Lew czy sowa?
Gawęda przy kominie
Daniił Łaźko
Śnieg zasłał mi gościniec i przysypał płoty,
Koń grzązł po same piersi, brakło mi ochoty
Szukać dalej noclegu, gdy wtem przez zawieję
Mignęło coś jak okno, co w ciemności tleje.
Nad strzechą dym się słaniał, wiatr go darł na strzępy,
Szedłem ku niemu brodząc przez zaspy i kępy.
Ledwom zastukał w szybę, już ktoś drzwi otwierał:
Siwy starzec w kożuchu łzy z dymu ocierał.
— Wchodźcie no, wchodźcie, panie! Wiatr człeka wymrozi,
A konika pod wiatę — tam mu nic nie grozi.
W garnku na ruszcie kasza pyrkała pod wiekiem;
Dostałem jej od razu pełną miskę z mlekiem.
Zwał się Onufry Rudzki — i zaraz dodawał,
Że herbowy — gdy jeszcze stołek mi podawał.
Na ścianie była szabla w pochwie wyślizganej,
A pod nią herb na desce, z dawna malowanej.
Ze złoceń został tylko kawałek podkowy
I coś, co gospodarz zwał głową lwa — czy sowy?
— To lew! — rzekł, nim spytałem. — Stoi w dokumencie.
I ja, choć nie widziałem, uwierzyłem święcie.
Potem ze skrzyni wyjął papier zżółkły, kruchy,
Rozłożył go na stole — sypnęły okruchy.
Wiódł palcem po literach, jak oracz po skibie,
I zamyślił się nagle, patrząc gdzieś ku szybie.
— Rok był trzydziesty pierwszy, gdy po naszej stronie
Ciągnęło wojsko drogą i brano z wsi konie.
Lat miałem ze trzydzieści, może i z okładem;
Młynarz Jakub był moim najbliższym sąsiadem.
Szedł między nami pasek łąki nad strumieniem
I przejazd koło młyna, zasłany kamieniem.
Nieboszczyk ojciec mawiał, że to nasze było,
A Jakub swoje: — Z łąki nic wam nie ubyło.
Zaczęło się od wozu. Jakub zboże woził
Na przełaj przez mą łąkę. Jam mu z ganku groził
Kijem, sądem, herbarzem, a najczęściej przodkiem,
A on jeździł, jak jeździł — z wolna, samym środkiem.
Sąsiedzi przyjeżdżali radzić przy gorzałce,
Każdy mi był sekundant w tej łąkowej walce.
Pan Kalikst, wielki herbem, majątkiem — dwie krowy,
Radził skargę, a skargę — na papier stemplowy.
Jakub nic. Stał przed młynem, siwy cały z mąki,
I rzekł: — Jeździłem, będę. Nie chcę waszej łąki.
On też miał swoją dumę: w herbie młyńskie koło,
Jak mawiał — a to koło kręci się wesoło.
Postawiłem więc płotek w poprzek jego drogi,
On go nocą rozebrał i złożył pod progi,
Ułożony jak drewno, polano w polano —
Z czego się w okolicy aż do Zielnej śmiano.
Do Nowogródka wiozłem papier rejentowi
I gęś, by lżej mu było służyć honorowi.
Rejent czytał i kichał, przetarł okulary
I rzekł, że to dokument zacny, bardzo stary.
— A granica? — spytałem. — Granica, mój panie,
Wymaga rozpatrzenia — takie me mniemanie.
Jam to wziął za zwycięstwo. W domu przy wieczerzy
Piłem zdrowie pradziada i wszystkich rycerzy.
A tu wojsko szło drogą, brało na podwody,
Jakubowi kasztana wzięli spod gospody.
Worki nosił na plecach przez łąkę, po rosie,
A ja z ganku wołałem: — Depczesz mi w pokosie!
— Głupi byłem — rzekł starzec i poprawił głownię.
— Nie, głupi nie… uparty. — I zamilkł wymownie.
Kot mu wskoczył na ławę. W kominie syczało;
Stary przegarnął węgle, aż się rozjarzało.
— Bo widzi pan, co człowiek miał? Pół włóki piachu,
Herb, szablę po pradziadach, dziurę w starym dachu.
Jak jeszcze i ustąpić — to co mi zostanie?
Że byli tu Rudzcy — kto zapamięta, panie?
Tak zeszła jesień, zima. Sprawa w sądzie stała
Jak kłoda przy przerębli, co w lód przymarzała.
A Kalikstów Józefek, co poszedł z oddziałem,
Nie wrócił. I nic o nim więcej nie słyszałem.
Wiosną lody ruszyły. Rzeczka, co po kostki
Sięga w lecie, porwała kładki, płoty, mostki.
Poszedłem patrzeć rano, czy miedzy nie bierze
I czy stoi mój kołek — jak stoi w papierze.
Stał. Zszedłem doń po skarpie, po rozmokłej glinie,
A tuż obok, za jazem, huczało przy młynie.
Chciałem kołek poprawić — i wtem grunt pode mną
Usiadł, chlupnął i zjechał w wodę zimną, ciemną.
Kra mnie w bok uderzyła, w uszach mi szumiało,
Mokry kożuch jak kamień ciągnął w dół me ciało.
Wtem mnie coś szarpnie z tyłu — to bosak za połę!
To Jakub — w wodzie po pas, ramiona miał gołe.
Wyciągnął mnie na groblę jak mokry wór z mąką.
Nie targował się o nic — ni sądem, ni łąką.
Rzekł tylko: — Grunt tu zdradny. Każdej wiosny zjada.
I wrócił do zastawek, bo woda wciąż wpada.
Trząsłem się potem w łóżku, w gorączce, pod pierzem,
I myśli przeplatałem po nocach pacierzem.
Kazałem przynieść skrzynię. Przy świecy, w pościeli,
Czytałem pradziadowy zapis, co nas dzieli.
I wyszło, com po cichu przeczuwał od roku:
Że miedza szła od olszy prosto do potoku.
Wyrwałem sam ten kołek. Jakub stał na progu.
Rzekłem: — Jeźdźcie. — On kiwnął: — No, to chwała Bogu.
Tu stary zwinął papier i rzekł jak do siebie:
— Zmarł Jakub tej jesieni. Byłem na pogrzebie.
Świecę zapalił stary od węgla, bez słowa
Postawił ją pod herbem — tam, gdzie lew. Lub sowa.
Nie pytałem już o nic. W kominie drzemało
Jedno polano; śniegiem za oknem sypało.
Stary zasnął na ławie z kartą przy kolanie,
Świeczka cicho złociła rękojeść na ścianie.
Komentarz literacki
Gatunek i rama opowieści
„Lew czy sowa?” jest gawędą wierszowaną o budowie ramowej. Narrator ramowy — młodszy wędrowiec, którego zimowa zawieja zatrzymuje w drodze około roku 1875 — trafia do zaściankowego domu na Nowogródczyźnie, a następnie oddaje głos gospodarzowi. Właściwa opowieść, snuta przy kominie przez starego Onufrego Rudzkiego, przenosi akcję o czterdzieści kilka lat wstecz, w rok 1831. W zakończeniu głos wraca do narratora, który nie komentuje usłyszanej historii, lecz opisuje jeden gest starca i dogasający ogień.
Taka konstrukcja należy do istoty gawędy szlacheckiej: jest to opowieść mówiona, wspomnieniowa, z dygresjami, sprostowaniami i bezpośrednimi zwrotami do słuchacza („Bo widzi pan…”, „Głupi byłem… Nie, głupi nie… uparty”). Rama daje zarazem podwójną perspektywę. Stary człowiek ocenia samego siebie sprzed lat, a młody słuchacz patrzy na starego człowieka — i obaj czynią to z życzliwością, bez wyniosłości.
Kompozycja
Utwór liczy 104 wersy ułożone w 26 strof czterowierszowych. Pierwsze trzy strofy budują zimowy wieczór i wnętrze domu; strofy 4–6 przedstawiają gospodarza poprzez przedmioty — szablę, herb na desce i kruchy dokument — z których wyrasta wspomnienie. Strofy 7–12 opowiadają początek sporu o pas łąki i przejazd przy młynie, a strofy 13–18 jego narastanie: wizytę u rejenta, toast za pradziada, rekwizycję konia Jakuba i milczącą wzmiankę o Józefku, który nie wrócił. Strofy 19–22 przynoszą punkt zwrotny — wiosenne wezbranie i ratunek. Strofy 23–24 prowadzą do rozpoznania prawdy i do gestu wyrwania kołka, a dwie ostatnie wracają do komina.
Ważnym elementem kompozycji jest wtrącenie z teraźniejszości w strofie szesnastej: „Głupi byłem — rzekł starzec”. Ocena wypowiedziana przez starego człowieka pojawia się, zanim słuchacz pozna rozwiązanie. Napięcie nie znika, ale zmienia charakter: czytelnik już wie, że Onufry się mylił, i śledzi nie tyle wynik sporu, ile drogę do przyznania się do błędu.
Bohaterowie
Onufry Rudzki nie jest karykaturą chełpliwego szlachcica. Jego przywiązanie do herbu wyrasta z lęku przed zapomnieniem i z ubóstwa, w którym nazwisko pozostaje jedynym kapitałem:
Jak jeszcze i ustąpić — to co mi zostanie?
Że byli tu Rudzcy — kto zapamięta, panie?
Jest śmieszny tam, gdzie chce uchodzić za ważnego — ogłasza swoje szlachectwo, jeszcze podając gościowi stołek, wyblakłe godło, w którym nie sposób rozpoznać zwierzęcia, stanowczo nazywa lwem z powołaniem na dokument, pije zdrowie pradziada po niczego nierozstrzygającej opinii rejenta. Zarazem jest gościnny, uczciwy w głębi serca i zdolny do samoironii. Jego przemiana nie przychodzi nagle: prawda, którą wyjawia dokument, była mu znana „po cichu” od dawna. Papier jedynie potwierdza to, czego bohater nie chciał przyjąć do wiadomości.
Młynarz Jakub nie jest uosobieniem cnoty ludu. Ma własną dumę („w herbie młyńskie koło”), praktyczny interes, upór („Jeździłem, będę”) i cierpkie poczucie humoru — rozebrany nocą płotek odkłada pod progi Onufrego, ułożony jak drewno na opał. Jego odwaga wyraża się w czynie, a słowa pozostają zwyczajne: „Grunt tu zdradny. Każdej wiosny zjada”. Po uratowaniu sąsiada wraca do zastawek, bo woda przybiera. Gdy Onufry ustępuje, Jakub odpowiada tylko: „No, to chwała Bogu”. W tej jednej frazie mieści się ulga, brak triumfu i codzienna pobożność.
Postacie drugoplanowe naszkicowano kilkoma kreskami. Pan Kalikst, „wielki herbem, majątkiem — dwie krowy”, uosabia sąsiedzką skłonność do podsycania cudzych sporów. Rejent, który czyta, kicha i niczego nie rozstrzyga, jest komiczną figurą instytucji. Józefek, syn Kaliksta, który poszedł z oddziałem i nie wrócił, wprowadza do gawędy cień wielkiej historii. Narrator ramowy pozostaje dyskretny, a jego humor jest łagodny: „I ja, choć nie widziałem, uwierzyłem święcie”.
Czas, przestrzeń i historia
Akcja wspomnienia rozpoczyna się w roku 1831, w czasie powstania listopadowego, a kończy następnej wiosny; lecz wielka historia obecna jest wyłącznie śladami: wojsko ciągnie drogą, konie zabiera się na podwody, syn sąsiada nie wraca. Historia nie staje się tematem samodzielnym, lecz odciska się na losie zaścianka — rekwizycja konia ma bezpośredni skutek fabularny, bo Jakub musi odtąd nosić worki na plecach przez sporną łąkę.
Czas mierzy się kalendarzem wiejskim i liturgicznym: „aż do Zielnej”, wiosenne ruszenie lodów, jesień, w której umiera Jakub. Religijność ukazana jest przez codzienne doświadczenie — pacierz przeplatający nocne myśli chorego, odruchowe „chwała Bogu”, świecę zapaloną za zmarłego — a nie przez deklaracje.
Motywy i symbole
Herb. Tytułowa wątpliwość — lew czy sowa — jest najpierw komiczną niepewnością człowieka, który nie umie odczytać własnego godła. W finale ta sama wątpliwość nabiera tonu elegijnego: świeca za młynarza staje „tam, gdzie lew. Lub sowa”. Herb zostaje na ścianie, ale zmienia się to, co pod nim płonie.
Miedza i kołek. Granica wyobrażona i granica rzeczywista rozchodzą się przez cały utwór. Kołek, który stoi tak, „jak stoi w papierze”, jest znakiem roszczenia — a gra słów przypomina wcześniejsze „Stoi w dokumencie” o lwie w herbie; wyrwany własną ręką Onufrego staje się znakiem przyznania racji.
Woda. Wiosenne wezbranie zrywa kładki i płoty, a potem dosłownie usuwa bohaterowi grunt spod nóg. „Grunt tu zdradny” — powiedziane przez Jakuba o brzegu rzeki — odnosi się także do fundamentu, na którym Onufry budował swoją rację.
Koło młyńskie. „Herb” Jakuba jest ruchomy i pracujący, przeciwstawiony nieruchomemu herbowi na desce. Spór jest więc także zderzeniem dwóch rodzajów dziedzictwa: pamięci rodu i pamięci pracy.
Świeca i szabla. Ostatni obraz łączy broń, herb, dokument i światło zapalone za zmarłego sąsiada. Rękojeść szabli złoci w zakończeniu nie dawna chwała, lecz świeczka pamięci.
Humor i ironia
Humor wynika z sytuacji i charakterów, nie z dowcipu dopisanego przez autora. Śmieszy wyliczenie „Kijem, sądem, herbarzem, a najczęściej przodkiem”, któremu przeciwstawiono spokojne „A on jeździł, jak jeździł — z wolna, samym środkiem”. Śmieszy płotek rozebrany i ułożony „polano w polano”, gęś wieziona rejentowi, by „lżej mu było służyć honorowi”, i zdrowie „pradziada i wszystkich rycerzy”, pite po urzędowym nic-nie-mówieniu. Ironia nigdy jednak nie odbiera bohaterom godności, a po momentach śmiesznych przychodzi powaga: wzmianka o Józefku, wezbranie, śmierć Jakuba.
Język i wersyfikacja
Utwór napisano polskim trzynastozgłoskowcem o układzie 7+6, ze średniówką po siódmej sylabie, rymami parzystymi AABB i — zgodnie z polskim akcentem paroksytonicznym — rymami żeńskimi. Archaizmy i nazwy realiów są nieliczne i funkcjonalne: sygnalizują epokę i mowę starego szlachcica (archaiczne formy „jam”, „ledwom”, realia „rejent”, „podwody”, „włóka”), lecz nie stylizują całości na dawny pamiętnik. Dialogi są krótkie, często urwane. Przerzutnia służy znaczeniu, nie metrum: w zdaniu „i wtem grunt pode mną / Usiadł, chlupnął i zjechał” granica wersu oddaje moment osunięcia się ziemi.
Poetyka Syrokomli w utworze
Władysław Syrokomla (Ludwik Kondratowicz, 1823–1862), poeta dawnej Litwy, pozostał w tradycji literackiej przede wszystkim jako lirnik wioskowy — śpiewak bliski ludziom, nie przemawiający z piedestału. Jego gawędy, jak „Urodzony Jan Dęboróg”, łączą serdeczną obserwację z łagodną ironią, a przeszłość szlachecką widzą bez idealizacji. Te właśnie cechy organizują „Lwa czy sowę?”.
Swojskość. Świat utworu składa się z przedmiotów i czynności: garnek pyrkający na ruszcie, miska kaszy z mlekiem, kot na ławie, worki niesione po rosie, glina na skarpie, bosak, zastawki, pierzyna, skrzynia z papierami. Krajobraz — śnieg na płotach, dym nad strzechą, kra, jaz — istnieje najpierw sam dla siebie, a dopiero potem nabiera znaczenia.
Serdeczna obserwacja. Narrator widzi słabości gospodarza, lecz nie uważa się za mądrzejszego od niego. Śmieje się z nim, nie z niego.
Łagodna ironia i melancholia bez rozpaczy. Duma Onufrego budzi uśmiech, ale nie pogardę. Czas mija, papiery się kruszą, sąsiedzi umierają — a mimo to zostaje coś trwałego: przyznanie racji, pamięć, światło świecy.
Moralność wynikająca z czynów. Utwór nie zawiera sentencji. Prawda o bohaterach wynika z tego, co robią: Jakub wyciąga sąsiada z wody i wraca do pracy, Onufry wyrywa własny kołek, a zamiast dawnego pokrzykiwania z ganku („Depczesz mi w pokosie!”) mówi młynarzowi krótko: „Jeźdźcie”. Po latach zapala świecę pod swoim herbem.
Dyskretny ślad Mickiewicza
Inspiracja Adamem Mickiewiczem (1798–1855) została celowo ograniczona do drugiego planu. Osadzenie akcji na Nowogródczyźnie, w rodzinnych stronach poety, budzi skojarzenie z jego twórczością, lecz samo w sobie nie jest jeszcze śladem literackiego wpływu. Zamierzone nawiązanie widać raczej w sposobie opowiadania: w poczuciu, że lokalna anegdota należy do pamięci całej wspólnoty, w zainteresowaniu obyczajem sąsiedzkim i domowym ceremoniałem oraz w prowadzeniu drobnej historii ku szerszemu znaczeniu.
Utwór podejmuje zarazem cichy dialog z tradycją szlacheckiego sporu o ziemię, tak żywą w polskiej literaturze. Tu spór zostaje zredukowany do wąskiego pasa łąki i przejazdu przy młynie, a jego rozwiązaniem nie jest zbrojne rozstrzygnięcie ani wyrok, lecz gest człowieka, który sam wyrywa kołek. Świadomie uniknięto monumentalności, epickiego rozmachu, rozpoznawalnych formuł i obrazów „Pana Tadeusza”: w wątpliwościach rozstrzyga zawsze prostota Syrokomli.
Sens utworu
W najprostszym odczytaniu jest to opowieść o tym, że godności nie dziedziczy się z herbarza. Utwór unika jednak takiego sformułowania i pokazuje rzecz subtelniej — przez symetrię dwóch dziedzictw. Onufry ma herb i pradziada; Jakub ma koło młyńskie, swoją pracę i drogę, z której od lat korzysta. Spór okazuje się nie walką szlachectwa z jego brakiem, lecz zderzeniem dwóch rodzajów dumy, z których jedna przez lata nie chciała zauważyć drugiej.
Ironia losu polega na tym, że Onufry, który bał się, że nikt nie zapamięta Rudzkich, sam staje się strażnikiem pamięci o młynarzu. Świeca pod herbem nie unieważnia dumy rodowej, lecz nadaje jej nowy sens: herb przestaje być narzędziem roszczenia, a staje się miejscem wspomnienia. Prawdziwym przełomem nie jest odnaleziony dokument, lecz gotowość do uznania racji drugiego człowieka — trudny, cichy gest, do którego bohater dojrzał dopiero wtedy, gdy ktoś inny wyciągnął go z wody.
Oryginalność utworu
Fabuła, bohaterowie, punkt zwrotny i zakończenie zostały wymyślone na potrzeby tego utworu; z tradycji zaczerpnięto gatunek gawędy i ducha poetyki Syrokomli, a nie konkretne wątki czy sformułowania. Indywidualny charakter tekstu wyznaczają przede wszystkim dwa rozwiązania. Pierwszym jest tytułowa wątpliwość herbowa, która zaczyna się jako żart, a w ostatniej strofie powraca niemal tymi samymi słowami w tonie elegijnym. Drugim — rezygnacja z łatwego przeciwstawienia dumnego szlachcica i szlachetnego chłopa: obaj bohaterowie są niedoskonali i obaj mają swoją dumę.
Utwór pomyślano także jako tekst pogranicza. Syrokomla należy zarówno do literatury polskiej, jak i do pamięci kulturowej Białorusi, dlatego gawędzie towarzyszą przekłady białoruski i rosyjski, zachowujące fabułę, charaktery bohaterów i finałowy obraz świecy pod herbem.
Tuapse, 11 października 2026 r.
Daniił Łaźko
Лев или сова?
Гавенда у камина
Даниил Лазько
Белорусский и русский поэтические переводы с польского
Содержание
Белорусский перевод. Кириллица
Белорусский перевод. Латинская запись (лацинка)
Русский перевод
О переводе
Белорусский перевод. Кириллица
Леў ці сава?
Гавэнда каля каміна
Снег замёў мне гасцінец, засыпаў дарогі,
Конь па грудзі ў сумётах вяз аж да знямогі.
Шукаць начлегу далей не было ўжо сілы,
Калі ў завеі бліснуў агеньчык мне мілы.
Дым над страхою гнуўся, ветрам рваны ў клоччы,
Я брыў да хаты наўпрост, а снег сек мне ў вочы.
Ледзь я ў шыбу пастукаў — і ўжо на парозе
Сівы дзед у кажуху жмурыўся ў марозе.
— Заходзьце, пане, хутчэй! Мароз праб'е косці,
А каня — пад паветку, вас жа прашу ў госці.
Каша ў гаршку на агні пыхкала пад дымком;
І мне — поўная міска, і кубак з малаком.
Зваўся Ануфрый Рудзкі — і тут жа дадаваў,
Што з гербам, — калі зэдлік яшчэ мне падаваў.
На сцяне — шабля ў ножнах, выцертых дагладка,
А пад ёй — герб на дошцы, сам сабе загадка.
З пазалоты застаўся кавалак падковы,
А галава — льва? савы? — хто ж сказаць гатовы?
— Леў! — сказаў, я й не спытаў. — Так у дакуменце.
Я ж — хоць не бачыў — верыў, як у Тэстаменце.
Потым са скрыні дастаў ліст пажоўклы, тонкі,
Ён разгарнуў на стале — трэснулі старонкі.
Вёў пальцам па літарах, як ратай па ральлі,
І задумаўся раптам, і глядзеў удалі.
— Год той быў трыццаць першы. Па шляху салдаты
Цягнуліся, і коней забіралі з хаты.
Мне было тады трыццаць, а мо і больш гадоў;
Млынар Якуб жыў побач — праз мяжу ды праз роў.
Між намі — луг вузенькі, над ручаём ляжаў,
І праезд каля млына, што мой дзед брукаваў.
Нябожчык бацька казаў, што ўсё гэта наша,
А Якуб: — Луг ваш, пане, дарога — не ваша.
Пачалося ад воза. Якуб збожжа вазіў
Наўпрасцяк праз мой лужок, а я з ганка гразіў
Кіем, судом, гербамі, а часцей — прадзедам,
А ён ездзіў, як ездзіў, — за бацькам і дзедам.
Суседзі наязджалі раіць мне за сталом,
Кожны мне быў секундант у вайне з млынаром.
Пан Калікст — слаўны родам, а скарб — пара кароў —
Раіў скаргу ў суд пісаць і не шкадаваць слоў.
Якуб спачатку маўчаў, сівы ўвесь ад мукі,
Потым: — Ездзіў і буду, — развёў толькі рукі.
Ён таксама быў горды, і ў гербе меў кола,
Як казаў ён, — а тое круціцца наўкола.
Тады плоцік паставіў папярок дарогі —
Ён уначы разабраў і склаў пад парогі,
Як дровы, роўным стосам, — сам жа ані слова, —
З чаго смяяліся ўсе ажно да Пакрова.
Вёз я да Навагрудка паперу рэенту,
А гуску — бо як інакш? — дзеля аргументу.
Рэент чытаў і чыхаў, акуляры працёр,
Ён сказаў, што дакумент старэйшы за сабор.
— А мяжа? — я спытаўся. — Мяжа, мой паночку,
Патрабуе разгляду кожнага радочку.
Я палічыў: перамог. Дома пры вячэры
Піў здароўе прадзеда — па поўнай, без меры.
Войска ішло гасцінцам, брала ўсё ў падводы,
У Якуба каштанку ўзялі з-пад гасподы.
Мяшкі насіў на спіне праз луг мой, па росах,
А я з ганка гарланіў: — Топчаш мне ў пакосах!
— Быў дурны, — дзед прамовіў, жар пагрэб, падраўняў.
— Не, дурны — не. Упарты. — І змоўк, больш не дадаў.
Кот ускочыў на лаву. Шыпела і грэла
Смалістае палена — хата пасвятлела.
— Бо што меў я, бачыце? Пяску паўвалокі,
Герб, шаблю, а праз страху відаць хоць аблокі.
Каб яшчэ і саступіць — што мне застанецца?
Хто ўспомніць, пане, Рудзкіх, калі ўсё мінецца?
Так прайшла восень, зіма. Справа ў судзе стала,
Як калода ў палонцы, што ў лёд прымярзала.
А Каліксцеў Юзэфак, што пайшоў у паход,
Не вярнуўся. І вестак не было — ні праз год.
Вясной рушыў лёд. Рэчка, летам па калена,
Разлілася, і кладкі несла, нібы пена.
Пайшоў зранку паглядзець, ці бераг змывае,
І ці колік мой цэлы, што мяжу трымае.
Стаіць. Я злез па схіле, па размоклай гліне,
А побач, каля млына, гула на плаціне.
Хацеў колік паправіць — ды грунт пада мною
Асеў, хлюпнуў — і змыла ледзяной вадою.
Крыга ў бок ударыла, і ў вушах звінела,
Мокры кажух, як камень, цягнуў на дно цела.
Раптам штосьці шарпнула — то багор за крысо!
Якуб! — па пояс мокры, як з млына калясо.
Выцягнуў на плаціну, як мокры мех з мукой.
Не таргаваўся ані — ні судом, ні мяжой.
Сказаў толькі: — Грунт здрадны. Вясной падмывае.
І вярнуўся да шлюзаў — вада ж прыбывае.
Мяне трэсла ў гарачцы потым на пярыне,
І маліўся, і думаў ноччу пры лучыне.
Загадаў несці скрыню, калі прыйшла сіла,
Чытаў прадзедаў запіс, дзе мяжа хадзіла.
І выйшла, што ўпотай я прадчуваў цэлы год:
Мяжа — ад старой вольхі праз луг на самы брод.
Сам я вырваў той колік, пайшоў праз дарогу.
— Ездзіце, — кажу. Ківнуў: — Ну, то слава Богу.
Тут дзед згарнуў паперу і ціха так сказаў:
— Памёр Якуб увосень. Я сам яго хаваў.
Дзед запаліў свечачку — ледзь-ледзь яна жыва —
І паставіў пад гербам: дзе леў. А мо сава.
Я не пытаўся болей. Ціха дагарала
Адно палена. Шыбы мяцель засыпала.
Стары заснуў на лаве з лістом у цішыне,
Свечачка залаціла рукаяць на сцяне.
Белорусский перевод. Латинская запись (лацинка)
Leŭ ci sava?
Havenda kala kamina
Snieh zamioŭ mnie hasciniec, zasypaŭ darohi,
Koń pa hrudzi ŭ sumiotach viaz až da zniamohi.
Šukać načlehu dalej nie było ŭžo siły,
Kali ŭ zavieji blisnuŭ ahieńčyk mnie miły.
Dym nad strachoju hnuŭsia, vietram rvany ŭ kłoččy,
Ja bryŭ da chaty naŭprost, a snieh siek mnie ŭ vočy.
Ledź ja ŭ šybu pastukaŭ — i ŭžo na parozie
Sivy dzied u kažuchu žmuryŭsia ŭ marozie.
— Zachodźcie, panie, chutčej! Maroz prabje kosci,
A kania — pad pavietku, vas ža prašu ŭ hosci.
Kaša ŭ haršku na ahni pychkała pad dymkom;
I mnie — poŭnaja miska, i kubak z małakom.
Zvaŭsia Anufryj Rudzki — i tut ža dadavaŭ,
Što z hierbam, — kali zedlik jašče mnie padavaŭ.
Na scianie — šabla ŭ nožnach, vyciertych dahładka,
A pad joj — hierb na došcy, sam sabie zahadka.
Z pazałoty zastaŭsia kavałak padkovy,
A hałava — lva? savy? — chto ž skazać hatovy?
— Leŭ! — skazaŭ, ja j nie spytaŭ. — Tak u dakumiencie.
Ja ž — choć nie bačyŭ — vieryŭ, jak u Testamiencie.
Potym sa skryni dastaŭ list pažoŭkły, tonki,
Jon razharnuŭ na stale — tresnuli staronki.
Vioŭ palcam pa litarach, jak rataj pa ralli,
I zadumaŭsia raptam, i hladzieŭ udali.
— Hod toj byŭ tryccać pieršy. Pa šlachu sałdaty
Ciahnulisia, i koniej zabirali z chaty.
Mnie było tady tryccać, a mo i bolš hadoŭ;
Młynar Jakub žyŭ pobač — praz miažu dy praz roŭ.
Miž nami — łuh vuzieńki, nad ručajom lažaŭ,
I prajezd kala młyna, što moj dzied brukavaŭ.
Niabožčyk baćka kazaŭ, što ŭsio heta naša,
A Jakub: — Łuh vaš, panie, daroha — nie vaša.
Pačałosia ad voza. Jakub zbožža vaziŭ
Naŭprasciak praz moj łužok, a ja z hanka hraziŭ
Kijem, sudom, hierbami, a časciej — pradziedam,
A jon jezdziŭ, jak jezdziŭ, — za baćkam i dziedam.
Susiedzi najazdžali rajić mnie za stałom,
Kožny mnie byŭ siekundant u vajnie z młynarom.
Pan Kalikst — słaŭny rodam, a skarb — para karoŭ —
Rajiŭ skarhu ŭ sud pisać i nie škadavać słoŭ.
Jakub spačatku maŭčaŭ, sivy ŭvieś ad muki,
Potym: — Jezdziŭ i budu, — razvioŭ tolki ruki.
Jon taksama byŭ hordy, i ŭ hierbie mieŭ koła,
Jak kazaŭ jon, — a toje krucicca naŭkoła.
Tady płocik pastaviŭ papiarok darohi —
Jon unačy razabraŭ i skłaŭ pad parohi,
Jak drovy, roŭnym stosam, — sam ža ani słova, —
Z čaho smiajalisia ŭsie ažno da Pakrova.
Vioz ja da Navahrudka papieru rejentu,
A husku — bo jak inakš? — dziela arhumientu.
Rejent čytaŭ i čychaŭ, akulary pracior,
Jon skazaŭ, što dakumient starejšy za sabor.
— A miaža? — ja spytaŭsia. — Miaža, moj panočku,
Patrabuje razhladu kožnaha radočku.
Ja paličyŭ: pieramoh. Doma pry viačery
Piŭ zdaroŭje pradzieda — pa poŭnaj, biez miery.
Vojska išło hascincam, brała ŭsio ŭ padvody,
U Jakuba kaštanku ŭziali z-pad haspody.
Miaški nasiŭ na spinie praz łuh moj, pa rosach,
A ja z hanka harłaniŭ: — Topčaš mnie ŭ pakosach!
— Byŭ durny, — dzied pramoviŭ, žar pahreb, padraŭniaŭ.
— Nie, durny — nie. Uparty. — I zmoŭk, bolš nie dadaŭ.
Kot uskočyŭ na łavu. Šypieła i hreła
Smalistaje palena — chata pasviatleła.
— Bo što mieŭ ja, bačycie? Piasku paŭvałoki,
Hierb, šablu, a praz strachu vidać choć abłoki.
Kab jašče i sastupić — što mnie zastaniecca?
Chto ŭspomnić, panie, Rudzkich, kali ŭsio miniecca?
Tak prajšła vosień, zima. Sprava ŭ sudzie stała,
Jak kałoda ŭ pałoncy, što ŭ lod prymiarzała.
A Kalikscieŭ Juzefak, što pajšoŭ u pachod,
Nie viarnuŭsia. I viestak nie było — ni praz hod.
Viasnoj rušyŭ lod. Rečka, letam pa kalena,
Razliłasia, i kładki niesła, niby piena.
Pajšoŭ zranku pahladzieć, ci bierah zmyvaje,
I ci kolik moj ceły, što miažu trymaje.
Stajić. Ja zlez pa schile, pa razmokłaj hlinie,
A pobač, kala młyna, huła na płacinie.
Chacieŭ kolik papravić — dy hrunt pada mnoju
Asieŭ, chlupnuŭ — i zmyła ledzianoj vadoju.
Kryha ŭ bok udaryła, i ŭ vušach zvinieła,
Mokry kažuch, jak kamień, ciahnuŭ na dno cieła.
Raptam štości šarpnuła — to bahor za kryso!
Jakub! — pa pojas mokry, jak z młyna kalaso.
Vyciahnuŭ na płacinu, jak mokry miech z mukoj.
Nie tarhavaŭsia ani — ni sudom, ni miažoj.
Skazaŭ tolki: — Hrunt zdradny. Viasnoj padmyvaje.
I viarnuŭsia da šluzaŭ — vada ž prybyvaje.
Mianie tresła ŭ haračcy potym na piarynie,
I maliŭsia, i dumaŭ nočču pry łučynie.
Zahadaŭ niesci skryniu, kali pryjšła siła,
Čytaŭ pradziedaŭ zapis, dzie miaža chadziła.
I vyjšła, što ŭpotaj ja pradčuvaŭ ceły hod:
Miaža — ad staroj volchi praz łuh na samy brod.
Sam ja vyrvaŭ toj kolik, pajšoŭ praz darohu.
— Jezdzicie, — kažu. Kivnuŭ: — Nu, to słava Bohu.
Tut dzied zharnuŭ papieru i cicha tak skazaŭ:
— Pamior Jakub uvosień. Ja sam jaho chavaŭ.
Dzied zapaliŭ sviečačku — ledź-ledź jana žyva —
I pastaviŭ pad hierbam: dzie leŭ. A mo sava.
Ja nie pytaŭsia bolej. Cicha daharała
Adno palena. Šyby miaciel zasypała.
Stary zasnuŭ na łavie z listom u cišynie,
Sviečačka załaciła rukajać na scianie.
Русский перевод
Лев или сова?
Гавенда у камина
Замёл дорогу снег, засыпал все ворота,
По грудь мой конь увяз, пропала и охота
Искать ночлег, — как вдруг из снежной темноты
Мигнул мне огонёк, как с неба, с высоты.
Над крышей гнулся дым, и ветер рвал кудели,
Я брёл к нему, тонул в сугробах и метели.
Я постучал в стекло — и дверь уже скрипит:
Седой старик стоит, и дым глаза слезит.
— Входите, пан, скорей! Мороз прохватит кости.
Коня — к навесу, вас — прошу покорно в гости.
Под крышкою горшок посапывал с пшеном;
Мне — миска до краёв и кружка с молоком.
Онуфрий Рудзкий, пан, — назвался и добавил,
Что шляхтич он с гербом, — а там и стул подставил.
Над лавкой сабля спит — и ножны стёрты гладко;
А ниже, на доске, — герб, сам себе загадка.
От позолоты — лишь обломок от подковы.
Я вслух: «А голова — то лев? сова?» — «Ну что вы!
Лев! — перебил старик. — Так значится в бумаге».
И я, не видя сам, поверил, как присяге.
Потом он вынул лист из сундука — сухой,
Расправил на столе — крошился под рукой.
Вёл пальцем по строкам, как пахарь бороздою,
И вдруг затих, поник седою головою.
— Год тридцать первый был. По тракту шли солдаты
И лошадей вели из каждой нашей хаты.
Мне тридцать было лет, а может, и поболе;
А мельник наш, Якуб, жил рядом, через поле.
Меж нами узкий луг над ручейком лежал
И к мельнице проезд, где камень дед мой клал.
Ещё отец твердил: тут вся землица наша,
А тот: — Луг, пане, ваш. Дорога — тоже ваша?
С телеги началось: Якуб зерно возил
По лугу моему, а я с крыльца грозил
И палкой, и судом, гербом, а пуще дедом,
А он катил, как встарь, отцовским, давним следом.
Соседи что ни день судили при вине,
И каждый секундант был в луговой войне.
Каликст, гербом велик, а в стойле — две коровы,
Твердил: «Пиши в суды! Мы, шляхта, — все готовы!»
Якуб сперва молчал, весь белый от муки,
Потом: — Возил — и впредь, — сказал всем вопреки.
Он тоже гордый был: в гербе, мол, колесо,
А вертится оно легко — и вот и всё.
Тогда я тын вкопал наперерез дороге —
Он ночью разобрал, сложил мне на пороге
В поленницу, рядком, — а сам молчок, ни слова, —
Над чем смеялись все до самого Покрова.
Я в Новогрудок вёз бумагу и гуся.
Он — довод. Как-никак, а без гуся нельзя.
А стряпчий — чих да чих, протёр свои очки
И молвил: документ — древней, чем старики.
— А что ж межа? — спросил. — Межа-то, милый пане,
Разбор тут нужен. Всё покамест — как в тумане.
Я счёл, что победил. И дома, за едою,
За прадеда я пил — без меры, с головою.
Войска по тракту шли. Для нужд того похода
Гнедка свели — Якуб остался без дохода.
Мешки он сам таскал по лугу, по росе,
А я с крыльца: — Не мни траву мне в полосе!
— Был глуп, — промолвил дед и жар разворошил.
— Не глуп. Упрям я был. — И голос приглушил.
На лавку вспрыгнул кот. Шипя, в камине грело
Полено из смолья, и в хате посветлело.
— Ведь что имел я, пан? Песку — да полволоки,
Герб, саблю — в крыше щель, и в щель глядят сороки.
Ещё и уступлю — что ж будет мне тогда?
Кто вспомнит Рудзких, пан, когда пройдут года?
Так год прошёл. Меж тем вся тяжба наша встала,
Как в полынье бревно, что в лёд вмерзать начало.
Каликстов Юзек — тот, что с войском шёл в поход, —
Пропал. Ни слуху нет, ни вести — целый год.
Весной пошёл и лёд. Речонка — по колено
Лишь летом — разлилась, снесла мостки, как сено.
Я поутру пошёл взглянуть — цела ль межа,
И цел ли кол — оплот родного рубежа.
Стоит. Я вниз сошёл по глине, что раскисла,
А рядом гул стоял, вода — горой нависла.
Поправить кол хотел — а берег подо мною
Осел, плеснул — и смыт я ледяной водою.
Мне в бок ударил лёд, в ушах моих звенело,
Намокнувший тулуп тянул, как камень, тело.
Вдруг — дёрг меня назад: багор вцепился в полы!
Якуб! — по пояс мокр, без шапки, руки голы.
Он выволок меня, как мокрый куль с мукою.
Не торговался он — ни тяжбой, ни межою.
Сказал лишь: — Зыбкий грунт. Весной всё подмывает.
И к шлюзам он пошёл — вода-то прибывает.
Трясло меня потом в горячке на перине,
Молился, думал я ночами при лучине.
Велел сундук подать, едва набрался сил,
Читал, где шла межа, — что прадед начертил.
И вышло — как я сам предчувствовал весь год:
Межа шла от ольхи сквозь луг, на самый брод.
Я вырвал кол — и сам пошёл к нему, к порогу.
— Езжайте, — говорю. Кивнул: — Ну, слава Богу.
Тут дед свернул листок и тихо так сказал:
— Якуба нет: я сам его и провожал.
Свечу от уголька затеплил — чуть жива, —
Поставил под гербом: где лев. Или сова.
Я больше не спросил. Тихонько догорало
Полено. За окном метель мела устало.
Уснул старик, к груди бумагу прижимая;
А свечка золотит эфес, едва мерцая.
О переводе
Польская гавенда «Lew czy sowa?» написана силлабическим тринадцатисложником в традиции Владислава Сырокомли, с лёгким фоном поэтики Адама Мицкевича. Оба поэта связаны с землями бывшего Великого княжества Литовского, и сам сюжет разворачивается на Новогрудчине. Поэтому переводы на белорусский и русский языки задуманы не как подстрочник, а как самостоятельные поэтические версии. В них сохранены фабула, характеры, композиция из двадцати шести четверостиший и финальный образ свечи под гербом.
Стихотворный размер
Польский оригинал написан тринадцатисложником с цезурой после седьмого слога (7+6), парной рифмовкой AABB и женскими рифмами, как того требует польское ударение на предпоследнем слоге.
В белорусском переводе сохранён тот же силлабический счёт 7+6 и та же цезура. В белорусском языке, в отличие от польского, ударение подвижно и часто падает на последний слог. Поэтому часть рифм стала мужской («дадаваў — падаваў», «сталом — млынаром»), а рифмовка свободно чередует женские и мужские пары. Нескладовое «ў» в счёт слогов не входит.
В русском переводе выбран шестистопный ямб с постоянной цезурой после третьей стопы, то есть русский александрийский стих. Польский тринадцатисложник был образцом и для русской силлабики XVII–XVIII веков (Симеон Полоцкий, Кантемир), но после реформы Тредиаковского и Ломоносова силлабический стих воспринимается в русской поэзии как архаика. Шестистопный ямб сохраняет главное: длину строки, срединную цезуру и неторопливую повествовательную мерность. Женские стихи содержат тринадцать слогов, мужские двенадцать; перед цезурой всегда стоит ударный шестой слог.
Культурные и бытовые решения
Календарь. Польское «aż do Zielnej», то есть до праздника Успения (по-польски Matki Boskiej Zielnej, 15 августа), передано как «ажно да Пакрова» и «до самого Покрова». Это церковно-народная веха, естественная для белорусского и русского читателя.
Вера в герб. Польская идиома «uwierzyłem święcie» («поверил свято») передана в белорусском сравнением «верыў, як у Тэстаменце», а в русском — «поверил, как присяге». Оба решения сохраняют торжественный, почти сакральный оттенок и вместе с ним иронию: шляхтич верит гербовой легенде, как святыне.
Нотариус. Белорусский текст сохраняет историческое слово «рэент», которым на этих землях называли нотариуса. В русском переводе ему соответствует «стряпчий»: русское «регент» вызвало бы у современного читателя ложную ассоциацию.
Совет Каликста. Польский «papier stemplowy» (гербовая бумага) передан не словарным соответствием, а комической репликой. В белорусском это «Раіў скаргу ў суд пісаць і не шкадаваць слоў», в русском — «Пиши в суды! Мы, шляхта, — все готовы!». Сутяжный азарт мелкой шляхты стал виден в самой речи персонажа.
Наследие Якуба. В оригинале мельник упрямо ездит «samym środkiem» — прямо посередине спорного луга. В переводах подчёркнуто, что он ездит так, как ездили его предки: «за бацькам і дзедам», «отцовским, давним следом». Так усилена симметрия двух наследий, заложенная уже в оригинале: у Онуфрия есть прадед и герб, у Якуба — мельничное колесо, а в переводах ещё и отцовская дорога.
Конь Якуба. Во всех трёх версиях после реквизиции лошади в 1831 году мельник сам носит мешки через спорный луг. В русском переводе связь с потерей заработка сказана прямо: «Для нужд того похода / Гнедка свели — Якуб остался без дохода».
Быт. Польская молитва, перемежающая ночные мысли больного («myśli przeplatałem po nocach pacierzem»), передана прямее, с бытовой деталью лучины: «І маліўся, і думаў ноччу пры лучыне», «Молился, думал я ночами при лучине». В белорусском сравнении «як з млына калясо» использована диалектная форма вместо литературного «кола». Она поддерживает местный колорит и перекликается с мельничным колесом в «гербе» Якуба.
Похороны. Польское «Byłem na pogrzebie» в переводах несколько усилено: «Я сам яго хаваў», «Якуба нет: я сам его и провожал». Шляхтич не просто присутствует на похоронах мельника, а провожает его сам.
Ответ Якуба. Ключевая реплика «No, to chwała Bogu» сохранена почти дословно: «Ну, то слава Богу», «Ну, слава Богу». В ней облегчение, отсутствие торжества и бытовая набожность, без всякой проповеди.
Имена и графика
Имя мельника по-русски произносится с ударением на втором слоге — Яку́б, как в белорусской традиции. Шляхтич в белорусском тексте зовётся Ануфрый Рудзкі, в русском — Онуфрий Рудзкий.
Белорусский текст написан в действующем официальном правописании. Нескладовое «ў» стоит только после гласной и не ставится в начале предложения и после знаков препинания.
Латинская версия выполнена по правилам белорусской лацинки на основе кириллического текста в официальном правописании. Твёрдое «л» передаётся как ł, мягкое как l (ля, ле, лю, лё, лі — la, le, lu, lo, li). Гласные е, ё, ю, я после остальных согласных пишутся ie, io, iu, ia, а в начале слова, после гласных, после «ў» и после апострофа — je, jo, ju, ja; «і» после гласной передаётся как ji. Мягкий знак передаётся знаками ź, ś, ć, ń, dź и мягким l. Шипящие пишутся č, š, ž, «х» — ch, «г» — h, нескладовое «ў» — ŭ. Ассимилятивная мягкость согласных (как в «снег», «звінела»), которую отмечает классическая лацинка тарашкевицы, здесь, как и в кириллице, не обозначается.
Что осталось неизменным
Во всех трёх версиях сохранены рамочная композиция, порядок событий и все смысловые узлы. Это сомнение «лев или сова», спор о луге и проезде у мельницы, гусь для нотариуса, половодье, спасение, вырванный колышек и свеча под гербом. Последнее слово каждой версии остаётся за образом, а не за моралью.
Туапсе, 11 октября 2026 г.
Даниил Лазько
