Dziś pod blokami, na ulicy Kondratowicza. W Warszawie rozciągają się dźwięki puzonu i francuskiej glorii, jeden gra na waltorni, drugi grubszy od pierwszego z małą trąbką a trzeci właśnie na puzonie, na przekór drugiemu. Czwartego nie zdobi nic osobistego. Czapki zdejmują raz po raz, gdy ktoś na balkon wychodzi i telefon wyciąga jak na straż. Nie są to Rumuni, ni to zgrana orkiestra, ale grają trochę ładnie – jak fles bez pensa. Monety spadają z balkonów równo – kłamstwo, dwie osoby rzuciły im tak, jakby na chleb zbierali suchy. Może tak było, lecz nigdy się już nie dowiem. Dawno tego widoku grających ludzi przed blokiem, moje oczy nie doświadczyły. Żebrali jednak jak Polacy, rodowici żebracy.
Jest dwudziesty trzeci dzień tego miesiąca, miał być koniec. Widzę ich jednak, ale jakby byli inni. Czy to ci sami? Czy to koniec tej trębaczej etiudy? Spotkam ich jeszcze gdzieś? Grają może muzykę na kogoś cześć? Straszne mnie uczucie przeszywa że znikną, chcę słyszeć muzykę, gdy po mieście zwykle idę!
Leży instrument obok śpiącego trębacza. Jutro wstanie i znowu zacznie, nie kończy się więc jego wieczna serenada.
