Obraz tła Poetica

Wiersze i opowiadania — portal literacki

Czytaj i publikuj wiersze, opowiadania, artykuły i felietony

Wiersze

Łozowicze

daniil-lazko

Daniil Lazko(Łaźko)
Daniil Lazko(Łaźko)
23 września 2026·34 min czytania·2 Odwiedziny

Łozowicze

Gawęda organisty

Daniił Łaźko

I

Nad Niemnem, przy gościńcu, lipy stoją w rzędzie,

a błoto tam po osie — jak było, tak będzie.

Za lipami dwór stary, Łozowicze zwany,

z tynkiem, co mu obłazi płatami ze ściany.

Był dzień październikowy. Przez okiennic szpary

wiatr chodził po pokojach jak gospodarz stary,

a pusty wóz przed gankiem stał z dyszlem w kałuży

i nikt nie wiedział jeszcze, komu on posłuży.

W sieni pachniało drzewem wilgotnym i sianem,

i wrony, jak co roku, darły się nad ranem.

Z kuchni szła woń kapusty, a w salonie, z boku,

stał zegar zatrzymany któregoś tam roku.

A któż to opowiada? Stary organista,

co z łaski dworskiej kuchni w święta też korzysta.

Połowę sam widziałem, resztę — z ust Macieja,

a Maciej się zaklinał, że świadkiem — aleja.

II

Pan Antoni Łozowicz, człowiek już niemłody,

trochę dumny, a trochę staroświeckiej mody,

pół dnia potrafił prawić o herbie i rodzie,

a wieczór płot sam łatał w kapuście, w ogrodzie.

Nad drzwiami herb wyblakły: jakiś krzyż i strzała,

a resztę pamięć pańska już dorysowała.

W salonie, pod zegarem, wisiał portret dziada

i patrzył, jakby ciągle posądzał sąsiada.

Z bratem mieszkała siostra, Konstancja, już wdowa,

i to ona tu była — trzeźwa, bystra głowa.

Wiedziała, ile owies po miasteczkach chodzi

i kto z sąsiadów czekać na dług się nie godzi.

Gdy brat o przodkach zaczął przy obiedzie prawić,

ona — że herbem dachu nie można naprawić.

Wtedy on szedł do okna, obrażony srodze,

i patrzył, jak wiatr wrony przegania po drodze.

W oficynie, za stajnią, żył ekonom Maciej,

co w opowieściach własnych rósł coraz bogaciej.

Znał każdą gruszę w sadzie, każdy kamień w miedzy,

lecz daty mieszał, twierdząc, że z nadmiaru wiedzy.

Według Macieja pradziad z portretu w salonie

i walczył pod Chocimiem, przy Napoleonie,

a gdy ktoś wypominał wiek, co był pomiędzy,

mówił, że kalendarze kłamią dla pieniędzy.

A Zosia, fornalówna, po ojcu sierota,

wyrosła u nich cicho, bez szumu i złota.

Po herbach się nie znała, za to koń jej słuchał

i szedł za nią przez błoto, choć wiatr w polu dmuchał.

Czytała, co na strychu po zmarłych zostało,

a tego, choć zbutwiałe, było tam niemało,

i chciała, rzecz to rzadka, być nauczycielką,

co pan Antoni nazwał fanaberią wielką.

III

Aż jednego wieczoru, gdy deszcz bił po dachu,

Maciej przyniósł list z miasta, zbielały ze strachu:

że za dług, co od ojca rósł jak mech na płocie,

dwór cały pójdzie w sprzedaż w najbliższej sobocie.

Pan Antoni przeczytał raz, drugi i trzeci,

a potem długo patrzył, jak knot w lampie świeci,

i rzekł: «Dopóki żyję, dom zostanie w rodzie»,

a siostra, nic nie mówiąc, pisała w rozchodzie.

Maciej zaś od wieczora do samego rana

powtarzał wciąż w czeladni, grzejąc swe kolana:

«Łozowiczów ze dworu nikt nam nie wyrzuci!» —

choć w nocy, przy liczydle, sam się cicho smuci.

Karczmarz, jak zawsze pierwszy do wszystkich nowinek,

twierdził, że wszystkim długom winien jest sam rynek;

znał kwotę i nazwisko, i dzień, i rejenta,

i co dzień co innego — bo lepiej pamięta.

Zaczęli też sąsiedzi zaglądać przez płoty:

ten o sad pytał, niby bez wielkiej ochoty,

tamten o las za rzeką, trzeci — o stodołę,

a kowal pytał tylko o Zosię i szkołę.

Przyjechał też i proboszcz, przemoknięty cały,

wysłuchał o pradziadach — co do jednej chwały —

a potem rzekł: «A dachy? W kaplicy mi cieknie.

A herb... no tak, herb pięknie, panie drogi, pięknie».

IV

Wieczorem, przy kolacji, rzekła siostra: «Bracie,

mur nie zmarznie. A ludzie zmarzną w lichej chacie.

Kto starego Macieja przyjmie — herb czy mury?

Kto Zosię wyśle w szkołę — portret czy te dziury?»

A on: «Ty wszystko, siostro, liczysz jak przekupka!

Dla ciebie Łozowicze — ot, większa chałupka.

Tu każdy gwóźdź pamięta! Tu dziad lipy sadził,

i stąd nas, Łozowiczów, nikt nie wyprowadził!»

Trzasnął drzwiami — aż dziadek zadrżał na portrecie —

i w nocy płot naprawiał, bo płot to płot, przecie.

Maciej świecił latarnią i gadał o bitwie:

raz ją kładł pod Chocimiem, raz gdzieś tu, na Litwie.

Konstancja zaś tej nocy, jak mówiono potem,

szła z łojówką w ciemności obok brata z młotem

i w kaplicy, gdzie kapie, klęczała w półmroku,

prosząc: «Daj bratu rozum, Zosię miej na oku».

V

W sobotę, zanim rejent miał zajechać z miasta

(na zegarze, jak dawniej, wciąż stała dwunasta),

Antoni posłał Zosię na strych, po papiery:

«Niech wie, z kim gada, rejent, i niech zna maniery!»

Na strychu kurz, gołębie, szabla zardzewiała,

belka po dawnym ogniu — czarna, choć przetrwała —

i skrzynie po umarłych w szarej pajęczynie,

a jedna, całkiem mała, stała przy kominie.

Zosia ją otworzyła. Złota w niej nie było,

ni srebra, ni pieczęci — ot, to, co przeżyło:

zeszyt rachunków, listy i pożółkłe kwity,

i jeden list osobno, przez kogoś ukryty.

Był rok gorączki: w chatach, od progów po stogi,

leżały chłopskie dzieci; doktor z Grodna — drogi.

I pan Kazimierz sprzedał łąki tuż nad rzeką,

i zapisał w zeszycie: «Rachunek z apteką».

List pisał kupiec z Mira do babki Ludwiki,

że dług został spłacony — bez trąb, bez muzyki.

Czyj dług? Mojego ojca. Tak, panie. Mojego.

A ojciec mój do śmierci nie wiedział niczego.

W niedzielę zagrał Bogu «Te Deum» na chórze

i dobrze trafił chyba — choć nie całkiem w górze.

Tyle wiem. A co Zosia — czy się przeżegnała,

czy płakała — nie zgadnę: sama tam została.

VI

Zniosła na dół skrzyneczkę, gdy między lipami

rejent brnął bryczką w błocie i koleinami.

Antoni list przeczytał i schował w kieszeni,

i stał, bez słowa, długo pośrodku swej sieni.

Bo on wierzył przez lata, że łąki u rzeki

przepadły za powstanie, a nie dla apteki,

i dumny był z tej straty jak z orderu, z rany —

a tu: doktor i leki, i kwit podpisany.

Rejent wszedł, otrzepując buty z błota w progu.

Siostra dała herbaty i konfitur z głogu.

Antoni zaczął z wolna: «Nasz herb, mój rejencie...» —

i urwał, jak wóz staje w błocie na zakręcie.

Po chwili list z kieszeni wyjął i położył

na stole przy herbacie, jak gdyby się trwożył,

i rzekł siostrze: «Ty czytaj. Na głos. Ja nie umiem.

Ja tego, co tam stoi, jeszcze nie rozumiem».

Czytała. Rejent kaszlał. Maciej zgubił słowa.

Proboszcz — różaniec w palcach i «Zdrowaś» od nowa.

A ja, gdy ojca mego imię przeczytała,

to poczułem, jak czapka mi w garściach zadrżała.

Antoni wstał i podszedł do portretu dziada,

a dziad — czy mi się zdało? — nie śledził sąsiada.

«Myślałem — rzekł — że rody mierzy się morgami,

a mierzy się je, widzę, takimi kwitami».

A potem list mi podał: «Weźcie. To jest wasze.

A to — tu stuknął w zeszyt — to jest nasze, nasze».

Tej nocy z siostrą liczył — pierwszy raz bez kłótni,

choć, jak to przy rachunkach, byli trochę smutni.

VII

Więc poszedł las za rzeką, sad — temu, co gada,

że wcale go nie pragnął; i dług, jak wypada,

spłacono co do grosza; a pola — na lata —

tym, którzy je orali: za pracę zapłata.

Zostały: dom, kaplica, ogródek przy ścianie,

i nowy dach kaplicy — to pierwsze staranie.

Proboszcz, gdy mu przestało na ornat już kapać,

rzekł, że o herbie może słuchać — i nie chrapać.

A Zosia pojechała uczyć się do Wilna

z koszykiem i książkami, zaczytana, pilna.

Na drogę jej dołożył każdy coś, po trochu:

Konstancja z oszczędności, Maciej — worek grochu.

U krzyża przy gościńcu żegnała ją ciotka,

a Maciej chlipał w rękaw: «Wiatr... i ta sierotka...»

A wóz, co stał przed gankiem pusty od jesieni,

powiózł ją do kolei w wiosennej zieleni.

A ja swój dług spłaciłem, choć nie było komu:

dałem Zosi na książki, i to po kryjomu.

Maciej — już na spoczynku; lecz w karczmie, przy piwie,

co wieczór dwór ocala — sam, i to szczęśliwie.

A pan Antoni? Herbu nie wspominał prawie.

«Nasz dom» — mówił o piecu, o drzwiach i o ławie.

A zegar, co w salonie stał od lat tak wielu,

nakręcił — i szedł potem, choć źle, przyjacielu.

VIII

Minęło lat niemało. Na wzgórzu, przy murze,

gdzie pękł nagrobek dziada, w trawie i w wichurze,

leżą, zgodni nareszcie, Konstancja z Antonim,

i w Zaduszki co roku my jeszcze im dzwonim.

A Maciej — tuż przy ścieżce, w samym ich pobliżu,

i data urodzenia myli się na krzyżu.

Czy to kamieniarz zbłądził, czy Maciej tak kazał —

nie wiem; i jakoś wolę, by nikt nie wymazał.

Zosia wróciła z Wilna i uczy dzieciaki

czytać, pisać i liczyć — owies, wrony, maki.

A gdy o herb pytają, wyblakły nad drzwiami,

powiada: «To po dziadku, co płacił łąkami».

Gdy dzwon zza rzeki woła, a wiatr w lipach chodzi,

to Zosia z lampą w ręku przed furtkę wychodzi

i zamyka ją z wolna — skrzypi furtka stara —

i w jednym oknie świeci, i z ust idzie para.

Tuapse, 23 września 2026 r.


Analiza literacka

„Łozowicze” są gawędą poetycką: opowieścią snutą przez miejscowego narratora, który mówi do słuchacza tak, jak mówi się przy stole albo na ławce przed kościołem. Utwór liczy czterdzieści pięć czterowierszowych strof ułożonych w osiem części. Napisany jest trzynastozgłoskowcem ze średniówką po siódmej sylabie (7+6) i rymem parzystym żeńskim. Ta miara, znana polskiemu czytelnikowi przede wszystkim z „Pana Tadeusza”, nadaje opowieści równy, spokojny oddech i pozwala łączyć obyczajowy szczegół z powagą tematu.

Narratorem jest stary organista z parafii za rzeką. Nie udaje wszechwiedzącego kronikarza: od początku oddziela to, co widział sam, od tego, co zna z ust ekonoma Macieja, a nawet od tego, czego się już nie da ustalić („nie zgadnę”, „czy mi się zdało?”). Granica między pamięcią a legendą jest w utworze stale widoczna i sama staje się jego tematem. W piątej części narrator przestaje być tylko świadkiem. Okazuje się, że cudzy dług, spłacony po cichu przez dawną panią dworu, był długiem jego ojca. Od tej chwili opowieść o Łozowiczach jest także opowieścią o nim samym, a jego późniejszy gest — pieniądze dane Zosi „po kryjomu” — powtarza ten sam bezimienny czyn.

Kompozycję spinają przedmioty, a nie komentarze. Pusty wóz z pierwszej części nie wie, „komu posłuży”, a w siódmej wiezie Zosię do kolei. Zegar, który stanął „któregoś tam roku”, zostaje w końcu nakręcony i idzie, „choć źle”. Płot łatany wieczorami przez Antoniego, wyblakły herb, portret dziada, skrzynka na strychu, kwity, furtka i światło w jednym oknie tworzą sieć motywów. Dzięki nim zmiana, która zachodzi w ludziach, jest widoczna w rzeczach.

Postacie są zarysowane z sympatią, ale bez idealizacji. Pan Antoni pół dnia prawi o herbie, a wieczorem sam naprawia płot. Jego przemiana dokonuje się nie w deklaracji, lecz w słowie „nasz”, które przechodzi z herbu na piec, drzwi i ławę. Konstancja sprowadza rodowe ambicje do ceny owsa, lecz jej rachunek jest formą troski o żywych: modli się o rozum dla brata i opiekę nad Zosią. Maciej jest postacią komiczną i niezmienną. Myli daty w opowieściach, myli je nawet na własnym krzyżu, a w karczmie co wieczór na nowo ratuje dwór. Zosia, sierota po fornalu, nie zna się na herbach, ale czyta książki ze strychu i wraca jako nauczycielka. W niej dom znajduje przyszłość. Karczmarz i proboszcz dopełniają obraz okolicy: pierwszy jest zawsze „dobrze poinformowany”, drugiego bardziej obchodzi dach kaplicy niż genealogia.

Konflikt jest mały w skali historii, ale wielki dla ludzi, których dotyczy. Spór o sprzedaż dworu okazuje się sporem o dwa rodzaje pamięci: legendarną, którą każdy dorysowuje po swojemu, jak pan Antoni dorysował wyblakły herb, i dokumentalną, zapisaną w zeszycie rachunkowym. Przełom przychodzi przez jedną suchą linijkę: „Rachunek z apteką”. Łąki, które Antoni uważał za utracone „za powstanie”, dziad sprzedał, by leczyć chłopskie dzieci. Zdanie o rodach, które mierzy się „takimi kwitami”, a nie morgami, jest jedynym miejscem, gdzie bohater nazywa to, co zrozumiał. Wypowiada je z kwitem w ręku.

Religijność utworu jest zwyczajna i wyrażona czynem: niedzielne „Te Deum” zagrane na chórze, różaniec w palcach proboszcza, świeca w przeciekającej kaplicy, dzwon w Zaduszki. Najważniejszym znakiem wiary jest dobro uczynione bez świadków. Humor wynika z rozpoznania ludzkiej natury i nigdy nie jest wymierzony w biednych ani cierpiących.

Rozwiązanie jest skromne i prawdopodobne. Dwór nie zostaje cudownie ocalony: las i sad idą na sprzedaż, pola dostają ci, którzy je orali, a zostają dom, kaplica i ogródek. Utwór kończy się nie morałem, lecz obrazem: dzwon zza rzeki, wiatr w lipach, skrzypiąca furtka, jedno oświetlone okno i para z ust w chłodnym powietrzu. Dom żyje, dopóki ktoś w nim oddycha i pamięta tych, którzy w nim mieszkali.

O stylu Władysława Syrokomli i o stylizacji

Władysław Syrokomla, właściwie Ludwik Kondratowicz (1823–1862), był poetą ziemi litewsko-białoruskiej i Wilna. Sam nazywał siebie lirnikiem wioskowym, a do literatury przeszedł przede wszystkim jako mistrz gawędy wierszowanej. Jego świat to zaścianki, dworki i wsie nad Niemnem, a jego bohaterowie to drobna szlachta, chłopi, organiści, księża i wędrowni grajkowie. Swojskość oznacza u niego przywiązanie do tego, co bliskie i codzienne: do obyczaju, mowy, krajobrazu i ludzi, których zna się z imienia.

Za najważniejsze cechy tej poetyki można uznać kilka rzeczy. Opowiada narrator-gawędziarz, osadzony w lokalnym świecie, który mówi językiem prostym i naturalnym, z intonacją żywej mowy. Pełno tu konkretu obyczajowego i materialnego. Syrokomla patrzy na bohaterów z ciepłem, a na szlachecką pychę z łagodną ironią, nie przekreślając przy tym ludzi, z których się śmieje. Wrażliwość społeczna każe mu pamiętać o losie prostych ludzi, a przemijanie przyjmuje z pogodą i bez patosu. Moralny sens wynika u niego z historii, a nie z wykładu.

„Łozowicze” nie są naśladowaniem żadnego konkretnego utworu Syrokomli. Nie cytują go, nie parafrazują jego wersów i nie powtarzają jego fabuł. Są utworem oryginalnym, napisanym współcześnie, który przejmuje nie tekst, lecz funkcje tej poetyki: gawędziarza zaznaczającego granicę między pamięcią a legendą, łagodną ironię wobec rodowej dumy, szacunek dla pracy i dla ludzi, którzy ziemię uprawiali, oraz zakończenie obrazem zamiast nauki. Postać organisty jako narratora nawiązuje do świata parafii i muzyki kościelnej, bliskiego lirnikowi wioskowemu.

Wybór miary jest świadomym połączeniem dwóch tradycji. Trzynastozgłoskowiec z rymem parzystym wiąże gawędę z epicką frazą „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza, z którego kręgu wyrastał także Syrokomla. Język utworu pozostaje jednak prosty i swojski: bez sztucznej archaizacji, z pojedynczymi słowami o barwie kresowej, takimi jak „przecie”, „srodze” czy „dzwonim”.

Stylizacja ma swoje granice i warto je nazwać. Jest to spojrzenie współczesnego autora na poetykę sprzed półtora wieku, a nie rekonstrukcja historyczna. Wielka historia, na przykład powstanie, w którym Antoni widział przyczynę utraty łąk, pozostaje w tle, tak jak chciała tego poetyka gawędy. Na pierwszym planie jest mała, lokalna prawda: człowiek jest więcej wart niż majątek, a pamięć o dobru uczynionym bez świadków trwa dłużej niż herb.

Daniił Łaźko. Tuapse, 23 września 2026 r.

Лазовічы

Гавэнда арганіста

Даниил Лазько

Аўтарскі паэтычны пераклад з польскай мовы (кірыліца)

I

Над Нёманам, ля тракту, — ліпы ў два рады,

а гразь па восі — як вядзецца, так заўжды.

А Лазовічы — дом за ліпамі, і сцены

аблезлі, і тынкоўка сыплецца нязменна.

Кастрычнік. Праз шчыліны аканіц у дом

хадзіў, як гаспадар стары, вецер кругом;

пусты вазок стаяў з аглобляй у вадзе,

і хто ведаў, каму ён паслужыць і дзе.

У сенях — вільгаць дрэва, сена дух і пах,

а раніцай вароны крычаць на дахах.

З кухні цягне капустай; у зале, ля сцяны, —

гадзіннік, што спыніўся з даўняе вясны.

Хто кажа? Арганіст стары, што з-за ракі,

каму і ў свята з панскай кухні — пірагі.

Што бачыў сам — то сам; а што чуў — ад Мацея,

а той жа божыўся: вось сведка — ўся алея.

II

Антоні, гаспадар, ужо не малады,

крыху ганарлівы, на старыя лады;

паўдня мог разважаць пра герб і пра свой род,

а ўвечары — сам латаць на гародзе плот.

Над дзвярыма — стары герб: страла, крыж крывы;

а рэшту дадумаў з уласнай галавы.

У зале, пад гадзіннікам, — дзеда партрэт:

глядзіць, нібы чакае ад суседзяў бед.

З ім — удава-сястра, Канстанцыя; яна

была ў доме цвярозай галавой адна.

Ёй ведама, па чым авёс, што ёсць у скрыні,

і хто з пазыкадаўцаў не чакае ныне.

Як брат пра продкаў за абедам разважае,

яна: «А дах гербам ніхто не залатае».

Ён ішоў да акна, пакрыўджаны ўсур'ёз,

і бачыў, як варон па тракце вецер нёс.

За стайняю, у флігелі, — стары Мацей,

што ў апавядах уласных рос багацей.

Ён знаў ігрушы ў садзе, на мяжы — каменне,

а даты ён блытаў — ад лішку, кажа, ўмення.

Прапрадзед, па Мацею, — той, што з партрэта ў зале, —

і Хоцін браў, і з Банапартам — у навале;

а хто казаў, што паміж імі — цэлы век,

той чуў: «За грошы хлусіць каляндар — вось грэх».

А Зося — парабка нябожчыка сірота —

расла ў іх ціхенька, без шоўку і без злота.

У гербах не цяміла, ды з канём — на ты:

ён брыў за ёй па гразі, ў вецер, без вузды.

Чытала прагна ўсё, што было на гарышчы,

што ад памерлых засталося, ў пыле, ў цішы,

марыла — рэдкасць! — стаць настаўніцай у школе,

што пан Антоні зваў капрызам, ды не болей.

III

Аднойчы ўвечары, пад стук дажджу па даху,

Мацей прынёс ліст з места — збялелы ад страху:

за доўг, што рос з бацькоўскіх год, як мох на плоце,

дом пойдзе з торгаў у бліжэйшую суботу.

Антоні прачытаў і раз, і два, і тры,

пасля глядзеў, як кнот гарыць — да той пары,

сказаў: «Пакуль жыву, дом застанецца ў родзе»,

а сястра маўчком пісала нешта ў расходзе.

Мацей жа з вечара і да зары, ў начы,

казаў, грэючыся ў чэлядні ля пячы:

«Лазовічаў з дому ніхто не выганяе!» —

хоць на лічыльніку сам бачыў: не ўтрымае.

Карчмар, што ўсе навіны заўжды ведаў першы,

казаў: у даўгах рынак вінен, як у вершы;

ён ведаў суму, дзень, і хто, і як, і дзе,

і дзень у дзень — інакш: бо памяць усё расце.

Суседзі сталі зазіраць праз нашы платы:

той — пра сад, нібыта нехаця, без ахвоты,

той — пра лес за рэчкай, трэці — пра стадолу,

а каваль жа — толькі пра Зосю і пра школу.

І ксёндз прыехаў таксама, змоклы наскрозь,

пра прадзедаў праслухаў, колькі давялось,

пасля: «А дах? Бо ў капліцы цячэ, мой пане.

А герб... прыгожы, так, прыгожы. Шана, шана».

IV

За вячэрай сястра сказала: «Брат, паслухай:

сцяна не мерзне; людзі ж мерзнуць — целам, духам.

Хто старога Мацея прыме — герб ці сцены?

Хто Зосю вывучыць — партрэт наш той бясцэнны?»

А ён: «Ты ўсё, сястрыца, лічыш, як гандлярка!

Табе і Лазовічы — хлеў, хата ды варка!

Тут памятае цвік! Тут ліпы дзед садзіў,

нас, Лазовічаў, ніхто не выправадзіў!»

Грукнуў дзвярыма — дзед хіснуўся на палатне —

і ноччу тын латаў: тын — тынам, акуратна.

Мацей свяціў і гаварыў пра даўні бой:

то пад Хоцінам ставіў, то — тут, над ракой.

Канстанцыя ж той ноччу, як казалі потым,

са свечкаю ішла міма брата з молатам,

і ў капліцы, дзе капае, стаяла ў змроку,

прасіла: «Брату розум дай, Зосю — на воку».

V

У суботу, як натарыус ехаў з места

(гадзіннік, як заўжды, — апоўдні і ні з месца),

Антоні Зосю — на гарышча, па паперы:

«Хай натарыус знае: мы не без манеры!»

Гарышча: пыл, і галубы, і ржавы меч,

і бэлька, чорная з пажару, быццам печ,

і куфры памерлых у шэрым павуцінні,

а самы малы стаў ля коміна, у цені.

Адкрыла Зося: ні золата, ні пячаці,

ні срэбра — ды тое, што ацалела, ў хаце:

і сшытак рахункаў, лісты, квітанцый стос,

і ліст асобна, схаваны кімсьці ўсур'ёз.

Гарачка ў вёсцы — ад парога да ракі;

ляглі ўсе дзеці; доктар з Гродна — дарагі.

І пан Казімір прадаў лугі ля ракі

і запісаў: «Разлік з аптэкай». Вось радкі.

Купец жа з Міра піша бабулі Людвіцы,

што доўг ужо пагашан — ціха, без музыкі.

Чый доўг? Бацькі майго. Так, пане. Так. Майго.

А ён да скону так і не пачуў таго.

У нядзелю ён зайграў «Te Deum» на хорах —

і, пэўна, трапіў, хоць і не зусім угору.

Тое ведаю. А ці перахрысцілася,

ці плакала — не ўгадаць: адна засталася.

VI

Знесла куфэрак, калі між ліпаў, у гразі,

натарыус грузнуў па восі, як у мазі.

Антоні прачытаў і схаваў у кішэню,

і моўчкі стаяў ён у сенях, нібы ў цені.

Бо верыў ён, што тыя лугі ля ракі

прапалі за паўстанне — не за парашкі,

насіў ён страту, як рубцы і як ордэны, —

а тут: і лекі, доктар, подпіс — і ўсе змены.

Натарыус зайшоў, гразь збіўшы ля парога.

Сястра дала гарбаты — трошку, ды ўбога.

Антоні пачаў паволі: «Наш герб...» — і стаў,

як воз у гразі на звароце — замаўчаў.

Пасля дастаў ён ліст і палажыў на стол

ля шклянкі, нібы ў страху, і глянуў у дол.

«Чытай, сястра, уголас, — мовіў, — не змагу.

Што там напісана — зразумець не магу».

Чытала. Госць пакашліваў. Мацей — без слоў,

а ксёндз — ружанец, «Вітай, Марыя» — ізноў.

А я, калі бацькава імя прачытала,

то шапка ў руках, як струна, задрыжала.

Антоні ўстаў і да партрэта падышоў,

а дзед — ці падалося? — не хмурыў брывоў.

«Я думаў, — мовіў, — род мераюць дзесяцінай,

а мераюць, бачу, квітанцыяй старыннай».

І ліст мне ён аддаў: «Бярыце. Гэта — ваша.

А гэта, — пастукаў у сшытак, — гэта — наша».

Лічылі з ёй — і ўпершыню не сварыліся,

хоць, як пры рахунках, крыху засмуціліся.

VII

Пайшоў за рэчкай лес; а сад — таму, хто кажа,

што сад яму не трэба; доўг — да граша, скажам, —

сплацілі; а палі — на доўгія гады —

тым, хто араў: за працу плата, за біды.

Застаўся дом, капліца, садок ля сцяны,

і дах капліцы — першы клопат, да вясны.

Ксёндз, як на рызу капаць зверху перастала,

сказаў: пра герб слухаць, не храпучы, — прыстала.

А Зося едзе ў Вільню — там ёй і вучыцца, —

з кошыкам, з кніжкамі — старанная дзяўчыца.

У дарогу даў кожны, хто што мог, па крошцы:

Канстанцыя — грошы, Мацей — гароху трошкі.

Ля крыжа пры гасцінцы праводзіла цётка,

Мацей сапеў у рукаў: «Вецер... і сіротка...»

А воз, што з восені стаяў пусты, без справы,

павёз да чыгункі — ўжо зелянелі травы.

А я вярнуў свой доўг, хоць не было каму:

даў Зосі на кніжкі, употай — нікому.

Мацей жа — на спакоі; ды ў карчме, пры піве,

ратуе двор ён кожны вечар — сам, шчасліва.

А пан Антоні? Герб амаль не ўспамінаў.

«Наш дом» — так печ і дзверы, лаўку называў.

Гадзіннік, што стаяў у зале столькі год,

завёў — і хоць хлусіў, ды меў, мой дружа, ход.

VIII

Мінула шмат гадоў. На ўзгорку, ля сцяны,

дзе дзедаў камень трэснуў, — вецер, травы, сны, —

ляжаць — сястра і брат — у згодзе ўжо навек,

і ў Дзяды звонім, як бацька звоніў свой век.

Мацей — ля сцежкі, побач з імі. Ды пастой:

і на крыжы год нараджэння — зноў не той.

Ці камнясек зблытаў, ці так сам загадаў —

не ведаю; і лепш, каб ніхто не сціраў.

А Зося зноў тут: дзетак вучыць яна ўсіх

чытаць, пісаць, лічыць — авёс, варон, арэх.

Спытаюць пра герб над дзвярыма — вось адказ:

«Ад дзеда, што лугамі плаціў у свой час».

Калі за рэчкай звон, а ў ліпах вецер бродзіць,

то Зося, лямпу ўзяўшы, да брамкі выходзіць,

зачыніць паціху — рыпне брамка старая —

і свеціць акно, і пара з вуснаў растае.

Туапсэ, 23 верасня 2026 г.


Łazovičy

Havenda arhanista

Daniił Łaźko

Aŭtarski paetyčny pierakład z polskaj movy (łacinka)

I

Nad Niomanam, la traktu, — lipy ŭ dva rady,

a hraź pa vosi — jak viadziecca, tak zaŭždy.

A Łazovičy — dom za lipami, i scieny

ablezli, i tynkoŭka syplecca niazmienna.

Kastryčnik. Praz ščyliny akanic u dom

chadziŭ, jak haspadar stary, viecier kruhom;

pusty vazok stajaŭ z ahłoblaj u vadzie,

i chto viedaŭ, kamu jon pasłužyć i dzie.

U sieniach — vilhać dreva, siena duch i pach,

a ranicaj varony kryčać na dachach.

Z kuchni ciahnie kapustaj; u zale, la sciany, —

hadzinnik, što spyniŭsia z daŭniaje viasny.

Chto kaža? Arhanist stary, što z-za raki,

kamu i ŭ sviata z panskaj kuchni — pirahi.

Što bačyŭ sam — to sam; a što čuŭ — ad Macieja,

a toj ža božyŭsia: voś sviedka — ŭsia aleja.

II

Antoni, haspadar, užo nie małady,

krychu hanarlivy, na staryja łady;

paŭdnia moh razvažać pra hierb i pra svoj rod,

a ŭviečary — sam łatać na harodzie płot.

Nad dzviaryma — stary hierb: strała, kryž kryvy;

a reštu dadumaŭ z ułasnaj hałavy.

U zale, pad hadzinnikam, — dzieda partret:

hladzić, niby čakaje ad susiedziaŭ bied.

Z im — udava-siastra, Kanstancyja; jana

była ŭ domie cviarozaj hałavoj adna.

Joj viedama, pa čym avios, što josć u skryni,

i chto z pazykadaŭcaŭ nie čakaje nynie.

Jak brat pra prodkaŭ za abiedam razvažaje,

jana: «A dach hierbam nichto nie załataje».

Jon išoŭ da akna, pakryŭdžany ŭsurjoz,

i bačyŭ, jak varon pa trakcie viecier nios.

Za stajniaju, u flihieli, — stary Maciej,

što ŭ apaviadach ułasnych ros bahaciej.

Jon znaŭ ihrušy ŭ sadzie, na miažy — kamiennie,

a daty jon błytaŭ — ad lišku, kaža, ŭmiennia.

Prapradzied, pa Macieju, — toj, što z partreta ŭ zale, —

i Chocin braŭ, i z Banapartam — u navale;

a chto kazaŭ, što pamiž imi — ceły viek,

toj čuŭ: «Za hrošy chłusić kalandar — voś hrech».

A Zosia — parabka niabožčyka sirota —

rasła ŭ ich cichieńka, biez šoŭku i biez złota.

U hierbach nie ciamiła, dy z kaniom — na ty:

jon bryŭ za joj pa hrazi, ŭ viecier, biez vuzdy.

Čytała prahna ŭsio, što było na haryščy,

što ad pamierłych zastałosia, ŭ pyle, ŭ cišy,

maryła — redkasć! — stać nastaŭnicaj u škole,

što pan Antoni zvaŭ kapryzam, dy nie bolej.

III

Adnojčy ŭviečary, pad stuk daždžu pa dachu,

Maciej prynios list z miesta — zbialeły ad strachu:

za doŭh, što ros z baćkoŭskich hod, jak moch na płocie,

dom pojdzie z torhaŭ u bližejšuju subotu.

Antoni pračytaŭ i raz, i dva, i try,

pasla hladzieŭ, jak knot haryć — da toj pary,

skazaŭ: «Pakul žyvu, dom zastaniecca ŭ rodzie»,

a siastra maŭčkom pisała niešta ŭ raschodzie.

Maciej ža z viečara i da zary, ŭ načy,

kazaŭ, hrejučysia ŭ čeladni la piačy:

«Łazovičaŭ z domu nichto nie vyhaniaje!» —

choć na ličylniku sam bačyŭ: nie ŭtrymaje.

Karčmar, što ŭsie naviny zaŭždy viedaŭ pieršy,

kazaŭ: u daŭhach rynak vinien, jak u vieršy;

jon viedaŭ sumu, dzień, i chto, i jak, i dzie,

i dzień u dzień — inakš: bo pamiać usio rascie.

Susiedzi stali zazirać praz našy płaty:

toj — pra sad, nibyta niechacia, biez achvoty,

toj — pra les za rečkaj, treci — pra stadołu,

a kaval ža — tolki pra Zosiu i pra škołu.

I ksiondz pryjechaŭ taksama, zmokły naskroź,

pra pradziedaŭ prasłuchaŭ, kolki daviałoś,

pasla: «A dach? Bo ŭ kaplicy ciače, moj panie.

A hierb... pryhožy, tak, pryhožy. Šana, šana».

IV

Za viačeraj siastra skazała: «Brat, pasłuchaj:

sciana nie mierznie; ludzi ž mierznuć — ciełam, ducham.

Chto staroha Macieja prymie — hierb ci scieny?

Chto Zosiu vyvučyć — partret naš toj biascenny?»

A jon: «Ty ŭsio, siastryca, ličyš, jak handlarka!

Tabie i Łazovičy — chleŭ, chata dy varka!

Tut pamiataje cvik! Tut lipy dzied sadziŭ,

nas, Łazovičaŭ, nichto nie vypravadziŭ!»

Hruknuŭ dzviaryma — dzied chisnuŭsia na pałatnie —

i nočču tyn łataŭ: tyn — tynam, akuratna.

Maciej sviaciŭ i havaryŭ pra daŭni boj:

to pad Chocinam staviŭ, to — tut, nad rakoj.

Kanstancyja ž toj nočču, jak kazali potym,

sa sviečkaju išła mima brata z mołatam,

i ŭ kaplicy, dzie kapaje, stajała ŭ zmroku,

prasiła: «Bratu rozum daj, Zosiu — na voku».

V

U subotu, jak nataryus jechaŭ z miesta

(hadzinnik, jak zaŭždy, — apoŭdni i ni z miesca),

Antoni Zosiu — na haryšča, pa papiery:

«Chaj nataryus znaje: my nie biez maniery!»

Haryšča: pył, i hałuby, i ržavy mieč,

i belka, čornaja z pažaru, byccam pieč,

i kufry pamierłych u šerym pavucinni,

a samy mały staŭ la komina, u cieni.

Adkryła Zosia: ni zołata, ni piačaci,

ni srebra — dy toje, što acaleła, ŭ chacie:

i sšytak rachunkaŭ, listy, kvitancyj stos,

i list asobna, schavany kimści ŭsurjoz.

Haračka ŭ vioscy — ad paroha da raki;

lahli ŭsie dzieci; doktar z Hrodna — darahi.

I pan Kazimir pradaŭ łuhi la raki

i zapisaŭ: «Razlik z aptekaj». Voś radki.

Kupiec ža z Mira piša babuli Ludvicy,

što doŭh užo pahašan — cicha, biez muzyki.

Čyj doŭh? Baćki majho. Tak, panie. Tak. Majho.

A jon da skonu tak i nie pačuŭ taho.

U niadzielu jon zajhraŭ «Te Deum» na chorach —

i, peŭna, trapiŭ, choć i nie zusim uhoru.

Toje viedaju. A ci pierachrysciłasia,

ci płakała — nie ŭhadać: adna zastałasia.

VI

Zniesła kuferak, kali miž lipaŭ, u hrazi,

nataryus hruznuŭ pa vosi, jak u mazi.

Antoni pračytaŭ i schavaŭ u kišeniu,

i moŭčki stajaŭ jon u sieniach, niby ŭ cieni.

Bo vieryŭ jon, što tyja łuhi la raki

prapali za paŭstannie — nie za paraški,

nasiŭ jon stratu, jak rubcy i jak ordeny, —

a tut: i leki, doktar, podpis — i ŭsie zmieny.

Nataryus zajšoŭ, hraź zbiŭšy la paroha.

Siastra dała harbaty — trošku, dy ŭboha.

Antoni pačaŭ pavoli: «Naš hierb...» — i staŭ,

jak voz u hrazi na zvarocie — zamaŭčaŭ.

Pasla dastaŭ jon list i pałažyŭ na stoł

la šklanki, niby ŭ strachu, i hlanuŭ u doł.

«Čytaj, siastra, uhołas, — moviŭ, — nie zmahu.

Što tam napisana — zrazumieć nie mahu».

Čytała. Hosć pakašlivaŭ. Maciej — biez słoŭ,

a ksiondz — ružaniec, «Vitaj, Maryja» — iznoŭ.

A ja, kali baćkava imia pračytała,

to šapka ŭ rukach, jak struna, zadryžała.

Antoni ŭstaŭ i da partreta padyšoŭ,

a dzied — ci padałosia? — nie chmuryŭ bryvoŭ.

«Ja dumaŭ, — moviŭ, — rod mierajuć dziesiacinaj,

a mierajuć, baču, kvitancyjaj starynnaj».

I list mnie jon addaŭ: «Biarycie. Heta — vaša.

A heta, — pastukaŭ u sšytak, — heta — naša».

Ličyli z joj — i ŭpieršyniu nie svarylisia,

choć, jak pry rachunkach, krychu zasmucilisia.

VII

Pajšoŭ za rečkaj les; a sad — tamu, chto kaža,

što sad jamu nie treba; doŭh — da hraša, skažam, —

spłacili; a pali — na doŭhija hady —

tym, chto araŭ: za pracu płata, za bidy.

Zastaŭsia dom, kaplica, sadok la sciany,

i dach kaplicy — pieršy kłopat, da viasny.

Ksiondz, jak na ryzu kapać zvierchu pierastała,

skazaŭ: pra hierb słuchać, nie chrapučy, — prystała.

A Zosia jedzie ŭ Vilniu — tam joj i vučycca, —

z košykam, z knižkami — starannaja dziaŭčyca.

U darohu daŭ kožny, chto što moh, pa krošcy:

Kanstancyja — hrošy, Maciej — harochu troški.

La kryža pry hascincy pravodziła ciotka,

Maciej sapieŭ u rukaŭ: «Viecier... i sirotka...»

A voz, što z vosieni stajaŭ pusty, biez spravy,

pavioz da čyhunki — ŭžo zielanieli travy.

A ja viarnuŭ svoj doŭh, choć nie było kamu:

daŭ Zosi na knižki, upotaj — nikomu.

Maciej ža — na spakoji; dy ŭ karčmie, pry pivie,

ratuje dvor jon kožny viečar — sam, ščasliva.

A pan Antoni? Hierb amal nie ŭspaminaŭ.

«Naš dom» — tak pieč i dzviery, łaŭku nazyvaŭ.

Hadzinnik, što stajaŭ u zale stolki hod,

zavioŭ — i choć chłusiŭ, dy mieŭ, moj druža, chod.

VIII

Minuła šmat hadoŭ. Na ŭzhorku, la sciany,

dzie dziedaŭ kamień tresnuŭ, — viecier, travy, sny, —

lažać — siastra i brat — u zhodzie ŭžo naviek,

i ŭ Dziady zvonim, jak baćka zvoniŭ svoj viek.

Maciej — la sciežki, pobač z imi. Dy pastoj:

i na kryžy hod naradžennia — znoŭ nie toj.

Ci kamniasiek zbłytaŭ, ci tak sam zahadaŭ —

nie viedaju; i lepš, kab nichto nie sciraŭ.

A Zosia znoŭ tut: dzietak vučyć jana ŭsich

čytać, pisać, ličyć — avios, varon, arech.

Spytajuć pra hierb nad dzviaryma — voś adkaz:

«Ad dzieda, što łuhami płaciŭ u svoj čas».

Kali za rečkaj zvon, a ŭ lipach viecier brodzić,

to Zosia, lampu ŭziaŭšy, da bramki vychodzić,

začynić pacichu — rypnie bramka staraja —

i sviecić akno, i para z vusnaŭ rastaje.

Tuapse, 23 vieraśnia 2026 h.


Лозовичи

Гавенда органиста

Даниил Лазько

Авторский поэтический перевод с польского

I

Над Неманом у тракта — липы в два ряда,

а грязь, как повелось, по оси — как всегда.

А Лозовичи — дом за липами, и стены

облезли: штукатурка сыплется степенно.

Октябрь. Сквозь щели в ставнях по покоям шёл,

как старый барин, ветер, важен и тяжёл;

пустой возок стоял с оглоблей в мутной луже,

и не было известно, для кого он нужен.

В сенях — сырое дерево и сена дух,

а по утрам вороны драли глотки вслух.

Из кухни пахло щами; в зале, у стены, —

часы, что стали с незапамятной весны.

Рассказчик — кто? Старик, приходский органист,

что в праздник за столом у них бывал речист.

Что видел сам — то сам; что слышал — от Мацея,

а тот божился: вон, свидетель — вся аллея.

II

Хозяин — пан Антоний, человек в летах,

чуть гордый, чуть старинный в мыслях и словах,

полдня мог рассуждать о гербе и о роде,

а вечером — латать забор на огороде.

Над дверью — старый герб: стрела да крест кривой;

а прочее дорисовал он сам, с лихвой.

В гостиной, под часами, — дедовский портрет:

глядит с холста, как будто ждёт соседских бед.

С ним — вдовая сестра: Констанция; она

была в том доме трезвой головой одна.

Ей ведомо, почём овёс и что — в запасе,

и кто из кредиторов ждать уж не согласен.

Чуть брат о предках за обедом рассуждает,

она: «А крышу нам гербом не залатают».

Тогда он шёл к окну, обиженный всерьёз,

и видел, как ворон по тракту ветер нёс.

За стойлами, во флигеле, — старик Мацей,

что в собственных рассказах рос — всё богачей.

Он знал в саду все груши, на меже — каменья,

а даты путал — от избытка, мол, уменья.

Прапрадед, по Мацею, — тот, из рамы в зале, —

рубился под Хотином, с Бонапартом — дале;

а кто пенял, что между ними — сотня лет,

тому: «Календари за деньги врут», — в ответ.

А Зося — батрака покойного сиротка —

росла у них тихонько, без шелков и кротко.

В гербах не смыслила, зато с конём — на ты:

он брёл за ней по грязи, в ветер, без узды.

Читала жадно всё, что там, на чердаке,

от мёртвых сохранялось в старом сундуке,

мечтала — редкость! — стать учительницей в школе,

что пан Антоний звал фантазией — не боле.

III

Однажды вечером — а дождь хлестал с размаху —

Мацей принёс письмо — сам белый весь от страху:

за долг, что рос с отцовских лет, как мох у тына,

в субботу — всё с торгов: такая вот картина.

Антоний прочитал и раз, и два, и три,

потом глядел, как фитилёк горит внутри,

сказал: «Пока я жив, наш род в дому пребудет»,

сестра молчком писала, сколько же убудет.

Мацей же с вечера и до зари, в ночи,

твердил в людской, колени грея на печи:

«Лозовичей никто из дома не прогонит!» —

хоть сам на счётах ночью видел, как всё тонет.

Корчмарь, что новости всегда узнал бы первым,

твердил: во всех долгах виновен рынок скверный;

он знал и сумму, и число, и кто, и как,

и что ни день — иначе: память крепнет так.

Соседи потянулись, кто за чем, к двору:

тот — сад бы взял, да нехотя, не по нутру;

тот — лес за речкой, третий — дёшево амбар,

кузнец лишь спрашивал про Зосю и букварь.

И ксёндз приехал тоже, вымокший насквозь,

про прадедов прослушал всё, что довелось,

потом: «А кровля? Ведь в часовне всё течёт.

А герб... ну да, красив, красив. Почёт, почёт».

IV

За ужином сестра сказала: «Брат, послушай:

стена не мёрзнет. Мёрзнут в тесных избах души.

Кто старого Мацея примет — герб иль стены?

Кто Зосю выучит — портрет наш драгоценный?»

А он: «Ты всё, сестра, считаешь, как торговка!

Тебе и Лозовичи — хлев, изба, кладовка!

Тут каждый гвоздь всё помнит! Липы дед сажал,

и нашу кровь никто отсюда не изгнал!»

Он хлопнул дверью — дед качнулся на холсте —

и ночью тын чинил: тын — тыном, в темноте.

Мацей светил, и бой шумел в его главе:

то под Хотином был тот бой, то — здесь, в Литве.

Констанция же ночью, говорили после,

шла со свечой во тьме — брат с молотком был возле —

в часовне, где течёт, стояла в полумгле,

прося: «Дай брату ум, а Зосе — жить в тепле».

V

В субботу, как нотарий ехал из посада

(часы, как встарь, стояли — полдень, как и надо),

Антоний Зосю — на чердак, достать бумаги:

«Пускай нотарий знает: мы — не бедолаги!»

Чердак: и пыль, и голуби, и ржавый меч,

и балка, чёрная с пожара, будто печь,

и сундуки покойных в серой паутине,

а малый, самый малый, — у трубы, в теснине.

Открыла Зося: в нём ни злата, ни печати,

ни серебра — лишь то, что уцелело, кстати:

тетрадь счетов, и письма, и квитанций ворох,

и спрятанное кем-то письмецо, как порох.

Был год горячки: от порогов до стогов

лежали дети в хатах; доктор — не дешёв.

И пан Казимеж продал у реки луга,

и записал: «Расчёт с аптекой». Вся строка.

Купец из Мира пишет бабушке Людвике,

что долг уже погашен — тихо, без музыки.

Чей долг? Отца, отца. Да, пане, моего.

А он до смерти так и не узнал того.

В воскресный день сыграл «Te Deum» на хорах —

и, верно, угодил, хоть не совсем в верхах.

Вот всё. Крестилась ли, всплакнула ли она —

не угадать: осталась там совсем одна.

VI

Снесла она ларец, когда меж лип, в грязи,

нотарий в бричке брёл, увязнув по оси.

Антоний прочитал и спрятал в свой карман

и молча средь сеней стоял, как истукан.

Ведь верил он, что те луга, что у реки,

пропали за восстанье — не за порошки,

носил утрату, как рубцы и ордена, —

а тут: лекарства, доктор, подпись. Вся цена.

Вошёл нотарий, грязь сбивая у порога.

Сестра дала им чаю, джем — совсем немного.

Антоний начал: «Наш старинный герб...» — и стал,

как воз в грязи на повороте, — замолчал.

Потом достал письмо и положил на стол

у чашки с чаем, словно в страхе, взгляд отвёл,

сказал сестре: «Прочти. Вслух. Сам я не сумею.

Что там написано — понять ещё не смею».

Читала. Гость покашливал. Мацей — без слов,

а ксёндз, перебирая чётки, «Аве» — вновь.

А я, когда отца назвала вслух она, —

то шапка дрогнула в руках, как та струна.

Антоний встал, к портрету деда подошёл,

а дед — иль мне почудилось? — уже не зол.

«Я думал, — молвил, — род измерен десятиной,

а мерят, вижу, вот квитанцией старинной».

И мне письмо отдал: «Берите. Это — ваше.

А это, — постучал в тетрадь, — вот это — наше».

В ту ночь с сестрою он считал — и без раздора,

хоть и грустили, как при счёте, — без укора.

VII

Ушёл за речкой лес; а сад — тому, кто врёт,

что вовсе не хотел его; а долг, в черёд,

уплачен до копейки; а поля — на годы —

тем, кто пахал их, — как за труд, за все невзгоды.

Остались: дом, часовня, садик у стены,

и кров часовне — первым делом, до весны.

Ксёндз, как на ризу капать сверху перестало,

сказал: о гербе слушать не храпя — пристало.

А Зося едет в Вильно — там ей и учиться, —

с корзинкой, книжками — прилежная девица.

В дорогу ей дал каждый кто что мог, по крохам:

Констанция — что сберегла, Мацей — гороха.

Простилась у креста при тракте с Зосей тётка,

Мацей в рукав сопел: «Да ветер... и сиротка...»

А воз, что с осени стоял пустой, без дела,

повёз её к чугунке — всё уж зеленело.

А я вернул свой долг, хоть некому вернуть:

дал Зосе на учебники — тайком, на путь.

Мацей — уж на покое; но в корчме, за пивом,

спасает двор он каждый вечер — сам, счастливо.

А пан Антоний? Герб почти не поминал.

«Наш дом» — так печь и двери, лавку называл.

Часы, что столько лет в гостиной простояли,

завёл — и шли, хоть врали, друг мой, врали, врали.

VIII

Прошло немало лет. Там, на холме, у стен,

где треснул дедов камень, — ветер, травы, тлен, —

лежат — сестра и брат — в согласье наконец,

и им звоним в Задушки, как звонил отец.

Мацей — у самой тропки, с ними рядом, вот,

и на кресте рожденья год — опять не тот.

Каменотёс ли спутал, сам ли так велел —

не знаю; лучше бы никто стереть не смел.

А Зося — снова тут: детишек учит всех

читать, писать, считать — овёс, ворон, орех.

А спросят, что за герб над дверью, — выцвел цвет, —

«От деда, что платил лугами», — весь ответ.

Когда за речкой звон, а в липах ветер бродит,

то Зося, лампу взяв, к калитке и выходит,

и медленно прикроет — скрип калитки старой, —

и светится окно одно, и дышит паром.

Туапсе, 23 сентября 2026 г.


О переводе

Оба перевода авторские: польский оригинал и его русская и белорусская версии принадлежат одному автору. Поэтому переводчик позволял себе ту свободу, которая допустима только в автопереводе. Но сюжет, персонажи, порядок событий и система предметов сохранены полностью.

Оригинал написан польским тринадцатисложником 7+6 с цезурой после седьмого слога и парной женской рифмой. Это размер «Пана Тадеуша», и он же задаёт интонацию гавенды. Русский и белорусский стих держатся на силлабо-тонике, поэтому силлабический размер в них прямо не переносится. В качестве функционального эквивалента для обоих переводов избран шестистопный ямб с цезурой после третьей стопы и парной рифмой AABB. Мужские и женские пары чередуются свободно.

Сохранены восемь частей, 45 строф и система сквозных предметов: пустой воз, остановившиеся часы, забор, герб, сундук, квитанции, калитка и свет в окне. На ней держится композиция, поэтому ею не жертвовали ради рифмы.

Польский rejent — историческое обозначение нотариуса. В русском тексте он передан старой формой «нотарий», в белорусском — словом «натарыус». В сцене чтения письма он в обоих переводах назван «гость», чтобы не перегружать строку.

Потери и компенсации. Каламбур «prawić / naprawić» (разглагольствовать против чинить) в обоих языках не воспроизводится, сохранено только смысловое противопоставление. В русском тексте за эту потерю компенсирует игра «считать ворон», которой в оригинале нет. Молитва Констанции «Zosię miej na oku» в русском стала «а Зосе — жить в тепле»: идиома ушла, забота о живых осталась. В белорусском идиома сохранена («Зосю — на воку»). Конфитюр из боярышника заменён скромной деталью бедности («джем — совсем немного», «трошку, ды ўбога»). Польские Zaduszki в белорусском переданы как «Дзяды», в русском оставлено «Задушки». Сцена проводов («żegnała ją ciotka») передана глаголами прощания («простилась», «праводзіла»), а не глаголом крещения. Конец V части («sama tam została») передан без эмоционального усиления: «осталась там совсем одна». Бледность Мацея («zbielały ze strachu») передана прямо: «сам белый весь от страху».

Проверка и степень готовности. Число слогов в каждой строке обоих переводов проверено скриптом, ударная схема русского текста выверена вручную. Русский перевод готов к публикации. Белорусский текст — авторская редакция, которой перед публикацией нужна вычитка носителя языка. Слоговой объём в нём выдержан, но ямбическая схема местами нарушена, отдельные рифмы приблизительны, а некоторые обороты требуют проверки на естественность. Версия лацінкой получена из кириллической автоматическим переводом в классическую белорусскую лацінку. После окончательной вычитки кириллицы её нужно сформировать заново.

О смысле стихотворения

Внешний сюжет прост: обедневшую усадьбу продают за долги. Но поэма не о доме, а о том, чем измеряется род. Антоний начинает с герба и прадеда, воевавшего то под Хотином, то при Наполеоне. Констанция отвечает ему ценой овса. Мацей путает века. Спор идёт не между гордостью и расчётом, а между двумя видами памяти: легендарной, которую каждый дорисовывает сам (как пан Антоний дорисовал поблёкший герб), и документальной, которая лежит на чердаке в сундуке.

Перелом происходит через предмет, а не через проповедь. В сундуке нет ни золота, ни грамот, только приходно-расходная тетрадь. Заливные луга, которые Антоний считал отнятыми за восстание, дед продал, чтобы лечить крестьянских детей. Бабка тайно погасила чужой долг, и этот долг оказался долгом отца самого рассказчика. Честь рода обнаруживается в бухгалтерской строке «Расчёт с аптекой», и Антоний признаёт это словами о роде, который мерят не десятинами, а квитанциями.

Рассказчик-органист — не внешний летописец. Он сам наследник этого безымянного добра и распоряжается им так же тихо: отдаёт Зосе на книги то, что «вернуть было некому». Благодарность выражена делом: отец рассказчика играет «Te Deum», сын звонит в Задушки. Вера в поэме не декларируется, она видна в поступках.

Развязка намеренно скромна. Усадьба не спасена чудом: лес и сад проданы, поля отданы тем, кто их пахал. Остаются дом, часовня и садик, и слово «наш» переходит с герба на печь, двери и лавку. Юмор не отменяет печали, а делает людей живыми: Мацей и на могильном кресте остаётся с неверной датой и каждый вечер в корчме заново «спасает» двор.

Финал — образ вместо вывода: калитка, одно светящееся окно, пар от дыхания на холоде. Дом жив, пока в нём кто-то дышит и помнит тех, кто жил здесь раньше. Это и есть главная мысль поэмы: человек дороже имения, а память о добре, сделанном без свидетелей, прочнее герба.

Даниил Лазько. Туапсе, 23 сентября 2026 г.

Daniil Lazko(Łaźko)

Napisane przez

Daniil Lazko(Łaźko)

Jestem autorem, dla którego poezja zaczyna się tam, gdzie milknie proste wyjaśnienie. Interesuje mnie romantyzm, historia Europy Wschodniej, pamięć, honor, wygnanie i ciemniejsza strona ludzkiej godności. Piszę z zamiłowaniem do rytmu, skrótu i wyrazu precyzyjnego, szukając tonu między melancholią a ironią. Bliskie są mi zarówno klasyczne tradycje literackie, jak i ich nowoczesne, żywe odczytania.

Oceń utwór

Brak ocen, bądź pierwszy!

Wspieraj Poetica.pl

Tutaj najważniejsze są słowa — bez reklam, bez hałasu, bez rozpraszaczy.

Jeśli chcesz pomóc nam pisać dalszy ciąg Poetica.pl, postaw nam kawę lub wesprzyj nas na Patronite.

Dziękujemy!

Komentarze

, aby skomentować

Brak komentarzy. Zaloguj się, aby rozpocząć dyskusję.