Ja to tak całkiem dorosłam.
Całkiem zgubiłam skrzydła motyla,
te ubrane w lęk i niedoskonałości.
Ja to tak dorosłam aż do szpiku kości,
tak bardzo, że widzę już siebie całą,
nieprzysłoniętą i doskonałą.
I teraz staję w życiu przed pytaniem:
czy chcę słyszeć o Panu?
O Panu, co mi kwiatka da,
w łóżku popieści
i napisze romantyczne powieści
z lekkim dramatem na koniec,
by serce pamiętało.
Ja to tak dorosłam
i wiem teraz jedno.
Mam nadzieję, że Pan zrozumie:
ja, jak kolega Pana,
w kieszeni ten sam dowód.
Co z tego, że kobieta?
Ale dorosła —
nie chce pańskiego echa,
dotyku i szeptu.
Ja dorosłam i dzisiaj wiem,
że sama chcę być,
bo to jest lek.
To jest lek na grymasy,
dąsy, wybory…
Bo czy nie tak samo mamy?
Dwie nogi, dwie ręce,
więc zrobimy sobie…
I sobie zrobiłam
rachunek sumienia.
Nawet niech Pan o mnie nie myśli…
Dzisiaj w spokój idę.
To moje drzwi.
