Róża pojednania
Zdjąłem maskę tak zdecydowanie,
którą założono mi dawno już temu.
Teraz leży obok niemych okularów
i okruchów wczorajszego chleba.
Tu na ziemi symbolem mojego głodu
i kubka z herbatą wypitej do połowy,
jako mojego odwiecznego pragnienia.
Sprzątnęłaś to wszystko uczciwie
i usiedliśmy znów razem przy stole,
na którym czerwoną różę położyłem,
na znak nadziei, której już nie było.
Nie patrzyłaś nawet na mnie i na nią.
Wstałaś nagle, pomyślałem, że po to
aby przynieść dla niej wazon z wodą,
by w nas żyć, mogła jeszcze nadzieja.
Odeszłaś jednak, a my zostaliśmy sami
ja i moja na blacie stołu czerwona róża.
Została tam, aż zwiędła i całkiem uschła
z tęsknoty, tak jak ja - tylko niby po co.
Lecz stało się o to nagle coś dziwnego.
Uniosła mnie ku górze jakaś niema siła.
Gdy u jedynej tylko bramy stanąłem
królestwa lecz nie z mojego świata,
kołatałem i stukałem w nią z mocą,
aby mi otworzono, a gdy to się stało,
wchłonęła mnie tam do swego wnętrza
Miłość. Ta co jest wszechogarniająca
zupełnie bez pytań i oczekiwań cienia.
Tak po prostu bo zawsze przecież mogła
i zawsze tam była, jest i zawsze będzie.
Tak pięknie i na przekór wszystkiemu.
Nie tak jak kiedyś tam nisko na ziemi
- czasami lub tak tylko mi się zdawało.
28.10.2025 r. godz. 7:50
Elizabeth
