WIDOK
Zamknięty za kratami żaluzji spoglądam na zielony wszechświat pokryty blaskiem dnia,
Milcze w obawie echa dźwięku odbitego pustką ścian powracającego do punktu wyjścia,
niczym ludzie wskrzeszeni z getta myśli zaprzeszłej.
Pustka scen ciszą słodko skowycze…
Wszechobecny bezruch drgnienie liścia łamie,
buntem będąc wobec świata zastoju,
pogrążonego w którym lepkie wskazówki czasu staram się cofać
bezskutecznie.
Krok pierwszy w tył w przypływie lęku pierwotnego…
Niech nie widzą twarzy niewidzącej,
niech oczy kurtyna szara przysłoni broniąc dostępu do wnętrza studni,
w połowie pustej…w połowie suchej…
Skrzydlaty dron zrywa się z masztu,
ruch dłoni nieznaczny dostrzegając, ucieka w przystań błękitu daleką, bezpieczną.
Krok drugi w cofaniu ma miejsce…nie zbliża, ni oddala…
Plamy dryfują ospale brocząc Słońca blaskiem ukrytym,
rażąc złocistym połyskiem zapadłe oczodoły,
wypalają malowidła rozmyte,
które tylko nieczułość nocy jest w stanie wymazać.
Trzeci raz w cofaniu się udzielam…
Szorstkie poszycie podłogi palcami stóp przeorane,
bruzd obfitością emanuje,
na których nic co oddycha wzejść się nigdy nie odważy.
…drogi koniec,
Zatrzymany chłodem muru ruch ustaje…i co dalej?
GRAHAMOZA
