DWIE POŁOWY
gawęda z noclegu
Daniił Łaźko
Było to pod Ostrówkiem, w październiku, w słocie;
koń, co zgubił podkowę, po brzuch tonął w błocie;
wicher zdzierał z olch liście i ciskał je w grzywę,
aż mi spod mokrej strzechy błysło okno krzywe.
Karczmarz wyszedł z latarnią, spojrzał na kopyto
i rzekł: — Prosim do izby, na stół już nakryto.
W izbie pachniało dymem, chlebem i kożuchem,
a stary kot na piecu ruszał jednym uchem.
Za stołem, pod obrazem, stary kowal siedział
i tak mi się przyglądał, jakby coś już wiedział;
a karczmarz, chudy Szymon, dorzucił polano,
mówiąc, że koń mój stoi i chrupie już siano.
Przy świętym Mikołaju wisiał, oprawiony,
pożółkły jak wosk papier, z dwóch połów sklejony;
a przez sam środek pisma, jak miedza przez pole,
szło cięcie kręte, wężem. Spytałem przy stole:
— A cóż to za relikwia? Czyj dyplom szlachecki?
Szymon się zaśmiał: — Gorzej: to papier sąsiedzki.
Dwaj panowie przez niego lat dwadzieścia z rzędu
nosili gęsi, sery i miód do urzędu.
A łąka — śmiech powiedzieć! — sitowie i błoto,
a dali za nią obaj w kancelariach złoto.
— Tu nie o łąkę chodzi — ozwał się Ambroży. —
Szymon wszystko na grosze od razu przełoży.
Byłem wtedy wyrostkiem przy ojcowskim miechu
i — choć to grzech — przy obu pękałem ze śmiechu;
więc com sam widział — powiem, a co nie — to z ludzi,
a pamięć, jak to pamięć, czasami się łudzi.
Pan Kazimierz Żołtowski miał w herbie podkowę,
a o przodkach — od Lecha ciągnącą się mowę;
tylko że jego siwek chodził u nas boso,
bo pan płacił za kucie — kiedy wzejdzie proso.
Za młodu był w ułanach, przywiózł z wojny bliznę,
a w domu zastał tylko chudą ojcowiznę.
Kulał, ale w procesji szedł prosto jak struna
i pierwszy biegł do studni, gdy nad wsią szła łuna.
Za miedzą pan Wincenty Bujwid, pisarz z sądu,
suchy jak pióro gęsie z mowy i z wyglądu;
pisał prośby tak pięknie, że szkoda je czytać,
a nim wydał szeląga, szedł żonę zapytać.
Między nimi, nad Wołczą, leżała ta łąka,
gdzie wiosną słychać było jedynie głos bąka.
Dziadowie ich — tak mówią — wadzili się o nią,
aż raz tu, przy tym stole, pismo cięli bronią.
Odtąd każdy ród swoją połowę miał w skrzyni
i czytał ją, jak księgę czytają w świątyni.
»Zostaje przy Żołtowskich« — stało w jednej części;
»...i przy Bujwidach« — w drugiej; a dalej — już pięści.
Szli do sądu w powiecie, do Grodna, do Wilna,
a sprawa, jak to sprawa, była zawsze pilna;
Bujwid pisał supliki, Kazimierz — wywody
o pradziadach i herbie; sąd liczył dochody.
Co roku w sianokosy szli obaj o świcie
i każdy chciał pokosu zagarnąć obficie;
a w środku, gdzie się zeszli, szła kosa na kosę,
i stali tak, aż słońce wypiło im rosę.
Siano gniło w pokosach, krowy z obu dworów
jadły w zgodzie otawę, nie znając ich sporów.
— A u nas — wtrącił Szymon — po każdej rozprawie
pili obaj, lecz każdy na osobnej ławie.
Tak zeszło lat dwadzieścia; obu śnieg przyprószył,
a proces ani razu z miejsca się nie ruszył.
Aż raz, o takiej porze, spadła długa słota:
deszcz lał tydzień, a Wołcza wyszła aż pod wrota.
Tej nocy, kiedy wszyscy spali, pan Wincenty
wziął rydel i trzy kołki, i poszedł — zawzięty —
żeby przenieść granicę pod osłoną wody,
bo — tak sobie rachował — nie będzie przeszkody.
A po tej drugiej stronie, brodząc przez topiele,
kuśtykał pan Kazimierz — z kołkiem, przyjaciele!
I tam, gdzie się co roku z kosami schodzili,
zderzyli się po ciemku w tejże samej chwili.
Krzyknęli obaj — każdy poznał swego wroga,
aż Bujwid krok w tył zrobił — i zjechała noga,
i runął w nurt spieniony, porwany przez fale;
a ten, co się z nim sądził od lat tak wytrwale,
wiarus, kulawy, stary, skoczył za nim w wodę
i chwycił go za kołnierz czy może za brodę,
i, uczepiony wierzby, wywlókł go na trawę —
na tę samą, o którą wiedli długą sprawę.
A kiedy tak stanęli, szczękając zębami,
każdy z kołkiem schowanym chyłkiem za plecami,
milczeli; bo cóż gadać, kiedy obu, w błocie,
nakryła noc — i woda — przy jednej robocie.
— A mój ojciec — rzekł Szymon — posadził ich obu
na jednej ławie, w cieple, jak z jednego żłobu.
Dał im grzanego piwa i to — darmo! — dzbanem;
ot, ojciec mój — zbyt miękki był, by zostać panem.
— Bujwid — podjął Ambroży — trzy tygodnie chory
przeleżał — i wstał potem z ziarenkiem pokory.
Przyszedł w niedzielę tutaj, prosto do żołnierza,
i rzekł mu głosem cichym, jak w środku pacierza:
— Za życie, panie bracie, ta łąka zostaje
przy panu. — I połowę przez stół mu podaje.
— Stój! — krzyczy pan Kazimierz, jak burak czerwony,
i wyjmuje z kontusza swój papier złożony.
Od tamtej nocy papier w zgięciach był przetarty:
pan chciał go oddać pierwszy — ot, wiarus uparty!
A ja, smyk, com przy ojcu przymierzał podkowy,
przyłożyłem do siebie obie te połowy,
i weszła fala w falę bez jednej szczeliny,
i tylko ogień trzaskał od mokrej sośniny.
Bujwid czytał powoli, po urzędowemu,
i wyszło, że ta łąka — i temu, i temu:
»kosić ją wspólnie, siano dzielić na dwie kopy,
zgodę zapijać w karczmie, póki niosą stopy«.
I ktoś się w kącie zaśmiał, za nim chłopi z ławy,
aż w końcu, ze łzą w oku, śmiał się i kulawy;
bo dziadowie — jak widać — nie w gniewie, nie w swarze,
lecz z radości, w kompanii, cięli przy pucharze.
Na wiosnę pod tą wierzbą stanął krzyż z dębiny,
nieociosany, twardy, jak obie rodziny;
tu podkowa, tam strzały; wkopali go razem,
i każdy rżnął herb własny tym samym żelazem.
A czy już żyli w zgodzie? Ej, gdzież tam, mój panie!
Wadzili się o niebo, o post, o kazanie,
o cesarza — czy żywy, czy wróci z wygnania —
lecz łąkę już kosili wspólnie, bez gadania;
a sądy — łatwo zgadnąć — jeszcze przez trzy lata
słały im obu pisma: »Należna zapłata«.
Płacili po połowie, bez sporu — o dziwo! —
a karczmarz im polewał znów, na zgodę, piwo.
Pomarli obaj zimą; grób przy grobie leży,
a każdy ze swym herbem, jak szlachcie należy.
A ludzie mówią — ja tam kuję, a nie wróżę —
że w nocy, gdy deszcz bębni i stoją kałuże,
słychać od strony łąki dwie kosy klepane,
to bliżej, to znów dalej, a zawsze na zmianę.
— To okiennica stuka — rzekł Szymon, ziewając,
i dolał mi krupniku, o nic nie pytając.
Ległem na tamtej ławie, gdzie siedzieli oni,
i długo, nim zasnąłem, słuchałem, czy dzwoni.
Coś dzwoniło nad ranem, gdy deszcz już ustawał,
lecz czy to kosa była, czy kowal już wstawał,
nie wiem; lecz gdy wyszedłem, koń stał już podkuty,
a krzyż tam, na tej miedzy, po pas mgłą zasnuty.
Mijając, zdjąłem czapkę; podkowa i strzały
na dębie poczerniałym ledwie się ostały;
i jeszcze dziś, ilekroć na drodze przystanę,
dzwonią mi gdzieś podkowy jak kosy — na zmianę.
Tuapse, 22 października 2026 r.
Analiza literacka1. Forma i kompozycja
„Dwie połowy” to gawęda wierszem złożona z trzydziestu pięciu strof czterowersowych, razem sto czterdzieści wersów. Utwór napisano klasycznym polskim trzynastozgłoskowcem ze stałą średniówką po siódmej sylabie (7+6) i rymami parzystymi AABB. Wszystkie klauzule i wszystkie średniówki są żeńskie, zgodnie z naturalnym, paroksytonicznym akcentem polszczyzny. Jest to ta sama miara, którą dziewiętnastowieczna literatura polska uczyniła wierszem opowiadania: płynna, pojemna, bliska żywej mowy, a zarazem na tyle regularna, że każdy wers pozostaje słyszalną cząstką konstrukcji.
Kompozycja jest szkatułkowa. Ramę tworzy jedna noc podróżnego w przydrożnej karczmie: przybycie w słocie, wieczerza, rozmowa, nocleg i poranny wyjazd. Wewnątrz ramy toczy się historia opowiadana na dwa głosy. Kowal Ambroży jest świadkiem zdarzeń z czasów własnej młodości; karczmarz Szymon wtrąca uwagi, poprawki i pamięć rodzinną. Nad oboma stoi narrator-podróżny, który słucha, zapamiętuje, a w zakończeniu sam staje się częścią miejscowego podania. Całość zamyka się pierścieniowo: utwór zaczyna się od konia, który zgubił podkowę, a kończy dzwonieniem podków.
2. Syrokomla: swojskość i gawęda
Głównym wzorcem poetyckim jest Władysław Syrokomla, lirnik wioskowy, mistrz gawędy i poeta swojskości. Z jego poetyki utwór przejmuje przede wszystkim postawę opowiadającego: życzliwą, przenikliwą i wolną od wyższości. Podróżny nie ogląda okolicy jak turysta szukający malowniczych ruin. Słucha ludzi, którzy znają każdą miedzę, każdą skrzynię i każdy proces, i nie uważa się za mądrzejszego od nich.
Swojskość buduje się tu przedmiotem, nie deklaracją. Kot ruszający jednym uchem na piecu, zapach dymu, chleba i kożucha, pożółkły papier oprawiony przy świętym Mikołaju, ojcowski miech w kuźni, rydel i trzy kołki, okiennica stukająca w nocy, krupnik dolany bez pytania — żaden z tych szczegółów nie jest dekoracją. Każdy działa w fabule albo charakteryzuje człowieka, który go używa.
Syrokomliański jest również humor. Wyrasta z charakterów, a nie z komentarza narratora. Szlachcic wywodzi ród od Lecha, ale jego siwek chodzi boso, bo kowalowi płaci „kiedy wzejdzie proso”. Pisarz sądowy pisze prośby tak piękne, że szkoda je czytać, lecz zanim wyda szeląga, biegnie zapytać żony. Dwaj sąsiedzi tej samej nocy, każdy na własną rękę, idą przesuwać granicę i zderzają się w ciemności z kołkami w garściach. Ironia pozostaje łagodna i nigdy nie odbiera bohaterom godności: ten sam kulawy wiarus, który przed chwilą oszukiwał, bez wahania skacze w wezbraną rzekę po wroga.
Syrokomli zawdzięcza utwór także obraz szlachty zaściankowej. Herb, sąd, supliki i wywody o pradziadach pokazano jako mieszaninę dumy, ubóstwa i uporu. Herb nie poświadcza tu szlachetności — szlachetność objawia się w czynie, a herb pozostaje znakiem pamięci rodzinnej i drobnej próżności. Nie idealizuje się też wspólnoty: ludzie bywają skąpi, uparci i omylni, a ich pamięć potrafi przekręcić przeszłość.
3. Odcień mickiewiczowski: ballada w półcieniu
Element balladowy jest świadomie przyciszony i podporządkowany gawędzie. Pojawia się dopiero wtedy, gdy miejscowa historia sama otwiera się na podanie: w opowieści o dwóch kosach, które w deszczowe noce słychać od strony łąki, „to bliżej, to znów dalej, a zawsze na zmianę”. Ambroży zastrzega, że „kuje, a nie wróży”, a Szymon, ziewając, tłumaczy wszystko stukiem okiennicy. Jest to znany z romantycznej ballady spór wiary i rozsądku, przeniesiony jednak do karczmy i rozegrany półżartem.
Utwór nie rozstrzyga, kto ma rację. Nad ranem coś dzwoni, ale podróżny nie wie, czy to kosa, czy kowal wstający do pracy. Krzyż na miedzy stoi po pas we mgle. Ostatnia strofa przenosi zjawisko w pamięć narratora: ilekroć zatrzyma się w drodze, dzwonią mu „gdzieś” podkowy, jak tamte kosy. Słowo „gdzieś” i paradoks podków słyszalnych właśnie w bezruchu przesuwają legendę z łąki do wspomnienia i sumienia. Po mickiewiczowsku prawdy uczucia nie podważa się tu chłodnym rozumowaniem; po syrokomliańsku nikt nie robi z niej objawienia.
Mickiewiczowska jest wreszcie sama materia sporu. Proces o skrawek ziemi, honor rodu i pamięć dawnych zdarzeń należą do tradycji szlacheckiego eposu, w którym zatarg sąsiedzki urasta do sprawy dziedzictwa. Tu jednak tradycję tę rozwiązano inaczej: zamiast zajazdu następuje ratunek z wody, a zamiast wyroku — złożenie dwóch kawałków papieru.
4. Sens utworu: dwie połowy
Tytułowe dwie połowy pracują na kilku poziomach jednocześnie. Są dwiema częściami rozciętego dokumentu, dwoma rodami, dwoma herbami — podkową i strzałami — dwiema kosami w nocnym podaniu i dwiema wersjami pamięci. Każda połowa czytana osobno daje tylko pół prawdy: „Zostaje przy Żołtowskich” albo „...i przy Bujwidach”. Dopiero przyłożenie ich do siebie odsłania pełny tekst: łąka była wspólna od początku.
Najważniejsze jest to, że prawdy nie ustala sąd. Przez dwadzieścia lat urzędy przyjmują gęsi, miód i supliki, liczą dochody i nie ruszają sprawy z miejsca. Nawet po pojednaniu przez trzy lata przysyłają wezwania o „należną zapłatę”. Prawdę odsłania czyn — ratunek z wody — oraz ręka chłopca z kuźni, nawykłego do przymierzania podków. Wiedza rzemieślnika okazuje się skuteczniejsza niż wywody genealogiczne i pisma kancelaryjne.
Utwór pokazuje też, jak pamięć wspólnoty zniekształca przeszłość. Ludzie powtarzali, że dziadowie przecięli pismo w gniewie. Złożony dokument dowodzi, że cięli je z radości, przy pucharze. Plotka o sporze przetrwała całe pokolenia, a prawda o zgodzie leżała w dwóch skrzyniach.
Pojednanie nie jest sielanką. Sąsiedzi nadal kłócą się o niebo, o post i o cesarza; tylko łąkę koszą razem, bez gadania. Właśnie to czyni zakończenie wiarygodnym. Ludzkie wady okazują się trwałe, ale życzliwość, uczciwy czyn i pamięć trwają dłużej niż spór.
5. Wyjątkowość utworu
Przedmiot jako nośnik sensu. Dokument przecięty falistą linią jest zarazem symbolem rozłamu i kluczem do zgody. Nikt nie wygłasza morału — przedmiot mówi sam, a moralna wymowa wynika z opowieści.
Gest „przez stół”. Przy tym samym stole dziadowie przecięli pismo, przy nim podróżny pyta o oprawiony papier i przez niego Bujwid podaje swoją połowę. Jeden mebel łączy trzy czasy opowieści.
Pojedynek wspaniałomyślności. Bujwid oddaje łąkę słowami „zostaje przy panu”, mimowolnie powtarzając formułę dokumentu: »Zostaje przy Żołtowskich«. Żołtowski krzyczy „Stój!” i wyjmuje papier przetarty na zgięciach, bo nosił go przy sobie od tamtej nocy i chciał oddać pierwszy. Nawet szlachetność zachowuje tu charakter sąsiedzkiej rywalizacji.
Pierścień dźwięku. Podkowa zgubiona w pierwszej strofie, koń podkuty o świcie, podkowa w herbie i finałowe dzwonienie podków jak kos tworzą jedną linię motywiczną, która spina ramę z opowieścią wewnętrzną.
Wielogłosowość. Podróżny, kowal i karczmarz mówią każdy po swojemu: pierwszy z wątpliwością, drugi z rzemieślniczą rzeczowością, trzeci z karczmarską rachunkowością, która każdą rzecz „na grosze przełoży”.
Utwór nie naśladuje żadnego konkretnego wiersza Syrokomli ani Mickiewicza i nie powtarza ich postaci, scen ani rymów. Korzysta z ich tradycji jak z żywego języka: gawęda daje mu ciepło i ironię, ballada — cień tajemnicy, a własna fabuła — sens.
ДВЕ ПОЛОВИНЫ
Белорусский и русский переводы с польского
Даниил Лазько
О стихотворении«Две половины» (польск. «Dwie połowy», подзаголовок «gawęda z noclegu» — «гавенда с ночлега») — оригинальное стихотворение Даниила Лазько, написанное по-польски в жанре шляхетской гавенды, то есть устного стихотворного рассказа, который в польской литературе XIX века довёл до совершенства Владислав Сырокомля. Главный ориентир — сырокомлевская поэтика «своего» мира: доброжелательный, но зоркий рассказчик, бытовая предметность, мягкая ирония над шляхетской гордостью. Вспомогательный и сознательно приглушённый пласт — мицкевичевская баллада: местное предание, которое рассказчик не подтверждает и не опровергает.
Форма оригинала — 35 четверостиший, 140 стихов польского тринадцатисложника со стабильной цезурой после седьмого слога (7+6), со смежной рифмовкой и сплошными женскими клаузулами и цезурами.
Сюжет. Осенней ночью путник, застигнутый ливнем на старой дороге в литовско-белорусском крае, останавливается в корчме. На стене у образа святого Николая висит пожелтевший лист, склеенный из двух половин с извилистым разрезом посередине. Кузнец Амброжий и корчмарь Шимон рассказывают его историю. Двадцать лет двое обедневших шляхтичей — хромой улан-ветеран Казимир Жолтовский и судейский писарь Винцентий Буйвид — судились за никчёмный болотистый луг над речкой Волчей, и у каждого рода хранилась своя половина старинного документа. Однажды в половодье оба тайком отправились ночью передвигать межу и столкнулись в темноте; Буйвид сорвался в реку, и Жолтовский вытащил его. Оправившись после трёхнедельной болезни, Буйвид пришёл в корчму отдать луг Жолтовскому, но тот, оказалось, давно носил при себе свою половину, чтобы отдать её первым. Когда мальчик из кузни сложил обе половины, выяснилось, что деды разрезали документ не во вражде, а в дружбе: луг с самого начала был общим.
Смысл. Правда открывается не в суде, который двадцать лет лишь собирает подношения и пошлины, а в поступке и в простом ремесленном навыке. Общинная память способна исказить прошлое: молва о вражде пережила поколения, тогда как свидетельство дружбы лежало в двух сундуках. Примирение не отменяет человеческих слабостей — соседи продолжают спорить о небе, посте и императоре, — но доброта и честный поступок оказываются долговечнее спора. Сквозные предметные мотивы (разрезанный лист, подкова, две косы, стол, крест на меже) несут смысл без морализаторских пояснений, а финал оставляет читателя между реальным звуком и легендой.
Оба перевода — белорусский и русский — выполнены автором оригинала.
ДЗВЕ ПАЛОВЫ
гутарка з начлегу
Даниил Лазько
Аўтарскі пераклад з польскай мовы
Ехаў я пад Астроўкам па восеньскай слоце;
конь, што згубіў падкову, грузнуў у балоце;
вецер рваў лісце з вольхі і сыпаў у вочы,
аж з-пад стрэх мне агеньчык зірнуў сярод ночы.
Карчмар выйшаў са свечкай, глянуў на капыта:
— Просім, — кажа, — у хату: там цёпла і сыта.
У хаце пахла дымам, хлебам, кажухамі,
а стары кот з запечка варушыў вушамі.
За сталом, пад абразам, сядзеў каваль сівы,
Амброжы, і паглядваў на мяне, маўклівы;
а Сымон, карчмар худы, падкінуў палена,
мовіў, што конь у стайні хрумсціць ужо сена.
Пад шклом, побач з Міколам, вісеў, пажаўцелы,
ліст з дзвюх палоў, што нехта зноў склеіў у цэлы;
праз сярэдзіну тэксту, як мяжа на полі,
ішоў разрэз хвалісты. Пытаю паволі:
— А што ж то за святыня? Ці дыплом шляхецкі?
Сымон смяецца: — Горай: гэта ліст суседскі.
Праз яго два суседзі, дбаючы пра справу,
гадоў дваццаць насілі мёд, гусей ва ўправу.
А той луг — смеху варта! — чарот ды купіны,
а за яго ў павеце плацілі даніны.
— Ды не пра луг гаворка, — азваўся сурова. —
Сымон жа ўсё на грошы палічыць з паўслова.
Быў я тады падлеткам, дзьмуў у бацькі мехам
і — грэх — з абодвух часта заходзіўся смехам;
дык што бачыў, раскажам, а што не — з чужога,
а памяць, як то памяць, наблытае многа.
Пан Казімір Жалтоўскі гербам меў падкову,
а пра продкаў — ад Леха працяглую мову;
толькі ж сівы ягоны хадзіў у нас босы,
бо пан плаціў за коўку — як лягуць пракосы.
Замалады ва ўланах, ранены ў каленку,
вярнуўся на бядоту ў бацькоўскім засценку.
Кульгаў, ды за харугвай ішоў, бы ў паходзе,
і першы бег з вядзерцам у чужой нягодзе.
Праз мяжу жыў суседам пісар павятовы,
Буйвід, сухі, бы пёрка, і з твару, і з мовы;
пісаў просьбы прыгожа — жаль з імі расстацца,
а перш, чым выдаць грошык, бег жонкі пытацца.
Над Воўчай, паміж імі, ляжаў луг балотны,
дзе бугай над вадою гуў толькі, самотны.
Дзяды — кажуць — у сварцы склалі тут умову
ды з маху ссеклі шабляй яе напалову.
Кожны род палавіну здаўна меў у скрыні,
чытаў яе набожна, як кнігу ў святыні.
»Луг будзе пры Жалтоўскіх« — на адной палове;
на другой — »...і Буйвідах«; кулак — у размове.
Ішлі ў суд у павеце, у Вільню, у Гродна,
а справа, як то справа, цягнулась бясплодна;
Буйвід пісаў прашэнні, а пан — радаводы
пра продкаў ды пра шаблі; суд лічыў даходы.
Штогод у сенакосы ішлі на світанні,
і кожны лез, каб болей урваць у змаганні;
а ў сярэдзіне звонка стукаліся косы,
і стаялі, аж сонца выпіла ім росы.
Сена гніло ў пракосах; каровы й авечкі
з двароў абодвух елі атаву без спрэчкі.
— У нас, — Сымон прымовіў, — пабыўшы ва ўправе
абодва пілі — кожны на асобнай лаве.
Так дваццаць год мінула; іх снег прыцярушыў,
а суд справы ні разу наперад не зрушыў.
Аж раз, якраз як сёння, зарадзілі слоты:
дождж ліў тыдзень, і Воўча выйшла пад вароты.
Той ноччу, калі спалі, пан Буйвід, зацяты,
узяў рыдлёўку, кольле і выйшаў з-пад хаты,
каб мяжу перанесці, пакуль стаяць воды,
бо — так сабе разлічваў — ні ў чым перашкоды.
А па той бок, брыдучы па калена ў рове,
кульгаў пан наш Жалтоўскі — і з колам, панове!
І там, дзе ў сенакосы касілі лагчыну,
сутыкнуліся ў цемры, у адну хвіліну.
Закрычалі абодва — пазналі па тону,
і Буйвід ступіў задам — і з'ехаў з адхону,
ды рухнуў у плынь з пенай, і ўжо захлынаўся;
а той, з кім ён гадамі па судах цягаўся,
жаўнер стары, кульгавы, сігануў у хвалю,
ухапіў — ці за вусы, ці за чуб — без жалю,
трымаючы вярбіну, вынес на атаву —
на тую ж, за якую вялі сваю справу.
А калі ўжо стаялі, ляскалі зубамі,
кожны, з колам схаваным цішком за плячамі,
маўчалі: бо што скажаш, як іх у балоце
накрыла ноч — і хваля — пры адной рабоце.
— Бацька мой, — Сымон мовіў, — пасадзіў іх разам
каля печы, на лаве, пад адным абразам.
Даў грэтага ім піва, і то — дарма! — збанам;
ат, бацька мой — занадта мяккі, каб быць панам.
— А Буйвід, — вёў Амброжы, — тры тыдзенькі хворы
праляжаў — і ўстаў потым з крыхою пакоры.
Прыйшоў сюды ў нядзелю да старога пана
і загаварыў ціха, як на імшы зрана:
— За жыццё, пане браце, луг будзе пры пану. —
І праз стол палавіну дае без падману.
— Стой! — крычыць пан Жалтоўскі, увесь счырванелы,
з-за пазухі выймае свой ліст пажаўцелы.
Ад той ночы на згібах ліст сцёрся — не жарты:
пан аддаць яго першым хацеў, — ат, упарты!
А я, смаркач, што з бацькам прымяраў падковы,
прыклаў бокам да боку абедзве паловы,
і ўвайшла хваля ў хвалю без адной шчыліны,
і толькі трэск у грубцы ад мокрай асіны.
Буйвід чытаў паволі, важка, па-сваёму,
і выйшла, што луг гэты — аднаму й другому:
»касіць яго супольна, сена — на дзве копы,
згоду запіваць чаркай, пакуль нясуць стопы«.
І нехта ў кутку пырснуў, за ім — хлопцы з лавы,
аж урэшце, праз слёзы, смяяўся й кульгавы;
бо дзяды іх, як бачна, не ў гневе, не ў сварцы —
з радасці, па-сяброўску, рэзалі пры чарцы.
Увесну пад вярбою паўстаў крыж з дубіны,
неабчэсаны, цвёрды, як дзве іх радзіны;
тут падкова, там стрэлы; абодва ўкапалі,
і кожны свой герб рэзаў нажом з адной сталі.
А ці жылі ўжо ў згодзе? Эй, дзе там, мой пане!
Спрачаліся пра неба, пра пост, пра казанне,
і пра цэсара нават — ці ўцячэ з выгнання, —
а луг ужо касілі разам, без пытання;
а суды, як вядома, тры гады зацята
слалі абодвум пісьмы: »Належная плата«.
Плацілі напалову, без спрэчкі — во дзіва! —
а карчмар, па звычаю, ліў на згоду піва.
Памерлі ўдвух зімою; магілы ў суседстве,
у кожнай — герб свой родны, як трэба ў шляхецтве.
А людзі кажуць — я там кую, не вяшчую, —
што ўночы ў навальніцу ці ў слоту сырую,
чуваць ад боку луга: клепле хтось нанова
дзве касы — бліжэй, далей, і заўжды чаргова.
— То аканіца, — мовіў Сымон, пазяхнуўшы,
і даліў мне крупніку, нават не зірнуўшы.
Лёг я на тую лаву, дзе яны сядзелі,
і, перш чым заснуў, доўга слухаў, ці звінелі.
Нешта дзынкала ўранні, як слота сціхала, —
ці то каса, ці, можа, кавадла зайграла, —
не ведаю; як выйшаў — конь быў падкаваны,
а крыж той аж па грудзі спавілі туманы.
Мінаючы, зняў шапку: крыж стаяў, счарнелы,
і на ім — ледзь прыкметна — падкова ды стрэлы;
і сёння, як спынюся ў дарозе, без слова,
дзвоняць мне дзесь падковы, як косы, — чаргова.
Туапсэ, 22 кастрычніка 2026 г.
DZVIE PAŁOVY
hutarka z načlehu
Daniił Łaźko
Aŭtarski pierakład z polskaj movy · łacinka
Jechaŭ ja pad Astroŭkam pa vosieńskaj słocie;
koń, što zhubiŭ padkovu, hruznuŭ u bałocie;
viecier rvaŭ liscie z volchi i sypaŭ u vočy,
až z-pad strech mnie ahieńčyk zirnuŭ siarod nočy.
Karčmar vyjšaŭ sa sviečkaj, hlanuŭ na kapyta:
— Prosim, — kaža, — u chatu: tam ciopła i syta.
U chacie pachła dymam, chlebam, kažuchami,
a stary kot z zapiečka varušyŭ vušami.
Za stałom, pad abrazam, siadzieŭ kaval sivy,
Ambrožy, i pahladvaŭ na mianie, maŭklivy;
a Symon, karčmar chudy, padkinuŭ palena,
moviŭ, što koń u stajni chrumscić užo siena.
Pad škłom, pobač z Mikołam, visieŭ, pažaŭcieły,
list z dzviuch pałoŭ, što niechta znoŭ sklejiŭ u ceły;
praz siaredzinu tekstu, jak miaža na poli,
išoŭ razrez chvalisty. Pytaju pavoli:
— A što ž to za sviatynia? Ci dypłom šlachiecki?
Symon smiajecca: — Horaj: heta list susiedski.
Praz jaho dva susiedzi, dbajučy pra spravu,
hadoŭ dvaccać nasili miod, husiej va ŭpravu.
A toj łuh — smiechu varta! — čarot dy kupiny,
a za jaho ŭ paviecie płacili daniny.
— Dy nie pra łuh havorka, — azvaŭsia surova. —
Symon ža ŭsio na hrošy paličyć z paŭsłova.
Byŭ ja tady padletkam, dźmuŭ u baćki miecham
i — hrech — z abodvuch časta zachodziŭsia smiecham;
dyk što bačyŭ, raskažam, a što nie — z čužoha,
a pamiać, jak to pamiać, nabłytaje mnoha.
Pan Kazimir Žałtoŭski hierbam mieŭ padkovu,
a pra prodkaŭ — ad Lecha praciahłuju movu;
tolki ž sivy jahony chadziŭ u nas bosy,
bo pan płaciŭ za koŭku — jak lahuć prakosy.
Zamałady va ŭłanach, ranieny ŭ kalenku,
viarnuŭsia na biadotu ŭ baćkoŭskim zascienku.
Kulhaŭ, dy za charuhvaj išoŭ, by ŭ pachodzie,
i pieršy bieh z viadziercam u čužoj niahodzie.
Praz miažu žyŭ susiedam pisar paviatovy,
Bujvid, suchi, by piorka, i z tvaru, i z movy;
pisaŭ prośby pryhoža — žal z imi rasstacca,
a pierš, čym vydać hrošyk, bieh žonki pytacca.
Nad Voŭčaj, pamiž imi, lažaŭ łuh bałotny,
dzie buhaj nad vadoju huŭ tolki, samotny.
Dziady — kažuć — u svarcy skłali tut umovu
dy z machu ssiekli šablaj jaje napałovu.
Kožny rod pałavinu zdaŭna mieŭ u skryni,
čytaŭ jaje nabožna, jak knihu ŭ sviatyni.
»Łuh budzie pry Žałtoŭskich« — na adnoj pałovie;
na druhoj — »...i Bujvidach«; kułak — u razmovie.
Išli ŭ sud u paviecie, u Vilniu, u Hrodna,
a sprava, jak to sprava, ciahnułaś biaspłodna;
Bujvid pisaŭ prašenni, a pan — radavody
pra prodkaŭ dy pra šabli; sud ličyŭ dachody.
Štohod u sienakosy išli na svitanni,
i kožny lez, kab bolej urvać u zmahanni;
a ŭ siaredzinie zvonka stukalisia kosy,
i stajali, až sonca vypiła im rosy.
Siena hniło ŭ prakosach; karovy j aviečki
z dvaroŭ abodvuch jeli atavu biez sprečki.
— U nas, — Symon prymoviŭ, — pabyŭšy va ŭpravie
abodva pili — kožny na asobnaj łavie.
Tak dvaccać hod minuła; ich snieh pryciarušyŭ,
a sud spravy ni razu napierad nie zrušyŭ.
Až raz, jakraz jak sionnia, zaradzili słoty:
doždž liŭ tydzień, i Voŭča vyjšła pad varoty.
Toj nočču, kali spali, pan Bujvid, zaciaty,
uziaŭ rydloŭku, kolle i vyjšaŭ z-pad chaty,
kab miažu pieraniesci, pakul stajać vody,
bo — tak sabie različvaŭ — ni ŭ čym pieraškody.
A pa toj bok, brydučy pa kalena ŭ rovie,
kulhaŭ pan naš Žałtoŭski — i z kołam, panovie!
I tam, dzie ŭ sienakosy kasili łahčynu,
sutyknulisia ŭ ciemry, u adnu chvilinu.
Zakryčali abodva — paznali pa tonu,
i Bujvid stupiŭ zadam — i zjechaŭ z adchonu,
dy ruchnuŭ u płyń z pienaj, i ŭžo zachłynaŭsia;
a toj, z kim jon hadami pa sudach ciahaŭsia,
žaŭnier stary, kulhavy, sihanuŭ u chvalu,
uchapiŭ — ci za vusy, ci za čub — biez žalu,
trymajučy viarbinu, vynies na atavu —
na tuju ž, za jakuju viali svaju spravu.
A kali ŭžo stajali, laskali zubami,
kožny, z kołam schavanym ciškom za plačami,
maŭčali: bo što skažaš, jak ich u bałocie
nakryła noč — i chvala — pry adnoj rabocie.
— Baćka moj, — Symon moviŭ, — pasadziŭ ich razam
kala piečy, na łavie, pad adnym abrazam.
Daŭ hretaha im piva, i to — darma! — zbanam;
at, baćka moj — zanadta miakki, kab być panam.
— A Bujvid, — vioŭ Ambrožy, — try tydzieńki chvory
pralažaŭ — i ŭstaŭ potym z krychoju pakory.
Pryjšoŭ siudy ŭ niadzielu da staroha pana
i zahavaryŭ cicha, jak na imšy zrana:
— Za žyccio, panie bracie, łuh budzie pry panu. —
I praz stoł pałavinu daje biez padmanu.
— Stoj! — kryčyć pan Žałtoŭski, uvieś sčyrvanieły,
z-za pazuchi vyjmaje svoj list pažaŭcieły.
Ad toj nočy na zhibach list sciorsia — nie žarty:
pan addać jaho pieršym chacieŭ, — at, uparty!
A ja, smarkač, što z baćkam prymiaraŭ padkovy,
prykłaŭ bokam da boku abiedzvie pałovy,
i ŭvajšła chvala ŭ chvalu biez adnoj ščyliny,
i tolki tresk u hrubcy ad mokraj asiny.
Bujvid čytaŭ pavoli, važka, pa-svajomu,
i vyjšła, što łuh hety — adnamu j druhomu:
»kasić jaho supolna, siena — na dzvie kopy,
zhodu zapivać čarkaj, pakul niasuć stopy«.
I niechta ŭ kutku pyrsnuŭ, za im — chłopcy z łavy,
až urešcie, praz slozy, smiajaŭsia j kulhavy;
bo dziady ich, jak bačna, nie ŭ hnievie, nie ŭ svarcy —
z radasci, pa-siabroŭsku, rezali pry čarcy.
Uviesnu pad viarboju paŭstaŭ kryž z dubiny,
nieabčesany, cviordy, jak dzvie ich radziny;
tut padkova, tam streły; abodva ŭkapali,
i kožny svoj hierb rezaŭ nažom z adnoj stali.
A ci žyli ŭžo ŭ zhodzie? Ej, dzie tam, moj panie!
Spračalisia pra nieba, pra post, pra kazannie,
i pra cesara navat — ci ŭciače z vyhnannia, —
a łuh užo kasili razam, biez pytannia;
a sudy, jak viadoma, try hady zaciata
słali abodvum piśmy: »Naležnaja płata«.
Płacili napałovu, biez sprečki — vo dziva! —
a karčmar, pa zvyčaju, liŭ na zhodu piva.
Pamierli ŭdvuch zimoju; mahiły ŭ susiedstvie,
u kožnaj — hierb svoj rodny, jak treba ŭ šlachiectvie.
A ludzi kažuć — ja tam kuju, nie viaščuju, —
što ŭnočy ŭ navalnicu ci ŭ słotu syruju,
čuvać ad boku łuha: kleple chtoś nanova
dzvie kasy — bližej, dalej, i zaŭždy čarhova.
— To akanica, — moviŭ Symon, paziachnuŭšy,
i daliŭ mnie krupniku, navat nie zirnuŭšy.
Loh ja na tuju łavu, dzie jany siadzieli,
i, pierš čym zasnuŭ, doŭha słuchaŭ, ci zvinieli.
Niešta dzynkała ŭranni, jak słota scichała, —
ci to kasa, ci, moža, kavadła zajhrała, —
nie viedaju; jak vyjšaŭ — koń byŭ padkavany,
a kryž toj až pa hrudzi spavili tumany.
Minajučy, zniaŭ šapku: kryž stajaŭ, sčarnieły,
i na im — ledź prykmietna — padkova dy streły;
i sionnia, jak spyniusia ŭ darozie, biez słova,
dzvoniać mnie dzieś padkovy, jak kosy, — čarhova.
Tuapse, 22 kastryčnika 2026 h.
ДВЕ ПОЛОВИНЫ
гавенда с ночлега
Даниил Лазько
Авторский перевод с польского
То было в октябре, под Островком, в лощине;
мой конь подкову сбил и вяз по брюхо в глине;
а ветер рвал листву с ольхи и сыпал в гриву,
пока окошко мне не замигало криво.
Корчмарь, неся фонарь, взглянул на то копыто
и молвил: — Просим в дом, на стол уже накрыто.
В избе был дух дымка, и хлеба, и овчины,
а кот с печи повёл ушком — не без причины.
Кузнец седой сидел в углу, под образами,
и на меня глядел пытливыми глазами;
а Шимон, худ и сух, подкинул в печь полено,
сказав, что конь в тепле и хрупает уж сено.
Висел у образов листок, дымком овеян,
пожухлый, словно воск, из двух кусочков склеен;
а посреди письма, межой, как в чистом поле,
разрез — змеёй, витой. Спросил я поневоле:
— Что за святыня тут? Диплом, небось, шляхетский?
А Шимон в смех: — Куда как хуже: лист соседский.
Два пана двадцать лет, о нём судясь на славу,
гусей, и мёд, и сыр носили в суд, в управу.
А луг-то — смех сказать! — осока да болото,
а сколько за него ушло в суды — без счёта!
— Да не о луге речь, — откликнулся Амброжий. —
А Шимону-то грош всех благ земных дороже.
Я был тогда юнцом и дул отцовским мехом,
и, грешен, их двоих встречал невольным смехом;
что сам видал — скажу, а прочее — от люда,
а память — что ж, она порой творит и чудо.
Жолтовский Казимир носил в гербе подкову,
а речь о предках вёл от Леха — к слову, к слову;
да только сивый конь глядел на кузню косо:
за ковку пан платил, как уродится просо.
В уланах послужив, привёз с войны он рану,
а дома — двор пустой да заросли бурьяну.
Хромал, но в крестный ход ступал, как на параде,
и на пожар бежал с ведром — чужого ради.
А Буйвид, писарь, жил с ним рядом, за межою,
сухой — перо пером — и речью, и собою;
прошенья он писал — хоть в рамку да на стену,
а грош отдать — к жене бежал узнать он цену.
Меж ними, у реки, лежала луговина,
где лишь бугай весной гудел — и вся картина.
Их деды — говорят — за луг тот враждовали
и раз клинком вот тут бумагу распластали.
И с той поры в ларях своя у всех частица,
и над ней каждый род, как в храме, мог молиться.
»Жолтовским — луг...« — одна, »...и Буйвидам« — другая;
а дальше — кулаком писали, не читая.
Ходили в суд, в повет, и в Гродно, и до Вильны,
и дело шло, как шло; а судьи — все бессильны;
а Буйвид — тот строчил прошенья, пан — отводы,
ссылаясь на свой герб; а суд считал доходы.
Что год, на сенокос, чуть свет, шли оба в поле,
и каждый норовил урвать покос поболе;
а в середине, где сошлись, — скрестились косы,
и так стояли там, а солнце пило росы.
А сено гнило; скот из-за двух их заборов
в ладу отаву ел, не ведая раздоров.
— С суда придя, — корчмарь сказал, — уже без спору
пивали оба врозь, как бы по уговору.
Так двадцать лет прошло; обоих снег присыпал,
а приговор — и тот ни разу им не выпал.
Но раз, как и сейчас, дождей нагнало много:
неделю лил подряд, а Волча — до порога.
Той ночью, в тишине, пан Буйвид, злой, завзятый,
взял заступ, колья три и вышел, тьмой объятый,
чтоб сдвинуть рубежи в такую непогоду, —
расчёт был прост: в разлив никто не сыщет броду.
А с берега того, по топи, наготове,
хромал пан Казимир — с колом, мои панове!
И там, где каждый год сходились по откосу,
во тьме, в один момент, и сшиблися нос к носу.
Вскричали оба враз, узнав врага; с испугу
тут Буйвид — шаг назад и съехал вниз по лугу,
и рухнул в пену волн, его несло проворно;
а тот, кто с ним в судах тягался так упорно,
старик, хромой солдат, метнулся, стиснув зубы,
схватил за воротник — иль за полу у шубы, —
за иву ухватясь, втащил он на отаву —
на ту, где столько лет не мог найти управу.
Стояли так они, дрожа, стуча зубами,
и каждый, кол в руке запрятав за плечами,
молчали: что сказать, коль их двоих в болоте
застала ночь — с водой — на общей их работе.
— Отец мой, — тут корчмарь, — их посадил на лаву
в тепле, как двух коней, и угостил на славу:
дал пива, подогрев, — бесплатно! — целым жбаном;
ну, мягок был отец, куда ему быть паном.
— А Буйвид, — тут кузнец, — закутавшись в овчинку,
лежал в жару — и встал смиренней на крупинку.
Пришёл в воскресный день сюда, к нему, к солдату,
и, словно бы молясь, сказал ему, как брату:
— За жизнь мою, пан-брат, Жолтовским — луг отныне. —
И через стол даёт свою часть без гордыни.
— Стой! — Казимир кричит, весь, как бурак, пунцовый,
и вынимает свой листок, давно готовый.
С той ночи лист носил — на сгибах весь истёртый:
он первым отдавать хотел — вот уж упёртый!
А я, малец, что сам подковы мерил ловко,
сложил их край о край, — кузнечная сноровка! —
и вот волна в волну вошла — и без щербины,
и лишь в печи трещал огонь сырой осины.
А Буйвид, не спеша, читал по-деловому,
и вышло, что тот луг — тому, а и другому:
»косить его вдвоём, делить стога, налоги,
мир запивать в корчме, покуда держат ноги«.
Тут в уголке смешок, а там — и люд лукавый,
и, утерев слезу, смеялся сам наш бравый;
ведь деды — как видать — не в гневе, не в раздоре
рубили, а в пиру, в весёлом разговоре.
Весной под ивой той поднялся крест дубовый,
шершав, нетёсан, твёрд — как две семьи, суровый;
вкопали у межи, как надо, честь по чести,
и врезали гербы — подкову, стрелы — вместе.
А жили ли в ладу? Эх, где уж там, мой пане!
Вели о небе спор, о Пасхе, о Писанье,
о цесаре — что, жив? вернётся ли с изгнанья? —
а луг уже вдвоём косили без роптанья;
а суд — легко понять — ещё три года свято
слал им обоим лист: »Положенная плата«.
Платили пополам, без спору — вот уж диво! —
а сам корчмарь опять на мир подлил им пива.
Зимой они ушли; в одной лежат ограде,
и каждый — при гербе, как шляхте, — славы ради.
А говорят — да я кую, не ворожу же, —
что ночью, в ливень, как стоят повсюду лужи,
слыхать: у луга бьют две косы — так степенно,
то ближе, то вдали, и всё попеременно.
— То ставень, — Шимон тут зевнул, — о раму бьётся, —
и в кружку мне долил крупника, как ведётся.
Я лёг на лаву ту, где некогда сидели,
и долго, прежде сна, всё слушал: не звенели?
Звенело на заре, когда дожди стихали, —
коса ли, или то уж молоты ковали, —
не знаю; вышел я — а конь стоял подкован,
по пояс в дымке крест застыл, как заколдован.
Минуя, шапку снял: на дубе почернелом
подкова, стрелы — чуть видны, как будто мелом;
и нынче, лишь в пути застыну я смиренно,
звон кос — подков ли? — мне плывёт попеременно.
Туапсе, 22 октября 2026 г.
О переводеБелорусский перевод
Форма. Сохранён тринадцатисложник 7+6 с женскими цезурой и клаузулой и смежной рифмовкой. Польский силлабический стих естественно переходит в белорусский, где у него есть собственная традиция, связанная в том числе с белорусскими произведениями самого Сырокомли. Подзаголовок «гутарка з начлегу» использует белорусский жанровый эквивалент гавенды. Все 140 стихов проверены на слоговой объём; ударения в цезурных и рифменных позициях выверены отдельно.
Ключевые решения. Формула документа »Луг будзе пры Жалтоўскіх« звучит эхом в реплике Буйвида «луг будзе пры пану»: герой невольно повторяет формулу документа. Молва о том, что деды составили договор «у сварцы» (строфа 11), прямо опровергается словами «не ў гневе, не ў сварцы» (строфа 28). «Пабыўшы ва ўправе» связывает кутежи после судов с подношениями «ва ўправу». Комическая мера смирения передана выражением «з крыхою пакоры». Рефрен «чаргова» замыкает строфы 32 и 35. Фамилия принята с ударением Буйві́д и выведена с цезурных позиций, где ударение могло бы вызвать сомнение; «за мяжою» заменено на «праз мяжу жыў суседам», чтобы исключить прочтение «за границей».
Потери. Кривое окно в первой строфе стало огоньком («агеньчык зірнуў»); взгляд кузнеца, «как будто он что-то уже знал», упрощён до «маўклівы»; кот шевелит обоими ушами, а не одним; из подношений выпал сыр; исчезли имя Винцентий и кунтуш; гусиное перо стало просто «пёркам»; шутка про просо заменена шуткой про прокосы; сосновые дрова стали осиновыми; «ledwie się ostały» передано как «ледзь прыкметна».
Латиница. Транслитерация выполнена по правилам классической белорусской латинки (лацінкі) с сохранением орфографии кириллического текста: ł и l для твёрдого и мягкого л, ś, ź, ć, ń, dź для смягчённых согласных, ŭ для ў, ch, č, š, ž, dž; йотированные гласные передаются как je, ja, ju, jo после гласных, апострофа и в начале слова, как ie, ia, iu, io после согласных и как le, la, lu, lo после л; і после гласного передаётся как ji.
Русский перевод
Форма. Польский тринадцатисложник передан классическим русским эквивалентом — шестистопным ямбом с постоянной мужской цезурой после третьей стопы (6+7) и сплошными женскими клаузулами, поэтому строка, как и в оригинале, насчитывает тринадцать слогов. Рифмовка смежная. Ударения в именах: Ши́мон, Бу́йвид, Амбро́жий.
Ключевые решения. Формула »Жолтовским — луг...« отзывается в словах Буйвида «Жолтовским — луг отныне». Половина документа передаётся «через стол» — тот самый, за которым деды разрезали лист. Смирение Буйвида после болезни прибавилось «на крупинку». Шутка о раздельном питье заострена: «с суда придя… уже без спору / пивали оба врозь, как бы по уговору». В строке «в разлив никто не сыщет броду» слышна пословица «не зная броду, не суйся в воду». Крест в дымке «застыл, как заколдован», а в последней строфе путник говорит о себе: «лишь в пути застыну я». Финальный стих «звон кос — подков ли? — мне плывёт попеременно» сохраняет неуверенность между звуком и легендой и точно повторяет рефрен строфы 32. Перекличка «чужого ради» (строфа 9) и «славы ради» (строфа 31) противопоставляет поступок и шляхетское тщеславие. Слово «управа» звучит дважды: в строфе 5 это учреждение, куда носят подношения, в строфе 20 — справедливость, которой Жолтовский так и не нашёл.
Потери и прибавки. Кривое окно стало «окошком», которое «замигало криво»; святой Николай исчез — лист висит просто «у образов»; сосновые дрова стали осиновыми; исчезли кунтуш и имя Винцентий; общий резец, которым вырезали гербы, заменён словом «вместе»; польские «post» и «kazanie» переданы как «Пасха» и «Писанье»; Шимон доливает крупник «как ведётся» вместо «ни о чём не спрашивая». В договор добавлены «налоги» — прибавка переводчика ради рифмы, сохраняющая, однако, юридический колорит документа. «Jak szlachcie należy» передано иронически: «славы ради».
