiła — stała:
Novy trakt — prosty, kamienny —
Na viarstu karaciej — mała?
Naš zastaŭsia — zboku, sonny.
Furmanki — novaj darohaj,
Prosta, mostam, biez prypynku;
Maciej čakaŭ za paroham
Štodnia — ad samaha ranku.
Chata styła; łava — ŭ treskach;
Šylda — kryva, jak ad strachu;
Myš — i taja ŭ pieraleskach;
Šlach u travie — i ni znaku.
Dačka z miastečka pisała:
«Tatka, kińcie ŭsio staroje!
Chata ŭ nas jość, choć i mała,
Kut vaš čakaje ŭ pakoi».
Maciej: «Šlach jašče nam viernuć.
Most pavodka ŭviesnu źnimie,
Šašu ŭ bahnu pieraviernuć —
A tady — chto ich, chto prymie?»
Kožny viedaŭ: nie zakruciš
Ni darohi, ani rečki;
Dy staroha chto zasmucić?
«Škada...» — kivali la piečki.
Až raz, pozna, ŭ viečar słotny,
Jak doždž biŭ u dach z naskokam,
Stuk u dźviery. Hość samotny;
Kabyła zyrkaje vokam.
«Začyniena!» — kryk, što siły,
Dy dźviery ŭmih adčyniŭ jon:
«Noč takaja — Boža miły —
Psa b na łavie pałažyŭ ja».
Hość — niemałady, ŭ surducie;
Ad paroha: «Pachvalony».
Vada ściakała pa bocie.
«Na vieki», — burknuŭ, ździŭlony.
Maciej padkinuŭ palena —
Adno. Ŭzdychnuŭ. I druhoje.
Chleb pastaviŭ, syr, śmiatanu
I — redkaść! — nie ŭ doŭh: darmoje.
Hość jeŭ, a potym u zmroku
Belku ŭhledzieŭ nad dźviaryma:
«Jan... Urezany ŭ tym roku,
Jak išoŭ u les z chłapcami.
Pakinuŭ tut kania ŭ stajni —
Hniadoha: „Viarnusia zaŭtra”.
Viečar byŭ jamu astatni.
Koń čakaŭ doŭha — mo j praŭda.
Baćka, brat jaho, štohodu
Tut byŭ na Dziady-paminki».
Maciej maŭčaŭ doŭha ŭ zmroku,
Zhrabaŭ u žmieniu drobinki.
«To ž jon!.. Piva — adno. Sivy...
I ni słoŭka — leta ŭ leta!
Ale płaciŭ. Spraviadlivy.
Sumlenniej za paŭpavieta».
Za poŭnač — žar daharaje,
A hość śpić užo na łavie;
Maciej čuje: ŭ stajni hraje —
Niby dva kani. Ci ŭ javie?
Uziaŭ lichtar i, choć bosy,
Pajšoŭ pa hrazkim padvorku.
Kabyła ŭsio hladzić skosa
Ŭ žołab pusty — vušy ŭhoru.
Ŭ stojle — sałoma pahnuta,
Byccam štości tut stajała,
Avios u jaślach — kranuty...
Ci to voka ašukała.
Viarnuŭsia — na hanku kroki.
Raz i dva. Rypnuła doška.
Lichtar padniaŭ jon vysoka —
Pusta. Lipa hniecca troški.
Maciej, stojačy ŭ bałocie,
Šaptaŭ «Viečny adpačynak»
Za Jana, za tych, što ŭ słocie
Stali tut. I za prypynak.
Hość rankam płacić u chacie.
Maciej hladzić, nie kraniecca...
«Schavajcie, — kaža, — ich, bracie.
Jan zapłaciŭ, mnie zdajecca».
Praz tydzień Maciej, zamknuŭšy
Karčmu, hlanuŭ u akoška;
Kluč — pad «Jana»; i, ŭzdychnuŭšy,
Uziaŭ kulu j krejdy krošku.
Dy štoniadzielu pa sumie
Jšoŭ starym šlacham la haju,
Siadaŭ pad lipaj — i ŭ šumie
Čakaŭ — kaho, sam nie znaju.
Kažuć: tut, jak noč hłuchaja,
Čutna furmanku — biez koniej.
Hrabar: «Viecier», — i machaje.
Hanka ž — kryž kładzie dałoniaj.
Maciej užo spačyvaje
Na mohiłkach, pad rabinaj;
Kryž — prosty, jak vypadaje,
Vianok z suchim razmarynam.
Karčma ž staić, jak stajała,
Šylda ŭ krapivie źnikaje;
Lipa nad joj — usia ceła,
Ŭ studni vada ŭsio žyvaja.
Zachadžu tudy ja časam,
Siadu na zapałym hanku
I, choć biez kania, papasam
Čakaju, jak jon, furmanku.
Tut nie jeździać — nu i z Boham.
Lipa kaple. Zvon — u dali.
Śled kapytoŭ — pad paroham,
Niby jašče tut stajali.
Daniił Łaźko
Корчма у старого большака
гавенда
авторский перевод с польского
Где большак старинный вьётся
Возле мельницы и храма,
Есть корчма; крыльцо сдаётся,
Кровля хмурится упрямо.
Вывеска над входом — блёкла:
Кружка, конь, внизу — два слова.
Что писала кисть — размокло,
Дождь доел: из двух — полслова.
Липа у плетня, как баба,
Руки разбросала вольно;
За углом — колодец; жаба
В нём сидит — и ей довольно.
Двор — то грязь, то клочья сена,
След копыт, колёс ложбины;
Мокрым тёсом пахнут стены,
А под вечер — дым лучины.
Я корчму с пелёнок знаю,
Бегал здесь босым, без цели;
Что не сам — не утверждаю:
Бабьи толки у кудели.
Как там было — без присяги;
Счёт у каждого иначе:
Гробовщик — года с бумаги,
Ганка — свадьбами да плачем.
А Мацей — седой, кряжистый,
Нос — как слива перезрела,
Норов крут, а сердцем — чистый,
А скупой — ну... было дело.
На косяк долги, бывало,
Мелом вёл — штрихом, крестами;
Дождь смывал — да толку мало:
Помнил — и держал зубами.
Похвалялся он рассказом,
Что поил он генерала;
А какого — с каждым разом
Выходило как попало.
Тут и сватали, судили,
Шли с погоста на поминки,
Вести с города носили,
Кони — к липе, по старинке.
Раз — так ходит небылица —
Куба с Шимеком у печи
Грызлись — кто погреет лица, —
Словно два посла на вече.
Слушал долго. А потом он
Приписал за лавку плату;
Оба, расплатясь со стоном,
Обругали — в лад, как брата.
Был тут шляхтич Рымша с броду,
Пан коровы и пригорка;
Герб — от Лехова же роду,
Долг — с порога до задворка.
Ткнёт Мацей в штрихи, в расчёты —
Рымша ус закрутит лихо:
«Герб мой Вену брал! Ну, что ты!» —
И — за кружкой снова, тихо.
Возчик Игнась, сбыв подпругу,
На столе, как в стоге, спал он,
Кнут обвив вкруг шеи туго;
«Но, гнедой!» — во сне кричал он.
Здесь венчаться проезжала
Зоська, мельникова дочка;
А Мацей — с расчёта, мало ль, —
Выкатил бесплатно бочку.
Ксёндз, когда с Дарами ехал
К хворому — в ночь, в непогоду, —
Тут лишь — сбруи звяк под стрехой —
Даст коням попить — и с ходу
Дальше — в ночь, в дорогу, в слякоть.
А Мацей, скупой до кости, —
«С Бога брать — уж лучше плакать», —
Долг не вписывал, без злости.
Я ж, малец, торчал у тына,
Всё глядел на лошадей я —
Как дымятся в мыле спины —
И любого б взял себе я.
Был и некий старый воин:
Раз в году, как лист слетает,
Сядет — ворот вверх, спокоен —
И ни слова не роняет.
Кружку пьёт — одну, не боле,
Смотрит в балку над дверями:
Кто-то юный, перед полем,
«Ян» прорезал, год — зубцами.
Кто был Ян — о том ни слова.
Уж Мацей пытал — без толку.
Лист, как прежде, падал снова;
Старый — нет. И так — подолгу.
Раз Мацей, копая грядку
За конюшней, в жёлтой глине
Пулю вынул — и с оглядкой
Взвесил: на ладони стынет.
«От лесных, — твердил он, — это,
С тех, январских, от восстанья».
Кто проверит? Сколько лет-то!..
Пуля — ни словца признанья.
Тут пришло, чему быть надо:
Новый тракт — прямой, мощёный —
Ближе на версту! Не рады?
Наш — в сторонке, полусонный.
Фуры прямиком катили
Через мост, без остановки;
А Мацей с утра, как было,
Ждал гостей к себе — к ночёвке.
Хата стыла. Лавка — в щелях.
Вывеска — как хвост собаки.
Мышь — и та живёт уж в елях.
Шлях зарос травой — ни знака.
Дочь писала из местечка:
«Тятя, бросьте вы пустое!
Хоть мала изба, а — печка,
И ваш угол ждёт — в покое».
А Мацей: «Вернётся тракт-то!
Мост весной вода размоет,
Новый — в топь уйдёт. Вот так-то!
А тогда — их кто укроет?»
Знал любой: не повернётся
Ни река, ни путь обратно;
Огорчить — да кто ж найдётся?
«Жаль», — кивали, — «жаль... и ладно».
Раз, в ненастный поздний вечер,
Дождь лупил, как цеп, по крыше —
Стук. Чужой — согнуты плечи;
А за ним кобыла дышит.
«Заперто!» — орал что силы,
Дверь тотчас же отворил он:
«В ночь такую — Боже милый —
Пса б на лавку уложил я».
Гость — в летах. С порога: «Слава
Иисусу!» — сам промокший.
Тот, смутясь: «Вовеки... право».
Сюртучок — и тот продрогший.
Бросил в печь Мацей полено —
Лишь одно. Вздохнул. Второе.
Хлеб, сметану, сыр — степенно,
Даром — дело-то какое!
Гость поел и, в полумраке,
Глянул в балку над дверями:
«Ян. Он резал — перед дракой,
Как ушёл он в лес с парнями.
Он гнедого тут, в конюшне,
Ставил: „Утром ворочусь я”.
Не вернулся. И послушно
Конь всё ждал — молвы держусь я.
Брат его, отец мой, всякий
Год сюда, в Дзяды, бывал он».
А Мацей молчал во мраке,
Хлеба крошки в горсть сгребал он.
«Он!.. Одна лишь кружка. Сивый...
И ни слова — лето в лето!
Но платил. Был справедливый.
Чище всех — на пол-повета».
Ночью — угли догорали,
Гость уснул — и спал прилично;
Мнится старику: стучали —
Будто два коня. Почти что.
Взял фонарь и, как был, босый,
Через двор пошёл — по броду.
Кобылица смотрит косо,
Уши вверх — к пустой колоде.
В стойле — сенник весь примятый,
Будто что-то здесь стояло,
И овёс — как бы початый...
Иль ему так показалось.
Шёл назад — шаги... ступени.
Раз, другой. Доска — со скрипом.
Свет — повыше: только тени.
Пусто. Лишь качнулась липа.
И Мацей, в грязи, у входа,
Прошептал «Покой им вечный» —
Яну, всем, кто в непогоду
Тут стоял. Корчме — конечно.
Утром гость — платить. Мацей же
Долго деньги взглядом мерил:
«Спрячьте, — молвил, — брат, скорей же.
Ян уж заплатил, я верю».
Чрез неделю запер сени
На замок — тяжёлый, рыжий;
Ключ — под «Яна». Вздох. Ступени.
Пулю, мел — да к сердцу ближе.
Но по праздникам, с обедни,
Шёл он трактом — сквозь болото;
Сядет на крыльце переднем,
Ждёт под липою кого-то.
Говорят: глухою ночью
Слышен воз — да без лошадки.
Гробовщик: «То ветер, впрочем...»
Ганка ж крестится украдкой.
Нет теперь Мацея. Спит он
На погосте, за плотиной;
Крест — простой, как надо, сбит он,
Да венок из розмарина.
А корчма стоит, как прежде,
Только вывеска — в крапиве;
Липа — в той же всё одежде,
Да колодец жив — на диво.
Я туда хожу порою,
Сяду на крыльцо к заходу
И, хоть без коня, постоем
Жду, как он, к себе подводу.
Здесь не ездят — ну и с Богом.
Липа каплет. Звон — из дали.
След подков — под тем порогом,
Будто здесь ещё пристали.
Даниил Лазько
О переводах и о стиле
комментарий переводчика
Об оригинале: стиль Сырокомли и Мицкевича
«Karczma przy starym gościńcu» написана как гавенда — стихотворный рассказ, который ведёт местный житель, лично знающий место и людей. Основу стиля составляет поэтика Владислава Сырокомли (Людвика Кондратовича, 1823–1862), «деревенского лирника»: «свойскость», то есть доверие к близкому и обыденному, добродушный юмор, меланхолия без пафоса, уважение к простому человеку, чьи слабости не отнимают у него достоинства. Смысл несут вещи: мел на косяке, кружка, ясли, вывеска, липа. Второй слой даёт ранняя балладная поэтика Адама Мицкевича: местная легенда со своей правдой, спор рассудка и веры, тайна, которую текст оставляет нерешённой.
Оригинал написан польским силлабическим восьмисложником с женскими клаузулами и перекрёстной рифмовкой (abab), 51 строфа, 204 строки. Этот размер связан с народной песней и устным рассказом: текст можно произносить вслух за столом. Перед каждым из переводов стояла одна задача: сохранить голос рассказчика, систему сквозных предметов и неразрешённость ночной сцены, найдя каждому из этих элементов естественную форму в другом языке.
Белорусский перевод
Белорусский текст сохраняет размер оригинала: восемь слогов в каждой строке, обязательную женскую клаузулу и рифмовку abab. Внутри строки ударения свободны, с хореической тенденцией. Белорусская поэзия по природе силлаботоническая, но строгий хорей на двухстах строках потребовал бы постоянных уступок в лексике. Силлабический восьмисложник ближе к польскому источнику и к устной интонации гавенды. Число слогов выверено во всех 204 строках.
Лексика сознательно окрашена западнобелорусской и разговорной речью конца XIX века: «у тым року», «места», «астатні» в значении «последний», «засталась», «палажыў». Формула «конь грае» взята из народной песни. Этот колорит не декоративен: он помещает рассказчика туда, где действие и происходит, — в Понеманье и Северо-Западный край, где польская, белорусская и литовская речь жили рядом.
Главное приобретение перевода — Дзяды. Польские Задушки переданы белорусским названием осеннего поминального обряда. Тем самым возникает прямая связь с «Дзядами» Мицкевича, выросшими из этого народного обряда, и мицкевичевский слой в белорусской версии становится глубже, чем в польской. Другие приобретения: рифма «па суме / у шуме» сохранена дословно; «прыпынак» (место остановки) стал смысловым узлом, так что Мацей молится за то самое, чего лишила его новая дорога; «Ні прызнання» связывает молчание пули с молчанием старого солдата; весенний паводок, сносящий мост, — типичное бедствие понеманских рек.
Неустранимые потери: польская двусмысленность «pokój» (комната и покой) белорусским «пакой» не передаётся; кольцевая перекличка с мельницей уступила место рябине над могилой; ржавый замок заменён прощальным взглядом в окошко; эвфемизм «od tamtych z lasu» сохранён лишь в одном из двух мест.
Белорусская латиница (łacinka)
Белорусская латиница — живая часть истории белорусской письменности XIX — начала XX века. Ею пользовался Винцент Дунин-Марцинкевич, принадлежавший к тому же виленскому литературному кругу, что и Сырокомля; ему же принадлежит белорусский перевод первой книги «Пана Тадеуша» (1859). Латиницей написана «Dudka biełaruskaja» Франтишка Богушевича, а газета «Naša Niva» в первые годы выходила в двух графиках. Поэтому латинская версия здесь не техническое приложение, а возвращение текста в ту графическую среду, где жила белорусская словесность эпохи Сырокомли и Мицкевича.
Транслитерация выполнена программно по правилам классической łacinki. Соответствия приведены в таблице ниже. Исходный кириллический текст записан по действующей норме, а в латинице отмечена и ассимилятивная мягкость (сц → ść, зл → źl, дзв → dźv), как принято в классической латинке. Отсюда написания «haściniec», «śliva», «dźviery», «ździŭlony».
Кириллица Латиница Кириллица Латиница
г h ш š
х ch ч č
ў ŭ ц c
ж ž дз / дж dz / dž
л (твёрдое) ł ль, л + е, ё, ю, я, і l
е, ё, ю, я после согласного ie, io, iu, ia е, ё, ю, я в начале, после гласного, ь, апострофа je, jo, ju, ja
сь, зь, ць, нь, дзь ś, ź, ć, ń, dź апостроф j
ы y э e
Русский перевод
Русский перевод написан четырёхстопным хореем с женскими клаузулами. Это естественный русский эквивалент польского восьмисложника: те же восемь слогов, но в русской силлаботонической системе. Ударения во всех 204 строках выверены: сильные места только нечётные, клаузульное ударение на седьмом слоге. Метрические отступления не допускались.
Русская версия ищет не буквальных соответствий, а русскую поговорочную и рассказную интонацию: «Помнил — и держал зубами», «Вывеска — как хвост собаки», «Мышь — и та живёт уж в елях», «Обругали — в лад, как брата». Её главное приобретение — слово «покой», где сохранились оба значения польского «pokój»: и тишина, и устаревшее «комната». Мельничная плотина у кладбища замыкает кольцо с мельницей первой строфы. Финальное «пристали» несёт старое значение остановки на постоялом дворе и точно отвечает польскому «przystali». Католическое приветствие «Слава Иисусу!» с ответом «Вовеки» сохранено полностью.
Потери русского перевода: свадебный веночек Зоськи, эпитет «сухой» у розмарина, шум липы и «не знаю» рассказчика в воскресной строфе (незнание передано косвенно, словом «кого-то»), осевшее крыльцо. Шутка Рымши стала активнее («Герб мой Вену брал!»), но смысл шляхетской похвальбы остался прежним.
Три версии
Каждая версия по-своему решает одну и ту же задачу. Польский оригинал опирается на гавенду Сырокомли и балладу Мицкевича. Белорусский перевод возвращает текст в культурную среду, где эта поэтика родилась, и выигрывает от Дзядов, местной лексики и близости к силлабике оригинала. Русский перевод строже по метру и богаче поговорочной интонацией, но дальше отходит от отдельных образов. Во всех трёх сохранено главное: рассказчик, который знает порог, лавку, колодец и дорогу; Мацей, смешной и достойный одновременно; ночная сцена, которую можно прочесть и как обычную ночь, и как правду местной легенды; и финальный след подков у порога, по которому видно, что место живёт, пока его помнят.
Даниил Лазько
Туапсе, 2 октября 2026
