Noszę miłość jak bilet w kieszeni –
ważny, lecz nieskasowany.
Chcę wejść, usiąść przy kimś,
a stoję w przejściu, pół kroku od życia.
W myślach – zachwyt i alarm.
Twe spojrzenie –
jak klucz w zamku,
chce przekręcić mi duszę.
A ja wciąż słyszę:
czekaj na wersję „bardziej”,
jakby serce miało regulamin zwrotów.
Śmieszne to, bo tęsknię jak bohater romansu,
a uciekam jak księgowy od ryzyka:
liczę procenty, ważę wady,
robię bilans ciepła w człowieku.
Nocą gra w piersi małe kino:
ja i Ty… i drzwi, których nie domykam…
i budzi mnie serce drżące
wciąż w trybie podglądu.
Patrzysz tak, jakbyś już wiedziała,
że moje „zobaczymy”
to czułe kłamstwo,
talizman przeciwko bliskości.
Ale dajesz mi jeszcze szansę
w tej grze na czas.
A ja milczę – jakby od tego zależało
czy zdążę w ostatniej sekundzie
wybrać człowieka
zamiast próżnego marzenia…
