PRZECZUCIE
Pędzę smagany pędami konarów, bruków przestrzenią.
Przebiegam przez dzienne zmazy refleksów okien nietkniętych od zarania, łzawych w swym szlochu widzenia tego co niedostrzeżone.
Depcze tlące się robactwo psich końców gnijących w nadziei powiewu strącającego w otchłań ludzkich szamb.
W szturmie swym nie do zatrzymania gnę co nieugięte, łamie co w jednorodności swojej trwa od zawsze w stanie niezmienionym, zmieniam łamiąc na lepsze sam siebie czarując.
Pędzę w swym pędzie coraz wolniej zostając w tyle za sobą samym wołam, krzyczę…
W harmidrze dźwięków głos tonie, nie zawróci, nie odwroci ni spojrzy…
Szybciej więc, szybciej…doganiam chama, który zbiec sobie pozwala nie myśląc o natury regułach odwiecznych po wsze czasy.
W galopie dzikim przewalam się przez kałuży zastane oceany brukając brudem okoliczne jednostki spowolnione w swym bezruchu.
Gnam przez mury zieleni ścieśnione, szarą pustkowia pustynie, lawirując pomiędzy nieba błękitem odbitym w lustrach sunących czarną rzeką.
…już tuż tuż…już prawie już…
W bramie występku otwartej,
Staję!...wszystko na nic…już po czwartej…
GRAHAMOZA
