Jarmark na Marcina
gawęda
DANIIŁ ŁAŹKO
Ledwie co na Marcina pobladło nad lasem,
już od Zarzecza ciągną furmanki z hałasem;
koła po osie w błocie, z końskich grzbietów para,
a na pierwszej, jak zawsze — Szymonowa stara.
Wiezie w koszyku jajka, i płótno, i miodek,
i zajmie, nim kto zdąży, samiuteńki środek.
Potem kowal z Wołczyna i garncarz z dzbanami,
szlachta z Bobrów zaścianka — z chartem i z workami.
Karczmarz w drzwiach już od świtu stoi i rachuje,
kto wypije kieliszek, a kto poczęstuje.
Konie stoją u płotu, ze łbami w obroku,
a dzieci i psy wszędzie plączą się co kroku.
Ostatni, jak co roku, choć wstał przed kurami,
przyszedł Maciej spod Hłuszy piechotą, polami,
wiodąc konia za uzdę. Siwek, chociaż stary,
w karku był jeszcze twardy, w nogach — jeszcze jary.
Znałem Macieja dobrze: robotny, uczciwy,
lecz kiedy szło o honor — parzył jak pokrzywy.
Żonę pochował zimą, trzy lata już temu,
i od tej pory wszystko szło na przekór jemu.
Dach przeciekał nad sienią, lichwiarz w Mirze czekał,
a Maciej się nie żalił, tylko długo zwlekał,
aż w wigilię Marcina, w nocy, przy łuczywie,
czesał siwka i milczał, z ręką w jego grzywie.
A na placu już gwarno. Przy kramie z płótnami
baby — „tylko popatrzeć” — stoją z koszykami
i mierzą każdy łokieć płótna swym językiem,
aż kramarz, bliski płaczu, ustępuje z krzykiem.
Bartosz z Kuźnic spod Mira pół dnia się targował
o sierp — i aż trzy grosze w trudzie uratował;
a w karczmie, kiedy ciepło wlazło mu do głowy,
przepił sześć — bo, jak mówił, dzień jest dziś targowy.
Pan Bobrowski od charta, nieproszony wcale,
wykładał herb każdemu w całej jego chwale;
a chart, co słyszał wszystko już pewnie stokrotnie,
ściągnął z wozu kiełbasę i zjadł ją ochotnie.
Tymczasem pod parkanem, gdzie konie przy żerdzi,
Zabłocki z Lidy, handlarz, od godziny twierdzi,
że ta gniada, co stoi, to krew od sułtana,
a kolana ma krzywe — bo kłania się z rana.
Gdy Maciej podszedł z siwkiem i stanął przy płocie,
Zabłocki tylko zerknął i przykucnął w błocie:
„Toż on ledwie już chodzi! Zęby jak u dziadka,
a na grzbiecie, uważcie, odgnieciona łatka.
Dam piętnaście — z litości, bo dziś święto przecie”.
„Trzydzieści!” — „Za tę kozę? Toż to śmiech na świecie!”
„Kozę?! A gniada pańska to sułtańska może?”
„Siedemnaście — i basta. Już nic nie dołożę”.
Maciej splunął i odszedł. Rachował coś w duchu,
miętosząc czapkę w ręku, skubiąc kłak w kożuchu.
Na dach by jeszcze stało, na dług — już brakuje;
a Maciej, jak to Maciej: kiedy źle — wojuje.
A przez plac, z gębą w górze, szedł młody Kotowicz,
Janek, z Łoszy, spod młyna, z dziada młynarzowicz.
Siedemnaście lat liczył, w chustce miał związane
na sól ruble od ojca — i swoje, ciułane.
Nóż mu wpadł w oko: leżał w rogowej oprawie
u kowala z Wołczyna na sosnowej ławie.
I pierwszy raz zobaczył dorosły świat z bliska:
kto sprzedaje — wychwala, kto kupuje — ściska.
Na skraju, przy cmentarzu, stoi krzyż dębowy,
czarny od deszczów, krzywy, omszały, surowy;
a pod nim — mówią starzy — śpi ktoś z tamtej wojny,
gdy Francuz szedł na Moskwę, dumny jeszcze, strojny.
Tak Jankowi powiadał organista stary,
co znał tu każdy kamień i nie wierzył w czary;
a jednak — dodał cicho — w listopada noce
przy studni czyjś koń parska i łańcuch klekoce.
A rano nic. Ot, wiadro stoi mokre z brzegu
i ślad podkowy w błocie, jakby w pełnym biegu.
„Ja tam nie wiem. Tak gadał nieboszczyk mój dziadek”.
I przeżegnał się jednak — na wszelki wypadek.
W samo południe, w ścisku, przy kramie z piernikiem,
gdzie pchała się dzieciarnia z gwizdkiem i patykiem,
Janka ktoś trącił łokciem, ktoś koszem, ktoś wozem —
aż mu węzełek wypadł w słomę pod powrozem.
A Janek nic nie poczuł, poszedł dalej w tłumie.
Maciej — ten, co tam właśnie stał w ciężkiej zadumie —
schylił się — i miał w garści węzełek z rublami.
Rozejrzał się: dokoła każdy stał plecami.
A w węzełku — trzy ruble i grosze, ciułane;
akurat, myśli Maciej, jakby na mnie dane…
Stał tak — może i dłużej, niż by wypadało,
i ważył w dłoni węzeł, co ważył tak mało.
Potem przez ciżbę ruszył. Janek stał przy wozie,
macał się po kieszeniach, drżący jak na mrozie.
„Twoje?” — „Moje!” — „To chowaj. I nie stój jak cielę”.
„Bóg zapłać!” — „Ech, nie gadaj. Tu złodziei wiele”.
Ojciec, gdy się dowiedział — młynarz, chłop niegłupi —
zajrzał siwkowi w zęby i rzekł: „Wiem, kto kupi.
Ignac z Rudni ma pole, a koń mu padł w lecie;
da, ile koń jest warty — lecz nie więcej, wiecie”.
Maciej burknął, że siwek wart jest i trzydzieści,
ale poszedł — i siwka po szyi wciąż pieści.
Ignac siedział przy piwie; targ w sieni dobili:
dwadzieścia dwa rubelki — i litkup wypili.
Na dach starczy; dług w Mirze — prawie; reszta — w Bogu.
A Zabłocki, co w sieni stał z batem przy progu,
cmoknął i rzekł: „Toż mówię od rana: koń zdrowy!”
I nikt się z nim nie spierał. Szkoda było mowy.
Pod wieczór wiatr się zerwał od lasu, od Niemna,
i dym niósł przez opłotki, a droga — już ciemna.
Plac pustoszał; z kramików zwijano rogoże,
a Janek nóż oglądał — po raz setny może.
Szymonowa, co rano jajka wiozła w koszu,
wracała z garnkiem, z kurą, z jajkami — bez groszu.
Zabłocki z kozła gniadą wiódł z tyłu na sznurze
i jeszcze ją zachwalał wronom przy kałuży.
Na placu — tylko błoto, ślady kopyt, słoma
i wrona, co w niej grzebie, okruszków łakoma.
W karczmie zgasło. Z dzwonnicy raz i drugi bije,
i za krzyżem ostatni wóz się w mroku kryje.
Czy w noc tę przy studzience łańcuch zaklekotał,
czy tylko wiatr po gontach całą noc łopotał —
nie wiem. Rano po deszczu gładki był plac cały:
ni siwka, ni tej gniadej ślady nie zostały.
Ja tylko jedno pomnę, choć lat moc minęło:
jak stał z cudzym węzełkiem — i jak w nim coś drgnęło,
i jak potem do Hłuszy szedł, gwiżdżąc fałszywie,
z pustą uzdą, a lekko — jak wiatr w siwej grzywie.
Tuapse, 5 października 2026
Komentarz literacki
O formie, stylu, sensie i odrębności utworu
I. Forma
Jarmark na Marcina jest gawędą wierszowaną liczącą sto dwadzieścia wersów ułożonych w trzydzieści strof czterowersowych. Miarą utworu jest trzynastozgłoskowiec ze stałą średniówką po siódmej sylabie (7+6) — wiersz sylabiczny o długiej tradycji w polszczyźnie, szczególnie bliski epice i opowieści. Średniówka wypada zawsze po wyrazie o akcencie paroksytonicznym, a wszystkie klauzule są żeńskie; daje to tok równy i nieśpieszny, zbliżony do rytmu mówionej relacji.
Rymy są parzyste (aabb). Każda strofa składa się z dwóch dystychów, a każdy dystych zamyka drobną całość znaczeniową: obraz, gest albo replikę. Dzięki temu strofa pełni w gawędzie rolę akapitu — wyznacza krok opowieści, nie przerywając jej toku.
Regularność metryczna została sprawdzona sylaba po sylabie we wszystkich wersach. Utwór nie korzysta nawet z tej swobody, na którą konwencja gawędy pozwalałaby w partiach dialogowych: najszybsza wymiana zdań — targ o siwka, w którym cztery repliki mieszczą się w czterech wersach — pozostaje w ryzach metrum. Rygor ma jednak pozostać niewidoczny. Pierwszeństwo należy do składni i naturalnego zdania; rym ma brzmieć jak domknięcie myśli, a nie jak jej przymus.
II. Kompozycja
Utwór obejmuje jeden dzień jarmarczny i wiernie trzyma się jego rytmu: świt i zjazd furmanek, przedpołudniowy gwar, targ o konia, południe z ciżbą przy kramach, popołudniowe rozstrzygnięcie i wieczorne pustoszenie placu. Dwie ostatnie strofy wychodzą poza ten dzień — w noc, której narrator nie widział, i w lata, które upłynęły od tamtej pory.
W porządek czasu wpisane są trzy plany. Plan obyczajowy — jarmark jako wizerunek całej miejscowej społeczności — wypełnia pierwszą część utworu i wraca w zakończeniu. Plan etyczny — historia Macieja, siwka i cudzego węzełka — stanowi oś fabuły. Plan legendowy — dębowy krzyż na skraju placu, mogiła z czasów francuskiej wojny i koń parskający nocą przy studni — zajmuje trzy strofy w samym środku utworu, tuż przed zgubą Janka, i powraca echem w strofie przedostatniej.
Plany te spinają powracające przedmioty, które niosą znaczenie zamiast komentarza. Maciej przychodzi, „wiodąc konia za uzdę”, a odchodzi „z pustą uzdą” — zgodnie z ludowym przesądem, wedle którego sprzedający zatrzymywał niekiedy uzdę dla siebie, by „szczęście do koni” nie wyszło z domu; mawiano: „Kiedy jest uzdeczka, łatwiej będzie o konia”. Pusta uzda jest więc zarazem znakiem straty i cichej nadziei. Nocne czesanie siwka „z ręką w jego grzywie” znajduje odpowiedź w ostatnim wersie: „jak wiatr w siwej grzywie”. Ślad podkowy z legendy, ślady kopyt na wieczornym placu i deszcz, który nazajutrz zaciera wszystkie ślady bez różnicy, tworzą jeden ciąg. Zabłocki zachwala klacz „wronom przy kałuży”, a na opustoszałym placu zostaje już tylko wrona. Szymonowa przyjeżdża na pierwszej furmance i wraca z garnkiem, z kurą i z niesprzedanymi jajkami. Słowo „ciułane” pada dwukrotnie: najpierw jako zwykła informacja o pieniądzach Janka, potem w chwili, gdy węzełek leży w dłoni Macieja — i wtedy waży już inaczej.
III. Narrator
Opowiada człowiek stąd: zna drogę od Zarzecza, karczmę, studnię, okoliczne wsie i zaścianki. Wie, kto przyjeżdża pierwszy, a kto zawsze ostatni, kto targuje się o grosz, a kto potem przepija sześć. Mówi o tych ludziach jak sąsiad — z poufałością, ale bez wyższości.
Jest świadkiem („Znałem Macieja dobrze”), lecz świadkiem o świadomie ograniczonej wiedzy. Nie zagląda bohaterowi do duszy: chwilę pokusy pokazuje przez gest i przedmiot — „i ważył w dłoni węzeł, co ważył tak mało” — a o tym, co działo się nocą przy studni, mówi wprost: „nie wiem”. Ta powściągliwość jest warunkiem wiarygodności gawędy. Opowiada ktoś, kto pamięta, a nie ktoś, kto wszystko wie; i właśnie dlatego jego ostatnie słowa — „Ja tylko jedno pomnę” — mają wagę świadectwa.
IV. Bohaterowie
Maciej nie jest postacią wzorcową. Jest pracowity i uczciwy, ale drażliwy na punkcie honoru („parzył jak pokrzywy”), uparty w targu, skłonny do kłótni („kiedy źle — wojuje”). Przecenia swojego konia i nawet po uczciwej transakcji burczy, że siwek „wart jest i trzydzieści”. Jego dobroć nie zostaje ogłoszona przez narratora — wynika z jednego czynu, poprzedzonego krótkim, realistycznym wahaniem („akurat, myśli Maciej, jakby na mnie dane…”). Zwrot pieniędzy odbywa się bez słowa o uczciwości: „To chowaj. I nie stój jak cielę”. Szorstkość repliki chroni scenę przed sentymentalizmem i zachowuje charakter bohatera do końca.
Janek jest oczami czytelnika na jarmarku. Po raz pierwszy widzi świat dorosłych z bliska i ujmuje go w formułę na kształt przysłowia: „kto sprzedaje — wychwala, kto kupuje — ściska”. Ta prawda zostaje jednak tego samego dnia uzupełniona: chłopiec widzi także człowieka, który mógł skorzystać z cudzej zguby i nie skorzystał. Nóż w rogowej oprawie, oglądany wieczorem „po raz setny może”, został kupiony za pieniądze, które do niego wróciły.
Zabłocki, handlarz z Lidy, nie jest złoczyńcą. Jest obrotny, gadatliwy i świetny w interesach; jego komizm wynika z zachowania, nie z karykatury. Krzywe kolana własnej klaczy tłumaczy jej dworną grzecznością, konia Macieja zbywa jako „kozę”, a gdy siwek zostaje sprzedany komu innemu, oznajmia, że „od rana” mówił, iż koń jest zdrowy. Nikt mu nie odpowiada — „szkoda było mowy”.
Kotowicz, ojciec Janka, wprowadza rozwiązanie bez baśniowej nagrody. Zna gospodarza, któremu koń jest potrzebny do pracy, i od razu stawia granicę: „da, ile koń jest warty — lecz nie więcej”. Tło dopełniają postacie epizodyczne, z których każda ma jedną cechę i jeden gest: Szymonowa, zawsze pierwsza na placu; Bartosz, oszczędny przy sierpie i hojny w karczmie; pan Bobrowski, nieproszony wykładowca własnego herbu, którego chart w tym czasie kradnie kiełbasę; karczmarz liczący gości od świtu; stary organista, który nie wierzy w czary, a jednak się żegna.
V. Styl Syrokomli w utworze
Władysław Syrokomla (właśc. Ludwik Kondratowicz, 1823–1862), zwany „lirnikiem wioskowym”, jest głównym punktem odniesienia utworu. Z jego poetyki pochodzi przede wszystkim sama forma gawędy: opowieść snuta przez człowieka z miejsca, swobodna, otwarta na dygresje i drobne scenki, a przy tym prowadząca do jednego zdarzenia, w którym odsłania się charakter.
Syrokomlowska jest swojskość — poczucie, że opowiadający zna tę ziemię nie z ksiąg, lecz z życia — oraz serdeczność wobec drobnego człowieka: ubogiego gospodarza, przekupki, zaściankowego szlachcica, chłopskiego syna. Serdeczność ta nie przechodzi w idealizację; narrator widzi ludzkie słabości i mówi o nich z uśmiechem.
Syrokomlowski jest humor sytuacyjny i łagodna ironia. Baby przychodzą „tylko popatrzeć”, a stoją z koszykami i mierzą każdy łokieć płótna językiem; Bartosz ratuje trzy grosze na sierpie, by przepić sześć; szlachecka duma z herbu sąsiaduje z chartem kradnącym kiełbasę. Ironia nigdy nie dotyka biedy, starości, śmierci ani wiary. Gest organisty, który żegna się „na wszelki wypadek”, pokazany jest z czułością, a nie z drwiną.
Od Syrokomli pochodzi wreszcie sposób, w jaki z codzienności wyrasta cicha refleksja moralna: bez kazania, przez czyn, przedmiot i krótką replikę. Moralny ciężar utworu spoczywa na węzełku z trzema rublami i na pustej uździe, a nie na sentencji. Pomaga temu konkret obyczajowy: litkup wypity po dobiciu targu, rogoże zwijane z kramów, konie u płotu ze łbami w obroku, uzda zatrzymana przez sprzedającego. Mir, Lida i Niemen sytuują akcję na pograniczu dawnej ziemi nowogródzkiej i lidzkiej, w dorzeczu Niemna — w okolicy bliskiej obu poetom — Syrokomla gospodarował przez lata w Załuczu nad Niemnem, a Mickiewicz urodził się w okolicach Nowogródka.
VI. Mickiewicz jako dalekie echo
Obecność Mickiewicza jest celowo dyskretna i nie polega na naśladowaniu żadnego konkretnego utworu. Z jego dziedzictwa przejęte zostały cechy ogólne: żywa pamięć lokalnej wspólnoty, przekonanie, że krajobraz Litwy i Białorusi przechowuje historię, oraz przenikanie się dziejów oficjalnych i opowieści ludowej.
Wielka historia jest tu widoczna wyłącznie przez mały ludzki ślad. Wojna 1812 roku nie staje się przedmiotem wykładu; istnieje tylko jako czarny, omszały krzyż i mogiła „kogoś z tamtej wojny” z czasów, „gdy Francuz szedł na Moskwę”. Wybór miejsca nie jest przypadkowy: pod Mirem w lipcu 1812 roku rzeczywiście ścierała się kawaleria obu armii. Nie wiadomo jednak, kim był pochowany pod krzyżem — i ta niewiedza jest prawdziwsza niż jakakolwiek rekonstrukcja.
Legenda o koniu, który nocą parska przy studni, zachowuje romantyczne przeczucie tajemnicy, lecz zostaje zawieszona między wiarą a zdrowym rozsądkiem. Organista „nie wierzył w czary”, a jednak się żegna; narrator nie rozstrzyga, czy w noc po jarmarku zaklekotał łańcuch, czy tylko wiatr łopotał w gontach. Tajemnica wyrasta z konkretnego miejsca i przedmiotu — studni, wiadra, śladu podkowy — i nigdy nie dominuje nad codziennością: trzy strofy z trzydziestu i jedno echo w zakończeniu.
Mickiewiczowskie jest także odczucie krajobrazu, ale krajobraz ten pokazany jest najpierw materialnie: błoto po osie, para nad końskimi grzbietami, dym niesiony przez opłotki, wiatr od lasu i od Niemna. Dopiero w ostatnich strofach, gdy plac pustoszeje, a deszcz zaciera ślady, pejzaż zaczyna odbijać przemijanie. Trzynastozgłoskowiec z rymem parzystym jest wreszcie miarą wielkiej epiki Mickiewiczowskiej; tutaj jednak nie służy epopei, lecz drobnej opowieści o jednym koniu i jednym węzełku — i w tej zmianie skali kryje się zasadnicza różnica tonu.
VII. Sens utworu
W centrum utworu stoi granica, której człowiek nie przekracza, nawet gdy nikt nie patrzy. Scena znalezienia pieniędzy jest zbudowana tak, by wyeliminować każdy zewnętrzny powód uczciwości: „Rozejrzał się: dokoła każdy stał plecami”. Zguba ma przy tym konkretną wartość — w oczach Macieja „akurat” tyle, ile mu brakuje. Pokusa nie jest abstrakcyjna; ma wagę węzełka w dłoni.
Rozwiązanie świadomie odmawia baśniowej nagrody. Maciej nie bogaci się. Ceny układają się w małą topografię moralną: piętnaście i siedemnaście rubli oferowanych przez handlarza to cena wymuszona biedą; trzydzieści, których żąda Maciej, to cena jego dumy; dwadzieścia dwa, które płaci Ignac z Rudni, to cena uczciwa — tyle, „ile koń jest warty”. Wystarcza na dach, prawie na dług, a reszta zostaje „w Bogu”. Uczciwość nie zostaje wynagrodzona; zostaje jedynie potraktowana uczciwie.
Drugą warstwą sensu jest przemijanie i pamięć. Deszcz zaciera ślady wszystkich koni bez różnicy — i siwka, i chwalonej gniadej; po jarmarku zostaje gładki plac. Nie zostaje ani zysk, ani przechwałka; zostaje opowieść narratora o jednej chwili, w której stary człowiek ważył w dłoni cudzy węzełek. Koń z legendy wraca nocą do studni, a koń Macieja odchodzi na zawsze — z ludzi także pozostaje nie ślad kopyt, lecz pamięć o tym, jak się zachowali.
Ostatni obraz łączy godność z ubóstwem: Maciej wraca do Hłuszy z pustą uzdą, gwiżdżąc fałszywie, a jednak lekko — „jak wiatr w siwej grzywie”. Lekkość ta nie jest nagrodą ani ulgą finansową; jest lekkością człowieka, który nie musi niczego przed sobą ukrywać.
VIII. Odrębność utworu
Jarmark na Marcina jest utworem oryginalnym: nie powtarza fabuły, sceny ani postaci z dzieł Syrokomli czy Mickiewicza, nie cytuje i nie parafrazuje ich wersów. Z obu tradycji korzysta jedynie na poziomie ogólnych cech poetyki — formy gawędy, tonu, sposobu widzenia ludzi i krajobrazu.
Motyw znalezionych pieniędzy jest stary jak opowieść ludowa. Odrębność utworu polega na osadzeniu go w ekonomii jednego jarmarku: pokusa ma tu swoją cenę w rublach, a jej odrzucenie nie prowadzi do cudownego wzbogacenia, tylko do przywrócenia zwykłej, uczciwej miary. Legenda i fabuła etyczna zostały powiązane wspólnym motywem konia, a nie komentarzem narratora; zakończenie pozostaje w obrazie i dopiero z niego wynika refleksja.
Język utworu to żywa, prosta polszczyzna, bez stylizacji gwarowej i bez nadmiaru archaizmów. Pojedyncze dawne słowa — „jary”, „litkup”, „przecie”, „pomnę” — występują tam, gdzie brzmią naturalnie w ustach starego gawędziarza. Nazwy miejscowe łączą punkty rzeczywiste (Mir, Lida, Niemen) z nazwami pospolitymi na tych ziemiach (Zarzecze, Hłusza, Łosza, Kuźnice, Rudnia), tworząc okolicę prawdopodobną, a nie dokumentalną. Ścisły trzynastozgłoskowiec, utrzymany bez wyjątku także w dialogu, nadaje tej swobodnej opowieści dyscyplinę, której czytelnik nie musi zauważać, by ją odczuć.
Słowniczek
Marcin, na Marcina — dzień św. Marcina, 11 listopada; dawny termin jesiennych jarmarków, rozliczeń i zakończenia prac polowych
wigilia (Marcina) — dzień poprzedzający święto
zaścianek — osada drobnej szlachty, często niewiele zamożniejszej od chłopów
obrok — pasza dla koni, zwykle owies
żerdź — długi drąg; tu: poprzeczka, do której uwiązywano konie
łuczywo — drzazga ze smolnego drewna, używana do oświetlania izby
jary — silny, rześki, pełen wigoru
lichwiarz — pożyczający pieniądze na wysoki procent
łokieć — dawna miara długości, używana m.in. przy sprzedaży płótna
ciułać — oszczędzać, zbierać grosz do grosza
litkup — poczęstunek wypijany przez kupującego i sprzedającego na znak dobicia targu
rogoża — plecionka (mata) z łyka lub sitowia, używana m.in. do okrywania kramów
kozioł — siedzenie woźnicy na przodzie wozu
opłotki — przestrzeń przy płotach i zagrodach na skraju wsi
gonty — drewniane deszczułki do krycia dachów
gniada — klacz o maści brązowej z czarną grzywą i ogonem
Беларускі аўтарскі пераклад
Кірмаш на Марціна
Даниил Лазько
Ледзь толькі на Марціна шарэла над гаем,
ад Зарэчча ўжо едуць вазы з рыпам, з лаем;
у гліне колы ўвязлі, пара на марозе,
першая, як заўсёды, — Шымоніха ў возе.
Вязе ў кошыку яйкі, кужаль, жбанчык мёду,
ды раней за ўсіх зойме сярэдзіну з ходу.
Потым каваль з Ваўчына, ганчар — заўжды з жартам,
шляхта з засценка Бабры — з мяшкамі і з хартам.
Карчмар з самага рання стаіць ды ўсё лічыць,
хто сам вып'е кілішак, хто другому зычыць.
Ля плоту коні, ў торбах хрумсцяць аўсом сыта,
а дзеці і сабакі снуюць ля капыта.
Хоць устаў ён раненька, апошні штогоду
прыйшоў Мацей з-пад Глушы цераз гразь і воду,
вёў сіўку на аброці. Стары, ды жылісты:
а карак мае цвёрды, і крок яшчэ чысты.
Знаў я Мацея добра: рупны, без падвоху,
ды як ішло пра гонар — джаліў не патроху.
Жонку схаваў зімою, тры гады мінула,
і з той пары ўся доля спіну павярнула.
У сенях дах дзіравы, ды доўг яшчэ ў Міры,
а Мацей і не енчыў, толькі латаў дзіры,
аж пад Марціна ноччу, пры лучыне, сівы,
сіўку часаў маўкліва, з рукою ля грывы.
А на плошчы ўжо гоман. Ля крамаў кабеты —
«Толькі зірнуць!» — гавораць, а ў хустцы манеты;
мераюць кожны локаць ды ўсё языкамі,
аж крамнік, ледзь не ў слёзы, разводзіць рукамі.
Бартош з Кузьніц пад Мірам паўдня таргаваўся
за серп — і аж тры грошы збярог: так стараўся;
а ў карчме, як цяпельца развязала словы,
прапіў шэсць — бо, казаў ён, дзень жа кірмашовы.
Пан Баброўскі, той з хартам, па сваёй ахвоце
усім пра герб тлумачыў у поўнай красоце;
а харт, што ведаў гэта на памяць, вядома,
сцягнуў каўбасу з воза ды з'еў, як у дома.
А тым часам ля плоту, дзе коні ў загоне,
гандляр з Ліды, Заблоцкі, гадзіну ў разгоне:
што гнядая вось гэта — у султана з ганку,
а калені крывыя — бо ў паклонах зранку.
Як толькі Мацей з сіўкай падышоў да плоту,
Заблоцкі глянуў коса, прысеў за работу:
«Ды ён жа ледзьве ходзіць! Зубы — як у бабкі,
а на спіне, глядзіце, працёртыя латкі.
Пятнаццаць — і то з жалю, бо свята ж, мой браце».
«Трыццаць!» — «За клячу гэту? Кірмаш у рагаце!»
«Кляча?! Ваша ж гнядая — султанская, можа?»
«Сямнаццаць — і ўсё, баста. Прасіць — не паможа».
Мацей плюнуў сярдзіта, шапку мнучы ў жмені,
лічыў, а пальцы самі бегалі ў кішэні.
На дах яшчэ хапіла б, а на доўг — бракуе;
ды Мацей, як заўсёды, у бядзе ваюе.
Праз плошчу, рот раскрыўшы, шыбаваў Катовіч,
Янка, з Лошы, з-пад млына, з дзеда — млынаровіч.
Меў ён гадоў семнаццаць і вузельчык тонкі:
на соль рублі ад бацькі, свае — са скарбонкі.
Ножык упаў у вока ў рагавой аправе
у каваля з Ваўчына на сасновай лаве.
І ўпершыню пабачыў свет дарослых зблізка:
хто прадае — ўсхваляе, хто купляе — ціска.
Ля могілак, на ўскрайку, крыж стаіць дубовы,
крывы, ад дажджоў чорны, замшэлы, суровы;
пад ім — старыя кажуць — спіць нехта з паходу,
калі на Маскву горда француз шоў з заходу.
Так Янку ўсё расказваў арганіст, той з хору,
што знаў тут кожны камень, не верыў у змору;
а ўсё ж — дадаў ён ціха — бывае, начамі
нечы конь каля студні звініць ланцугамі.
А раніцай — нічога: цэбар мокры збоку
і след падковы ў гліне, як з бегу, са скоку.
«Ды ці мала што кажуць... Дзед казаў з тугою».
І ўсё ж перажагнаўся — ды так, для спакою.
Якраз апоўдні, ў ціску, дзе пернікі, дудкі,
дзе дзеці лезлі ў ногі ледзь не з кожнай будкі,
тут Янку ў бок штурхнулі — хто кашом, хто возам —
і вузел — шась з кішэні — ў салому з навозам.
А Янка — анічога, пайшоў сабе ў тлуме.
Мацей жа, што тым часам быў у цяжкай думе,
нахіліўся — і ў пальцах вузел з драбнатою.
Азірнуўся: навокал кожны тут спіною.
Тры рублі ды драбніца — дакладны рахунак;
«Якраз, — мільгне Мацею, — лёсу падарунак…»
Стаяў так — можа, болей, чым тут выпадала,
і ў жмені важыў вузел, што важыў так мала.
Потым скрозь натоўп рушыў. Янка — каля фуры,
і абмацваў кішэні, дрыжаў, як у буры.
«Тваё?» — «Маё!» — «Хавай жа: злодзеяў тут многа».
«Бог заплаці!» — «Ды годзе, не трэба нічога».
Бацька, калі дазнаўся, — млынар з галавою —
зазірнуў сіўцы ў зубы і махнуў рукою:
«Ёсць там Ігнась з-пад Рудні, конь здох яму ў полі;
ён дасць, колькі конь варты, лішняга — ніколі».
Мацей буркнуў, што сіўка і трыццаці варты,
ды пайшоў, і ўсё гладзіў сіўку, хоць упарты.
Ігнась сядзеў пры піве; торг у сенях збілі:
дваццаць два рублі роўна — магарыч запілі.
На дах — хопіць; у Міры — амаль; рэшта — ў Бога.
А Заблоцкі, што ў сенях з пугай ля парога,
цмокнуў: «А я вам з ранку кажу: конь здаровы!»
І ніхто не спрачаўся: шкада было мовы.
Пад вечар вецер рушыў ад лесу, ад Нёмна,
і дым гнаў па завуглах, і дарога — цёмна.
Плошча пусцее; з крамы скручана рагожа,
а нож Янка ўсё круціць у соты раз, можа.
Шымоніха, што зранку прыехала з ношай,
вязе з гаршком і з куркай і яйкі — без грошай.
Гнядую на вяроўцы Заблоцкі вёў ззаду
і хваліў яе нават варонам — для ладу.
Апусцелая плошча: гразь, сляды, салома,
ды ў ёй грэбе варона, ужо нам знаёма.
У карчме ўжо пагасла, звон далёка тае,
і за крыжам апошні воз у змрок знікае.
Ці ў тую ноч ля студні ланцужок бразгоча,
ці гэта толькі вецер у гонтах грукоча —
не ведаю. Уранку па дажджы ўсё гладка:
ні той гнядой, ні сіўкі — ані адпячатка.
Я толькі адно помню, хоць гадоў мінула:
з вузлом чужым у жмені — і ў ім штось кальнула —
і як ішоў да Глушы — свістун ён фальшывы —
з пустой аброццю, лёгкі, як вецер ля грывы.
