Do mojego życia wdarł się intruz, którego muszę ugościć.
Wszedł bez pytania zostawiając kawałki błota na moim dywanie.
Ja mówię - nie,
On, że nie o wybór tu chodzi i został...
Tak najzwyczajniej rozsiadł się w moim fotelu...
Nie pyta, nie prosi,
tylko rozkłada swoje cienie po moich ścianach.
Siada na krawędzi myśli,
przekręca zegary i zakłóca rytm snu.
Muszę go znosić, choć każde spojrzenie
ostrzega mnie, że nie zna litości.
Uczę się żyć z jego oddechem,
niesamowite, że mu na to pozwalam.
Jedzie ze mną do pracy.
Patrzy, gdy maluję paznokcie.
Liczy kroki.
Liczy dni.
Nie odejdzie.
A ja…
już nawet nie zamykam drzwi.
