Muzykantka z ulicy Kondratowicza.
Przeplata Katyushe i Bella Ciao z jeszcze jednym utworem. Gra na akordeonie - z okna nie widać firmy, bo właśnie zza niego zaglądam. Muzyka najpierw grana głośniej, później jakby ciszej, albo to oddalają się zwykle.
Dziadki oddały swe grosze kiszone w kieszeniach na ręce dziecka, nie uśmiecha się ono ani nie jest smutne. Taka to praca małego człowieka, co jego matka gra, by możliwie zarobić na obiad. Chociaż oni nie są tak biednie ubrani. Czy to wynika z mody Rumunów? Zapewne nie dowiem się, nie były to stroje tradycyjne, lecz takie jak z bazaru czy średniej sieciówki. Jako że sieciówki są nastawione na masową produkcję, tak i im współczuję, w jakimś sensie. Nie postrzegam ich jako ludzi biednych, ale jako możliwie niedostrzeżonych. Niech ich muzyka i okrzyki niosą się po naszych ulicach, gdy podejdą do kogoś, niech nie szczędzi pieniądza czy uśmiechu, bo cóż oni mogą lepszego dostać w momencie bez pośpiechu?
