Obraz tła Poetica

Wiersze i opowiadania — portal literacki

Czytaj i publikuj wiersze, opowiadania, artykuły i felietony

Wiersze

Ranek w podgajach

daniil-lazko

Daniil Lazko(Łaźko)
Daniil Lazko(Łaźko)
21 sierpnia 2026·21 min czytania·2 Odwiedziny

Daniił Łaźko

RANEK W PODGAJACH

Gawęda

Tuapse, 21 sierpnia 2026

RANEK W PODGAJACH

Gawęda

Nim słońce wyszło z lasu, już skrzypnęły wrota,

pies otrząsnął się z rosy przy furtce u płota,

kogut na starym wozie rozdarł się jak z nuty,

a w sieni ktoś po ciemku naciągał już buty.


Zaskrzypiała furmanka gdzieś od strony młyna —

widać komuś na jarmark już przyszła godzina;

pachniało mokrą ziemią i sianem pokosów,

a pastuch już pod lasem próbował dwóch głosów.


Potem dopiero światło zza olszyn wypłynie

i mgła się od rzeczułki podniesie w dolinie,

i wieś, jak jest — z błotami, z koleiną krzywą —

pokaże się na chwilę prawie że szczęśliwą.


Maciej — bo któż by inny — wstał pierwszy w Podgajach,

bo tak już od pradziada wiedzie się w zwyczajach:

koniowi zadał siana, pogładził po grzywie

i gadał z nim po cichu jak z ludźmi — uczciwie.


Znam go, jak znałem ojca — pamięć nie zawiedzie:

obaj twardzi jak grusza, co rośnie na miedzie;

obaj radzić lubili, gdzie trzeba, nie trzeba,

bo mądrość rzecz bezpłatna, nie kosztuje chleba.


A jedno jeszcze chował na samym dnie skrzyni:

herb, papier z pieczęciami — i co ten herb czyni!

Strzecha stara, płot krzywy, w oborze niewiele,

za to herb szedł na ścianę w największe niedziele.


Wyjmie go i rozłoży, przyciśnie łokciami,

i czyta po raz setny litery z kwiatkami:

że za króla Stefana przodek rodu tego

miał wieś, pieczęć i szablę — nie wiedzieć do czego.


Wnuk Antoś zszedł ze strychu, gdzie sypiał od maja,

wysoki jak ten jesion od strony ruczaja;

chłopak bystry, pojętny, myślami już w mieście:

tam praca, tam nauka, tam życie jest wreszcie.


Ja Antosia nie winię: co młode, to młode —

źrebak też przez płot skacze, choć ma w stajni wodę.

Ale dziada bolało. Nie mówił zbyt wiele,

tylko chodził jak chmura w samiuśką niedzielę.


Właśnie tego poranka wóz mieli smarować,

bo jarmark był w miasteczku — trza siano ładować.

— Widzisz — mówi — tę piastę? Dziad twój ją heblował,

stelmach z Wilna by lepszej i sam nie zbudował.


A Antoś na to z wolna: — Piasta jak to piasta.

— Jak to piasta?! W tej piaście więcej niż pół miasta!

Poszło niby o dziegieć, o osie, o koła,

a w środku obu piekło co innego zgoła.


Przy śniadaniu milczeli. Łyżki tylko brzękły,

a babce ręce trochę nad miskami miękły;

spojrzy raz na Macieja, potem na wnuczyska,

westchnie — i żuru doda: od tego jest miska.


Po południu przy płocie stanął kum Wincenty,

niby po sito przyszedł — gadał jak najęty:

— Słyszałem, że Antoni do miasta się bierze?

Maciej wąs przygryzł: — Plotą. Nie stoi w papierze.


A wieczorem był w sadzie dłużej niż potrzeba:

oglądał młode jabłka, jakby prosił nieba —

nie za siebie, broń Boże: on nie umiał prosić —

tylko żeby to wszystko miał kto dalej nosić.


W niedzielę zadzwoniono na mszę u kościoła

i cała wieś ruszyła, jak Pan Bóg zawoła.

Maciej szedł w kapeluszu, co ojca pamięta;

przy krzyżu na rozstaju zdjął go — rzecz to święta.


Aż przyszło przed jesienią porządkować gumna

— przed zimą, jak co roku, robota rozumna.

Na strychu, pod okapem, kufer stał dębowy,

co pamiętał — kto zgadnie? — czyje jeszcze głowy.


Klucza nikt nie pamiętał; podważyli dłutem,

aż jękło stare wieko żelazem okutem.

A w kufrze: pas, sukmana, szkaplerz i talary,

a na dnie list złożony we czworo — brzeg szary.


Czytali go pod oknem, głowa tuż przy głowie,

sylabizując z wolna po dawnej wymowie:

pisał pradziad Bartłomiej z Rygi, w wielkiej biedzie,

że tęskni i że wiosną do domu przyjedzie.


Bo i on był raz młody, i jemu Podgaje

wydały się za ciasne na młode zwyczaje;

ruszył za chlebem w miasto, robił przy kanale,

nosił cudze ciężary, nie skarżąc się wcale.


A tu w domu tymczasem — szła wieść niewesoła:

w jedną noc poszło z dymem obejście dokoła.

Wrócił z jednym węzełkiem i z rękami dwiema,

i te ręce starczyły; więcej w liście nie ma.


Jedną belkę spaloną — tak starzy mówili —

w róg nowego domostwa naumyślnie wbili.

Sam ją widziałem: czarna, wygładzona laty,

trzyma węgieł do dzisiaj — i pół całej chaty.


Maciej zdjął okulary — niby szkła przeciera,

a naprawdę coś w oku uwiera i wzbiera.

Antoś nic nie powiedział, tylko list ostrożnie

złożył we czworo nazad — powoli, nabożnie.


Nazajutrz wyszedł Antoś przede dniem, po rosie,

i patrzył, jak mgła leży na świeżym pokosie.

Ta sama wieś co wczoraj: błoto, płot, olszyna —

a patrzył, jakby pierwszy raz widział, chłopczyna.


Czy pojedzie? Pojedzie. Świat się nie odmieni;

młode nogi już takie: nie czują kamieni.

A czy wróci? — Bartłomiej wrócił. Rzecz nie nowa.

A zresztą, co ja tam wiem. Stara ze mnie głowa.


A wczoraj ich widziałem obu przy stodole:

wóz smarowali razem przed drogą na pole.

Maciej gadał, jak zwykle, za trzech gospodarzy,

Antoś słuchał — a czasem uśmiech miał na twarzy.


A dziś rano, jak zawsze: skrzypnęły znów wrota,

kogut wrzasnął, pies ziewnął przy furtce u płota,

od kościoła dzwon ranny popłynął po błoni,

a mgła wstała znad rzeki pod parskanie koni.




Utwór zbudowany jest na ramie porannej. Pierwsza i ostatnia strofa przynoszą ten sam zestaw dźwięków — skrzypnięcie wrót, kogut, ziewający pies, dzwon, mgła znad rzeki — lecz czytelnik słyszy je już inaczej, ponieważ pomiędzy nimi zmieściła się historia Bartłomieja. Sens nie zostaje wypowiedziany; wynika z samego powtórzenia. Zakończenie niczego nie objaśnia, a mimo to sugeruje więcej niż jakikolwiek morał.

Naczelną zasadą tekstu jest przedmiotowość. Uczucia oddawane są wyłącznie przez rzecz i gest. Babka nie mówi ani słowa — dolewa żuru, bo od tego jest miska. Maciej nie płacze — zdejmuje okulary, niby szkła przeciera. Antoś nie odpowiada dziadkowi — składa list we czworo nazad, po dawnych zgięciach, powoli i nabożnie. W całym poemacie nie pada ani jedna nazwa emocji.

Narrator jest najpierw gawędziarzem, dopiero potem poetą. Zna Macieja od dzieciństwa, pamięta jego ojca, część historii ma z opowieści starszych („tak starzy mówili”), a część widział sam („Sam ją widziałem”). Otwarcie przyznaje granice własnej wiedzy — „kto zgadnie?”, „co ja tam wiem. Stara ze mnie głowa”. Dzięki temu nie wyrokuje o sporze dziadka z wnukiem: relacjonuje go i zostawia czytelnikowi.

Humor wypływa z charakterów, nie z sytuacji komicznych. Herb wędruje na ścianę w największe niedziele, choć strzecha stara, a w oborze niewiele. Przodek miał wieś, pieczęć i szablę — „nie wiedzieć do czego”. Kum Wincenty przychodzi niby po sito, a gada jak najęty. Wybuch Macieja — „W tej piaście więcej niż pół miasta!” — śmieszy, lecz nie ośmiesza: śmiejemy się razem z nim, nie z niego.

Konflikt nie przybiera formy dyskusji. Rozgrywa się przy smarowaniu wozu, przy śniadaniu, przy płocie i w sadzie. Racje obu stron pokazane są przez przedmioty: dla Macieja piasta jest dowodem ciągłości rodu, dla Antosia piastą i niczym więcej. Spór o dziegieć i osie jest formą, w której obaj mówią o czymś zupełnie innym.

Punkt zwrotny — list z Rygi i wbudowana w węgieł spalona belka — nie zostaje opatrzony komentarzem. Odkrycie nie przekonuje Antosia do pozostania; zmienia jedynie sposób patrzenia. Nazajutrz widzi tę samą wieś, to samo błoto i tę samą olszynę, ale patrzy inaczej. Belka mówi sama za siebie: nieszczęście wbudowane w dom trzyma dziś jego węgieł.

Forma to trzynastozgłoskowiec ze średniówką po siódmej sylabie i rymem parzystym żeńskim. Wszystkie sto cztery wersy zostały sprawdzone programowo pod względem liczby sylab, miejsca średniówki i typu klauzuli. Rymy czasownikowe w strofie o wozie pozostawiono świadomie: to składnia mowy Macieja, a nie usterka warsztatu. Tam, gdzie idealny rym wchodził w konflikt z naturalnym zdaniem, wybierano zdanie.


Podgaje są wsią zmyśloną, lecz zupełnie zwyczajną dla Wileńszczyzny: chaty pod strzechą, błotnista droga z koleinami, sad, studnia, przydrożny krzyż na rozstaju, niewielki kościół i pola ciągnące się pod las.

Herb i papiery w kufrze Macieja mają tło poważniejsze, niż wynikałoby z samej próżności. Po powstaniu listopadowym władze rosyjskie prowadziły weryfikację szlachectwa na ziemiach zabranych: kto nie zdołał udowodnić go dokumentem, tracił stan szlachecki i przechodził między jednodworców lub mieszczan. Dla drobnej szlachty zaściankowej papier z pieczęcią bywał więc jedynym dowodem tego, kim się jest. Duma Macieja jest śmieszna — i zarazem ma swoje uzasadnienie.

Odwołanie do króla Stefana wskazuje na Stefana Batorego (1576–1586); w rodzinnych podaniach drobnej szlachty czas panowania tego władcy funkcjonował jako umowna miara starożytności rodu.

Stelmach to rzemieślnik wyrabiający koła i wozy; piasta — środkowa część koła, w którą wchodzi oś. Powołanie się na stelmacha z Wilna jest w ustach Macieja najwyższą miarą jakości. Dziegieć służył do smarowania osi; żur — codzienna polewka na zakwasie.

Wyjazd Bartłomieja „za chlebem” do Rygi i praca przy kanale odpowiada realnej sezonowej migracji zarobkowej z guberni wileńskiej do miast nadbałtyckich w XIX wieku. Pożary wsi krytych strzechą były zjawiskiem powszechnym, a zwyczaj wbudowania ocalałej belki w węgieł nowego domu należał do domowej pamięci rodzinnej, nie do obrzędu.

Zdjęcie kapelusza przy krzyżu na rozstaju, droga całej wsi na niedzielną mszę, szkaplerz w kufrze — to elementy codziennego obyczaju, nie deklaracji religijnych. Wiara jest tu obecna tak, jak bywa obecna w życiu: przez gest, a nie przez wykład.


Władysław Syrokomla to pseudonim Ludwika Kondratowicza (1823–1862), przyjęty od nazwy herbu rodowego. Urodził się w Smolhowie na Mińszczyźnie, jako bardzo młody człowiek pracował w kancelarii zarządu dóbr radziwiłłowskich w Nieświeżu, potem gospodarował na wsi — w Załuczu nad Niemnem, a od roku 1853 w Borejkowszczyźnie pod Wilnem. Przylgnęło do niego określenie „lirnik wioskowy”.

Jego żywiołem była gawęda: opowieść wierszem o zwyczajnym człowieku kresowej wsi lub zaścianka, prowadzona głosem miejscowego narratora, z łagodnym humorem i bez patosu. Syrokomla dużo tłumaczył — z łaciny poetów polsko-łacińskich, a także z rosyjskiego, ukraińskiego i francuskiego.

Ciekawostka, o której warto pamiętać: napisany przez niego wiersz o pocztylionie stał się podstawą rosyjskiej pieśni „Kiedy służyłem na poczcie woźnicą”, do dziś śpiewanej przez ludzi zwykle nieświadomych jej pochodzenia. Utwór polskiego poety z Wileńszczyzny zyskał w ten sposób drugie, całkowicie osobne życie.

Krótko więziony przez władze rosyjskie, zmarł w Wilnie we wrześniu 1862 roku. Jego pogrzeb przerodził się w wielotysięczną manifestację; spoczął na wileńskiej Rossie. Niniejszy poemat nie jest naśladowaniem żadnego z jego tekstów — korzysta wyłącznie z szerokiego ducha gawędy i „swojskości”, którego Syrokomla był mistrzem.


Данііл (Даніла) Лазько

РАНАК У ПАДГАЯХ

Гутарка


Туапсэ, 21 жніўня 2026



РАНАК У ПАДГАЯХ

Гутарка. Аўтарскі пераклад з польскай

Яшчэ не ўзышла зорка — рыпнулі вароты,

сабака ля парога брахнуў без ахвоты,

а певень на калёсах браў з фальшывай ноты,

і нехта ў цёмных сенцах шукаў свае боты.


Зарыпела фурманка недзе каля млына,

відаць, каму на кірмаш прыйшла ўжо гадзіна;

пахла сенам пакосаў і мокрай зямлёю,

а пастух пад дубровай гукаў над ракою.


Аж потым толькі святло з-за альхі праб'ецца,

і мгла ад той рачулкі ў даліну кладзецца,

і вёска, як яна ёсць — з калдобай, з гразёю, —

на хвілю здасца людзям амаль маладою.


Мацей — а хто ж бы іншы — ўстаў першы ў Падгаях,

бо так вядзецца здаўна ў дзедаўскіх звычаях:

каню задаў ён сена, пагладзіў — маўкліва,

і ціха з ім гаварыў, як з людзьмі, — праўдзіва.


Я знаў яго, як бацьку, — памяць не падводзіць:

абодва — нібы груша, што на мяжы родзіць;

радзіць яны любілі, дзе трэба, не трэба,

бо розум не купляюць і не просіць хлеба.


А нешта ён хаваў там на дне старой скрыні:

герб з пячаткай — а колькі ў тым старой гардыні!

Страха стара, плот крывы, у хляве нямнога,

затое ў свята герб той вісеў ля парога.


Дастане і разложыць, прыцісне рукамі,

і чытае ў соты раз літары з кветкамі:

што продак пры Стэфану меў герб і пячатку,

і вёску — нашто, аднак, не знойдзеш адгадку.


Унук Антось са стрыху сышоў, як заўсёды,

высокі, як той ясень ля самае воды;

хлопец кемлівы, здатны, а думкі ў сталіцы:

там праца, там навука, там варта вучыцца.


Антося не вінаваць: яму не сядзіцца,

жарабя праз плот скача, хоць ёсць дзе напіцца.

Ды дзеда гэта грызла. Ён гаварыў мала,

толькі хадзіў, як хмара, — і сонца не стала.


Якраз таго паранку ўзяліся за колы,

бо кірмаш у мястэчку, а восі — без смолы.

— Ці бачыш ты ступіцу? Дзед твой яе строіў,

стэльмах з Вільні лепшае б і сам не накроіў.


А ўнук паволі кажа: — Ды што там, ступіца.

— Як «што там»?! Ды ў ступіцы больш, чым у сталіцы!

Пайшло нібы пра дзёгаць, пра восі, пра колы,

а ў сэрцы ў іх абодвух пякло не ад смолы.


За снеданнем маўчалі — адно лыжкі гралі,

а ў бабкі над міскамі рукі задрыжалі;

зірне раз на Мацея, потым на ўнучыска,

уздыхне, дальецца жур — на тое і міска.


Апоўдні ля плота кум прыйшоў быў па сіта,

а гаварыў без меры — і ўсё так адкрыта:

— Я чуў, што ваш Антоні ўжо ў горад бярэцца?

А Мацей вус прыкусіў: — Плятуць. Не вядзецца.


А вечарам у садзе быў даўжэй, чым трэба:

глядзеў на яблынь завязь, як бы прасіў неба —

не за сябе, крый Божа: не прасіў нічога, —

а каб было каму ўсё несці ад парога.


У нядзелю званілі на імшу з касцёла,

і рушыла ўся вёска — было ўсім вясёла.

Мацей ішоў у шапцы — яна бацьку знае;

пры крыжы на ростанях ён яе здымае.


Аж восенню прыйшлося парадкаваць гумна

— перад зімой, як штогод, работа разумна.

На гарышчы, пад стрэхай, куфар стаў дубовы,

а помніў ён — хто скажа? — чые ў ім галовы.


Ключа ніхто не помніў — паддзелі стамескай,

аж войкнула старое, акутае, з трэскам.

А ў куфры: пояс, шкаплер, сукманка, паперы,

а на дне ліст, складзены ўчацвёра, — край шэры.


Чыталі каля акна, схіліўшы галовы,

склад за складам, паволі, — там даўнія словы:

пісаў прадзед Бартламей з Рыгі, у нядолі,

што тужыць і вясною вернецца з няволі.


Бо й ён калісь быў хлопцам, і яму Падгаі

здаваліся цеснымі — не тыя звычаі;

пайшоў па хлеб у горад, капаў там канаву,

насіў чужыя грузы — і моўчкі, як справу.


А тут дома тым часам — вестка невясёла:

за ноч адну ўсё з дымам пайшло там наўкола.

Вярнуўся з вузельчыкам ды з дзвюма рукамі,

і рук гэтых хапіла. А больш — за радкамі.


Абгарэлую бэльку — людзі гаварылі —

у вугал новай хаты знарок тады ўбілі.

Я сам яе бачыў там: чорная гадамі,

трымае вугал дасюль — паўхаты плячамі.


Мацей зняў акуляры — ды шкло працірае,

а насамрэч у воку штосьці набрыняе.

Антось не мовіў слова — ліст склаў асцярожна,

учацвёра назад — так паволі, набожна.


Назаўтра выйшаў Антось да дня, яшчэ ў росы,

глядзеў, як імгла лягла на тыя пакосы.

Тая ж вёска, што ўчора: гразь, плот і альшына —

а глядзеў, бы ўпершыню бачыў той хлапчына.


Ці паедзе? Паедзе. Так людзі мяркуюць;

а ногі маладыя камення не чуюць.

А ці вернецца? Прадзед вярнуўся ж дадому.

А зрэшты, што я знаю. Не верце старому.


А ўчора іх абодвух бачыў пры стадоле:

мазалі воз абодва — і зноў ім у поле.

Мацей гаварыў за трох — а слоў, нібы хмары,

Антось слухаў, а часам і ўсмешка на твары.


А сёння, як заўсёды: рыпнулі вароты,

певень крыкнуў, сабака зеўнуў без ахвоты,

ад касцёла ранішні звон плыў па балоні,

а імгла ўстала з ракі, дзе фыркаюць коні.



RANAK U PADHAJACH

Łacinka — z dyjakrytyčnymi znakami

Jašče nie ŭzyšła zorka — rypnuli varoty,

sabaka lia paroha brachnuŭ biez achvoty,

a pievień na kaliosach braŭ z falšyvaj noty,

i niechta ŭ ciomnych siencach šukaŭ svaje boty.


Zarypieła furmanka niedzie kalia młyna,

vidać, kamu na kirmaš pryjšła ŭžo hadzina;

pachła sienam pakosaŭ i mokraj ziamlioju,

a pastuch pad dubrovaj hukaŭ nad rakoju.


Až potym tolki sviatło z-za alchi prabjecca,

i mhła ad toj račułki ŭ dalinu kładziecca,

i vioska, jak jana josć — z kałdobaj, z hrazioju, —

na chviliu zdasca liudziam amal maładoju.


Maciej — a chto ž by inšy — ŭstaŭ pieršy ŭ Padhajach,

bo tak viadziecca zdaŭna ŭ dziedaŭskich zvyčajach:

kaniu zadaŭ jon siena, pahładziŭ — maŭkliva,

i cicha z im havaryŭ, jak z liudźmi, — praŭdziva.


Ja znaŭ jaho, jak baćku, — pamiać nie padvodzić:

abodva — niby hruša, što na miažy rodzić;

radzić jany liubili, dzie treba, nie treba,

bo rozum nie kupliajuć i nie prosić chlieba.


A niešta jon chavaŭ tam na dnie staroj skryni:

hierb z piačatkaj — a kolki ŭ tym staroj hardyni!

Stracha stara, płot kryvy, u chliavie niamnoha,

zatoje ŭ sviata hierb toj visieŭ lia paroha.


Dastanie i razłožyć, prycisnie rukami,

i čytaje ŭ soty raz litary z kvietkami:

što prodak pry Stefanu mieŭ hierb i piačatku,

i viosku — našto, adnak, nie znojdzieš adhadku.


Unuk Antoś sa strychu syšoŭ, jak zaŭsiody,

vysoki, jak toj jasień lia samaje vody;

chłopiec kiemlivy, zdatny, a dumki ŭ stalicy:

tam praca, tam navuka, tam varta vučycca.


Antosia nie vinavać: jamu nie siadzicca,

žarabia praz płot skača, choć josć dzie napicca.

Dy dzieda heta hryzła. Jon havaryŭ mała,

tolki chadziŭ, jak chmara, — i sonca nie stała.


Jakraz taho paranku ŭzialisia za koły,

bo kirmaš u miastečku, a vosi — biez smoły.

— Ci bačyš ty stupicu? Dzied tvoj jaje stroiŭ,

stelmach z Vilni liepšaje b i sam nie nakroiŭ.


A ŭnuk pavoli kaža: — Dy što tam, stupica.

— Jak «što tam»?! Dy ŭ stupicy bolš, čym u stalicy!

Pajšło niby pra dziohać, pra vosi, pra koły,

a ŭ sercy ŭ ich abodvuch piakło nie ad smoły.


Za sniedanniem maŭčali — adno łyžki hrali,

a ŭ babki nad miskami ruki zadryžali;

zirnie raz na Macieja, potym na ŭnučyska,

uzdychnie, daljecca žur — na toje i miska.


Apoŭdni lia płota kum pryjšoŭ byŭ pa sita,

a havaryŭ biez miery — i ŭsio tak adkryta:

— Ja čuŭ, što vaš Antoni ŭžo ŭ horad biarecca?

A Maciej vus prykusiŭ: — Pliatuć. Nie viadziecca.


A viečaram u sadzie byŭ daŭžej, čym treba:

hliadzieŭ na jabłyń zaviaź, jak by prasiŭ nieba —

nie za siabie, kryj Boža: nie prasiŭ ničoha, —

a kab było kamu ŭsio niesci ad paroha.


U niadzieliu zvanili na imšu z kascioła,

i rušyła ŭsia vioska — było ŭsim viasioła.

Maciej išoŭ u šapcy — jana baćku znaje;

pry kryžy na rostaniach jon jaje zdymaje.


Až vosienniu pryjšłosia paradkavać humna

— pierad zimoj, jak štohod, rabota razumna.

Na haryščy, pad strechaj, kufar staŭ dubovy,

a pomniŭ jon — chto skaža? — čyje ŭ im hałovy.


Kliuča nichto nie pomniŭ — paddzieli stamieskaj,

až vojknuła staroje, akutaje, z treskam.

A ŭ kufry: pojas, škaplier, sukmanka, papiery,

a na dnie list, składzieny ŭčacviora, — kraj šery.


Čytali kalia akna, schiliŭšy hałovy,

skład za składam, pavoli, — tam daŭnija słovy:

pisaŭ pradzied Bartłamiej z Ryhi, u niadoli,

što tužyć i viasnoju vierniecca z niavoli.


Bo j jon kaliś byŭ chłopcam, i jamu Padhai

zdavalisia ciesnymi — nie tyja zvyčai;

pajšoŭ pa chlieb u horad, kapaŭ tam kanavu,

nasiŭ čužyja hruzy — i moŭčki, jak spravu.


A tut doma tym časam — viestka nieviasioła:

za noč adnu ŭsio z dymam pajšło tam naŭkoła.

Viarnuŭsia z vuzielčykam dy z dzviuma rukami,

i ruk hetych chapiła. A bolš — za radkami.


Abharełuju belku — liudzi havaryli —

u vuhał novaj chaty znarok tady ŭbili.

Ja sam jaje bačyŭ tam: čornaja hadami,

trymaje vuhał dasiul — paŭchaty pliačami.


Maciej zniaŭ akuliary — dy škło praciraje,

a nasamreč u voku štości nabryniaje.

Antoś nie moviŭ słova — list skłaŭ asciarožna,

učacviora nazad — tak pavoli, nabožna.


Nazaŭtra vyjšaŭ Antoś da dnia, jašče ŭ rosy,

hliadzieŭ, jak imhła liahła na tyja pakosy.

Taja ž vioska, što ŭčora: hraź, płot i alšyna —

a hliadzieŭ, by ŭpieršyniu bačyŭ toj chłapčyna.


Ci pajedzie? Pajedzie. Tak liudzi miarkujuć;

a nohi maładyja kamiennia nie čujuć.

A ci vierniecca? Pradzied viarnuŭsia ž dadomu.

A zrešty, što ja znaju. Nie viercie staromu.


A ŭčora ich abodvuch bačyŭ pry stadolie:

mazali voz abodva — i znoŭ im u polie.

Maciej havaryŭ za troch — a słoŭ, niby chmary,

Antoś słuchaŭ, a časam i ŭsmieška na tvary.


A sionnia, jak zaŭsiody: rypnuli varoty,

pievień kryknuŭ, sabaka zieŭnuŭ biez achvoty,

ad kascioła ranišni zvon płyŭ pa bałoni,

a imhła ŭstała z raki, dzie fyrkajuć koni.



RANAK U PADHAJACH

Łacinka — biez dyjakrytyčnych znakaŭ

(варыянт без дыякрытыкі: č→c, š→s, ž→z, ć→c, ś→s, ź→z, ń→n, ł→l, ŭ→u)

Jasce nie uzysla zorka — rypnuli varoty,

sabaka lia paroha brachnuu biez achvoty,

a pievien na kaliosach brau z falsyvaj noty,

i niechta u ciomnych siencach sukau svaje boty.


Zarypiela furmanka niedzie kalia mlyna,

vidac, kamu na kirmas pryjsla uzo hadzina;

pachla sienam pakosau i mokraj ziamlioju,

a pastuch pad dubrovaj hukau nad rakoju.


Az potym tolki sviatlo z-za alchi prabjecca,

i mhla ad toj raculki u dalinu kladziecca,

i vioska, jak jana josc — z kaldobaj, z hrazioju, —

na chviliu zdasca liudziam amal maladoju.


Maciej — a chto z by insy — ustau piersy u Padhajach,

bo tak viadziecca zdauna u dziedauskich zvycajach:

kaniu zadau jon siena, pahladziu — maukliva,

i cicha z im havaryu, jak z liudzmi, — praudziva.


Ja znau jaho, jak backu, — pamiac nie padvodzic:

abodva — niby hrusa, sto na miazy rodzic;

radzic jany liubili, dzie treba, nie treba,

bo rozum nie kupliajuc i nie prosic chlieba.


A niesta jon chavau tam na dnie staroj skryni:

hierb z piacatkaj — a kolki u tym staroj hardyni!

Stracha stara, plot kryvy, u chliavie niamnoha,

zatoje u sviata hierb toj visieu lia paroha.


Dastanie i razlozyc, prycisnie rukami,

i cytaje u soty raz litary z kvietkami:

sto prodak pry Stefanu mieu hierb i piacatku,

i viosku — nasto, adnak, nie znojdzies adhadku.


Unuk Antos sa strychu sysou, jak zausiody,

vysoki, jak toj jasien lia samaje vody;

chlopiec kiemlivy, zdatny, a dumki u stalicy:

tam praca, tam navuka, tam varta vucycca.


Antosia nie vinavac: jamu nie siadzicca,

zarabia praz plot skaca, choc josc dzie napicca.

Dy dzieda heta hryzla. Jon havaryu mala,

tolki chadziu, jak chmara, — i sonca nie stala.


Jakraz taho paranku uzialisia za koly,

bo kirmas u miastecku, a vosi — biez smoly.

— Ci bacys ty stupicu? Dzied tvoj jaje stroiu,

stelmach z Vilni liepsaje b i sam nie nakroiu.


A unuk pavoli kaza: — Dy sto tam, stupica.

— Jak «sto tam»?! Dy u stupicy bols, cym u stalicy!

Pajslo niby pra dziohac, pra vosi, pra koly,

a u sercy u ich abodvuch piaklo nie ad smoly.


Za sniedanniem maucali — adno lyzki hrali,

a u babki nad miskami ruki zadryzali;

zirnie raz na Macieja, potym na unucyska,

uzdychnie, daljecca zur — na toje i miska.


Apoudni lia plota kum pryjsou byu pa sita,

a havaryu biez miery — i usio tak adkryta:

— Ja cuu, sto vas Antoni uzo u horad biarecca?

A Maciej vus prykusiu: — Pliatuc. Nie viadziecca.


A viecaram u sadzie byu dauzej, cym treba:

hliadzieu na jablyn zaviaz, jak by prasiu nieba —

nie za siabie, kryj Boza: nie prasiu nicoha, —

a kab bylo kamu usio niesci ad paroha.


U niadzieliu zvanili na imsu z kasciola,

i rusyla usia vioska — bylo usim viasiola.

Maciej isou u sapcy — jana backu znaje;

pry kryzy na rostaniach jon jaje zdymaje.


Az vosienniu pryjslosia paradkavac humna

— pierad zimoj, jak stohod, rabota razumna.

Na haryscy, pad strechaj, kufar stau dubovy,

a pomniu jon — chto skaza? — cyje u im halovy.


Kliuca nichto nie pomniu — paddzieli stamieskaj,

az vojknula staroje, akutaje, z treskam.

A u kufry: pojas, skaplier, sukmanka, papiery,

a na dnie list, skladzieny ucacviora, — kraj sery.


Cytali kalia akna, schiliusy halovy,

sklad za skladam, pavoli, — tam daunija slovy:

pisau pradzied Bartlamiej z Ryhi, u niadoli,

sto tuzyc i viasnoju vierniecca z niavoli.


Bo j jon kalis byu chlopcam, i jamu Padhai

zdavalisia ciesnymi — nie tyja zvycai;

pajsou pa chlieb u horad, kapau tam kanavu,

nasiu cuzyja hruzy — i moucki, jak spravu.


A tut doma tym casam — viestka nieviasiola:

za noc adnu usio z dymam pajslo tam naukola.

Viarnuusia z vuzielcykam dy z dzviuma rukami,

i ruk hetych chapila. A bols — za radkami.


Abhareluju belku — liudzi havaryli —

u vuhal novaj chaty znarok tady ubili.

Ja sam jaje bacyu tam: cornaja hadami,

trymaje vuhal dasiul — pauchaty pliacami.


Maciej zniau akuliary — dy sklo praciraje,

a nasamrec u voku stosci nabryniaje.

Antos nie moviu slova — list sklau asciarozna,

ucacviora nazad — tak pavoli, nabozna.


Nazautra vyjsau Antos da dnia, jasce u rosy,

hliadzieu, jak imhla liahla na tyja pakosy.

Taja z vioska, sto ucora: hraz, plot i alsyna —

a hliadzieu, by upiersyniu bacyu toj chlapcyna.


Ci pajedzie? Pajedzie. Tak liudzi miarkujuc;

a nohi maladyja kamiennia nie cujuc.

A ci vierniecca? Pradzied viarnuusia z dadomu.

A zresty, sto ja znaju. Nie viercie staromu.


A ucora ich abodvuch bacyu pry stadolie:

mazali voz abodva — i znou im u polie.

Maciej havaryu za troch — a slou, niby chmary,

Antos sluchau, a casam i usmieska na tvary.


A sionnia, jak zausiody: rypnuli varoty,

pievien kryknuu, sabaka zieunuu biez achvoty,

ad kasciola ranisni zvon plyu pa baloni,

a imhla ustala z raki, dzie fyrkajuc koni.




Беларуская версія — адзіная з трох, дзе форма арыгінала захавана цалкам: трынаццаціскладовік з цэзурай пасля сёмага складу, парная жаночая рыфма. Усе сто чатыры радкі правераны праграмна на колькасць складоў, месца цэзуры і тып канчатку. Гэта не выпадковасць: польскі трынаццаціскладовік і беларускі верш кресовай традыцыі маюць агульны сілабічны корань, і радок тут не даводзіцца перарабляць пад іншую метрычную сістэму.

Тым не менш страты ёсць, і іх трэба назваць проста.

Радок 8. У арыгінале пастух «próbował dwóch głosów» — прабаваў два галасы, свой і рэха. У беларускім тэксце засталося толькі «гукаў над ракою»: другі голас страчаны цалкам, бо ў шэсць складоў другога паўрадка ён не ўкладаўся.

Радок 42. Польскі каламбур piasta / miasta («у гэтай ступіцы больш, чым паўгорада») непадуладны даслоўнаму перакладу. Замест яго ўзята пара ступіца / сталіца — гэта не капіраванне, а раўнацэнная замена, і ў ёй жарт нават мацнейшы: Мацей мераецца не з паўгорадам, а са сталіцай.

Радок 52. «Nie stoi w papierze» — Мацей адмаўляе плётку спасылкай на дакумент, што дакладна адпавядае яго характару. У беларускім варыянце «Не вядзецца» пераносіць акцэнт з паперы на сямейны звычай. Матыў дакумента тут аслаблены.

Радок 80. «Więcej w liście nie ma» перададзена як «А больш — за радкамі». Сэнс жэсту (апавядальнік спыняецца там, дзе спыняецца дакумент) захаваны, але беларускі варыянт крыху больш вобразны, чым сухі арыгінал.

Лацінка пададзена ў класічным правапісе, дзе мяккасць перад ia, ie, io, iu, i абазначаецца самой галоснай, а знакі ć, ś, ź, ń, dź ужываюцца толькі перад зычнымі і на канцы слова. Варыянт без дыякрытыкі прызначаны для сістэм, дзе такія знакі не адлюстроўваюцца; ён чытаецца, але страчвае адрозненне мяккіх і цвёрдых, а таксама ł/l.


Вершаваная гутарка пабудавана на ранішняй раме. Першая і апошняя страфа даюць тыя самыя гукі — рып варот, певень, сабака, звон, імгла над ракою, — але пасля гісторыі прадзеда Бартламея чытач чуе іх іначай. Сэнс нідзе не прамаўляецца.

Пачуцці ў тэксце перадаюцца толькі рэччу і жэстам: бабка замест слоў далівае жур, Мацей нібы працірае акуляры, Антось складае ліст назад па старых згібах. Ніводнае пачуццё не названа.

Апавядальнік — перш за ўсё гутарнік. Ён ведае Мацея з дзяцінства, частку гісторыі мае ад старых, частку бачыў сам («Я сам яе бачыў там»), і адкрыта прызнае межы свайго ведання: «хто скажа?», «А зрэшты, што я знаю. Не верце старому». Ён не выносіць прысуду ў спрэчцы дзеда з унукам.

Абгарэлая бэлька, знарок убітая ў вугал новай хаты, застаецца без тлумачэння. Няшчасце, убудаванае ў дом, трымае сёння яго вугал — і паўхаты. Гэта ўсё, што сказана.

Daniil Lazko(Łaźko)

Napisane przez

Daniil Lazko(Łaźko)

Jestem autorem, dla którego poezja zaczyna się tam, gdzie milknie proste wyjaśnienie. Interesuje mnie romantyzm, historia Europy Wschodniej, pamięć, honor, wygnanie i ciemniejsza strona ludzkiej godności. Piszę z zamiłowaniem do rytmu, skrótu i wyrazu precyzyjnego, szukając tonu między melancholią a ironią. Bliskie są mi zarówno klasyczne tradycje literackie, jak i ich nowoczesne, żywe odczytania.

Oceń utwór

Brak ocen, bądź pierwszy!

Wspieraj Poetica.pl

Tutaj najważniejsze są słowa — bez reklam, bez hałasu, bez rozpraszaczy.

Jeśli chcesz pomóc nam pisać dalszy ciąg Poetica.pl, postaw nam kawę lub wesprzyj nas na Patronite.

Dziękujemy!

Komentarze

, aby skomentować

Brak komentarzy. Zaloguj się, aby rozpocząć dyskusję.