Obraz tła Poetica

Wiersze i opowiadania — portal literacki

Czytaj i publikuj wiersze, opowiadania, artykuły i felietony

Wiersze

STÓŁ

daniil-lazko

Daniil Lazko(Łaźko)
Daniil Lazko(Łaźko)
30 sierpnia 2026·13 min czytania·2 Odwiedziny

STÓŁ

Daniił Łaźko


Tuapse

30 sierpnia 2026


STÓŁ


Jesienny wieczór schodził na dwór i na stawy,

wiatr niósł od sadu chłodne, przemoknięte liście;

w izbie na długim stole stygły już potrawy,

a wokół nich sąsiedzi siedli uroczyście.

Ja, wróciwszy po latach w rodzinne opłotki,

siadłem u dołu stołu, słuchałem z daleka,

jak rozmowa się rodzi z pogody i z plotki,

z cen na wełnę, z podatków, z jednego człowieka.


Pan Bogusz mówił pięknie o czci i honorze,

lecz przy trzeciej nalewce wspomniał też o miedzy,

co ją sąsiad przeorał w zeszłoroczne zboże,

i szkodę tę wyliczał do drobnych pieniędzy.

Pani Zofia westchnęła nad zepsuciem świata,

poprawiła różaniec przy czarnym mankiecie

i szeptem powiedziała, co słychać u brata

tej wdowy — o czym mówić nie godzi się przecie.


Młody Karol, co wrócił z Wilna na wakacje,

ziewał, mówiąc, że tutaj duch narodu drzemie,

lecz trzykrotnie z półmiska brał sobie kolację

i wypytał, czy pannie zapisano ziemię.

Wuj Ignacy wspominał dziada Wojewodę,

co pod Wiedniem sam jeden zdobył cztery działa;

lecz spór o czwarte działo zepsuł wszystkim zgodę,

i świeca nad tą wojną do pół się stopniała.


Aż zeszła cicho mowa na starca Sewera,

którego miejsce stało puste od wieczora:

„Nie bywa u nikogo, pycha go pożera,

zaprosisz go — nie przyjdzie: nie z naszego dwora.”

I zgodzili się wszyscy: trzeba go odwiedzić,

i każdy skinął głową, wyprostował nogi;

lecz nim kto zdołał termin i porę powiedzieć,

wrócono do podatków, do żniw i do drogi.


Wtem dzwon uderzył z dala, raz, potem raz drugi,

i wszedł chłopak Sewera, bez czapki, zdyszany,

i rzekł: pan umarł w nocy, bez księdza i sługi.

I ucichły od razu rozmowy i dzbany.

Nikt nie wiedział, co mówić. Pani Zofia wstała;

ktoś rzekł, że w taką jesień deszczu bardzo trzeba;

a tam, gdzie go czekano, świeca dogasała

i stygła filiżanka, szara kromka chleba.


A ja? Siedziałem z boku i w duchu się śmiałem,

i już składałem wiersze o cudzej śmieszności,

wspomniałem: dziś pod jego oknami jechałem,

lecz koni nie wstrzymałem — śpieszyłem do gości.

Zostałem jeszcze chwilę przy wystygłym stole,

gałąź biła o szybę, dzwon szedł nad ogrodem;

i chleb, co dlań krajano, zjadłem sam, na dole,

gdzie chleb jest tylko chlebem, a człowiek — przechodem.


ANALIZA LITERACKA

I. Zamysł

Wiersz opowiada jeden jesienny wieczór w prowincjonalnym dworze i mieści się w czterdziestu ośmiu wersach, lecz jego rzeczywistym tematem nie jest ani dwór, ani wieczór. Tematem jest odległość między tym, co ludzie o sobie mówią, a tym, co w tej samej chwili robią rękami — i odkrycie, że ten, kto tę odległość tropi, sam ją w sobie nosi.

Utwór podlega jednemu prawu, którego nie łamie ani razu: nie orzeka o człowieku wprost. Nie pada w nim ani słowo „obłuda”, ani „próżność”, ani „małość”. Wszystko, co czytelnik wie o zgromadzonych, wie z gestu, z rachunku, z pytania zadanego nie w porę. Ostatnia strofa nazywa jedną rzecz po imieniu — próżność — i nazywa ją wyłącznie o sobie samym.

II. Stół

Stół wchodzi w pierwszej strofie jako znak wspólnoty: długi, zastawiony, otoczony ludźmi, którzy siadają uroczyście. Utwór rozbiera ten znak na części. Najpierw okazuje się, że stół ma górę i dół — narrator siada u dołu i stamtąd słucha. Potem, że każdy przy nim pilnuje własnego rachunku i własnego dobrego imienia. W czwartej strofie ujawnia się miejsce puste, którego nikt nie zauważył od wieczora, choć wszyscy przy nim siedzą. W piątej stół pustoszeje naprawdę, a zostaje na nim rzecz najmniejsza z możliwych: stygnąca filiżanka i kromka chleba, przygotowane dla kogoś, kto już nie przyjdzie.

W zakończeniu stół wraca po raz czwarty i po raz pierwszy jest naprawdę wspólny — dopiero wtedy, gdy nie ma przy nim nikogo prócz jednego człowieka, który je cudzy chleb na miejscu, którego nikt nie chciał. Ta droga od zastawionego stołu do dwóch przedmiotów na pustym blacie jest właściwą fabułą utworu; wszystko inne dzieje się przy niej.

III. Cztery portrety

Galeria postaci działa według jednej zasady: człowiek wygłasza rzecz wielką i natychmiast wykonuje czynność małą, a autor nie komentuje odstępu między nimi. Pan Bogusz mówi pięknie o czci i honorze, po czym przy trzeciej nalewce liczy szkodę z zaoranej miedzy „do drobnych pieniędzy” — i to zdrobnienie, nie oskarżenie, wykonuje całą pracę. Pani Zofia wzdycha nad zepsuciem świata, poprawia różaniec i tym samym ruchem przekazuje dalej cudzą reputację, kończąc uwagą, że mówić o tym nie wypada. Młody Karol ziewa nad uśpionym duchem narodu, trzykrotnie sięga po kolację i pyta, czy pannie zapisano ziemię: trzy zdania, trzy różne piętra tej samej osoby.

Czwarty portret jest z nich najlepiej zbudowany, bo jako jedyny nie kończy się na skąpstwie ani na apetycie. Wuj Ignacy wspomina dziada wojewodę i cztery działa zdobyte pod Wiedniem — a spór o to czwarte działo psuje zgodę całemu stołowi. Wielka historia zamienia się w kłótnię o jedną sztukę; słowo „wojna” w następnym wersie odnosi się już nie do Wiednia, lecz do izby. Świeca, która stopniała nad tą wojną do połowy, jest pierwszym pojawieniem się przedmiotu, który wróci nad pustym nakryciem po wiadomości o śmierci.

IV. Punkt zwrotny

Zwrot przygotowany jest z premedytacją. Zgromadzeni ustalają, że starego Sewera trzeba odwiedzić, „bo tak wypada” — i tu wiersz wykonuje swój najostrzejszy ruch: nie dopowiada nic, tylko pokazuje, że każdy skinął głową i wyprostował nogi. Zgoda wyrażona rozprostowaniem nóg pod stołem jest dokładnym przeciwieństwem wstania od stołu. Nim ktokolwiek zdąży wymienić dzień, rozmowa odpływa do podatków, żniw i drogi. Nikt nie skłamał; nikt też nigdzie nie pojedzie.

Dopiero wtedy uderza dzwon i wchodzi chłopak bez czapki. Wiadomość podana jest w pół wersu, bez przymiotnika. Po niej nie następuje ani lament, ani morał, lecz cztery gesty: kobieta wstaje i nie wie po co, ktoś mówi o deszczu, dopala się świeca, stygnie filiżanka. Zdanie o deszczu jest w tym miejscu celowo najsłabszym zdaniem utworu — bo tak właśnie mówią ludzie, którym odjęto słowa.

V. Przemiana i zakończenie

Narrator przez pięć strof korzysta z przywileju obserwatora i w szóstej ten przywilej traci. Okazuje się, że siedząc z boku, już układał wiersze o cudzej śmieszności — a więc robił to samo, co reszta stołu: obracał bliźniego w materiał. Zaraz potem przypomina sobie rzecz konkretną: tego samego wieczoru jechał pod oknami Sewera i nie wstrzymał koni, bo śpieszył się na to właśnie zebranie. Koło się zamyka bez jednego słowa komentarza: minął umierającego, żeby zdążyć tam, gdzie będą o umierającym mówić.

Zakończenie nie podnosi głosu. Gałąź bije o szybę tak samo jak przedtem, dzwon idzie nad ogrodem, a narrator zjada kromkę przygotowaną dla zmarłego — na dole stołu, tam gdzie sam siedział przez cały wieczór i gdzie nikt nie chciał siadać. Ostatni wers nie jest morałem, lecz definicją: chleb jest tylko chlebem, a człowiek — przechodem. Zdanie to nie potępia nikogo. Zrównuje wszystkich, łącznie z tym, kto mówi.


NOTA O WERSYFIKACJI

Miara

Utwór napisany jest polskim trzynastozgłoskowcem ze średniówką po siódmej sylabie (7+6), w sześciu ośmiowersowych strofach o rymie krzyżowym abab cdcd. Wszystkie klauzule — zarówno przed średniówką, jak i w wygłosie — są żeńskie; średniówka we wszystkich czterdziestu ośmiu wersach wypada na granicy wyrazu. Jest to miara polskiej gawędy i eposu, a więc miara, w której opowiada się o ludziach przy stole; wybrano ją nie dla stylizacji, lecz dlatego, że pozwala zdaniu rozłożyć się na dwa nierówne oddechy — dłuższy na twierdzenie, krótszy na to, co je unieważnia.

Składnia wobec miary

Konstrukcja „siedmiosylabowa deklaracja, sześciosylabowe zaprzeczenie” powtarza się w utworze jako narzędzie satyryczne: „Pan Bogusz mówił pięknie / o czci i honorze”, „I zgodzili się wszyscy: / trzeba go odwiedzić”, „i każdy skinął głową, / wyprostował nogi”. Średniówka niesie tu ciężar, który w prozie musiałby wziąć na siebie spójnik przeciwstawny.

Rym

Rymy są dokładne i w większości oparte na wyrazach o różnych funkcjach składniowych, co chroni utwór przed gramatycznością rymowania. Dwie pary niosą znaczenie same przez się: „honorze — zboże” zestawia rzecz podniosłą z rzeczą policzalną, „nogi — drogi” wiąże ciało rozprostowane pod stołem z drogą, której nikt nie odbędzie.

NOTA HISTORYCZNO-OBYCZAJOWA

Miejsce i czas

Scena rozgrywa się w dworze na dalekiej prowincji dawnej Rzeczypospolitej, jesienią, po żniwach — w porze, w której gospodarze mają już policzone zboże, a nie mają jeszcze zajęcia. Wieczorne zjazdy sąsiedzkie były w takiej porze instytucją: łączyły funkcję towarzyską, informacyjną i sądowniczą. Przy jednym stole ustalano ceny, koligacje i opinie; nieobecność przy nim była formą wyroku, którego nikt nie musiał ogłaszać.

Miedza

Spór o miedzę — pas ziemi rozgraniczający pola — należał do najczęstszych i najbardziej zajadłych sporów szlacheckich, ponieważ dotyczył jednocześnie własności i granicy honoru. Sąsiad, który zaorał cudzą miedzę, naruszał nie tylko areał; dlatego pan Bogusz przechodzi od czci do rachunku bez poczucia sprzeczności.

Wiedeń

Odsiecz wiedeńska 1683 roku była w pamięci szlacheckiej najczęściej przywoływanym tytułem do chwały rodu i najczęstszym przedmiotem rodzinnej przesady. Liczba zdobytych dział rosła z pokolenia na pokolenie; kłótnia o czwarte działo jest więc sporem nie o fakt, lecz o wersję.

Podwoda i dzwon

Dzwon w tle utworu pełni funkcję, którą pełnił naprawdę: obwieszczał zgon zanim doszła wiadomość. Człowiek u stołu słyszał go wcześniej, niż dowiadywał się, kogo dotyczy — i właśnie ten odstęp między dźwiękiem a nazwiskiem jest w wierszu miejscem, w którym rozmowa się urywa.

Chleb

Kromka odłożona dla nieobecnego nie była gestem symbolicznym, lecz obyczajem gościnnym: miejsce nakrywano dla zaproszonego niezależnie od tego, czy przyszedł. Dopiero utwór czyni z tego zwyczaju znak. Nic w zakończeniu nie zostało do sceny dodane — zmieniło się tylko to, kto na nią patrzy.


Daniił Łaźko · Tuapse · 30 sierpnia 2026


II. РУССКИЙ ПЕРЕВОД

СТОЛ

Осенний вечер падал на двор и на ограду,

и ветер тряс над садом промокшею листвою;

в дому съестное стыло гостям уже в досаду,

а вкруг стола соседи садились чередою.

Вернувшись через годы к родному вновь порогу,

я сел в конце застолья и слушал издалека,

как исподволь беседа родится понемногу

с погоды, с цен, с податей, с чужого человека.


Пан Богуш о почёте и чести пел так складно,

но к третьей рюмке вспомнил межу у той дорожки,

которую под озимь сосед вспахал изрядно,

и весь урон он числил до денежки, до крошки.

Вздохнула пани Зофья о нынешнем разврате,

поправила манжету и чётки осторожно,

и шёпотом сказала, что слышно там о брате

вдовы той — а об этом и молвить невозможно.


А Кароль, из-под Вильны приехавший на лето,

зевал: мол, дух народа в глуши здесь весь в дремоте,

но трижды брал с подноса себе он то и это

и выспросил, за панной что писано в расчёте.

И дядя наш Игнатий твердил о воеводе,

что дед под Веной пушек четыре взял в сраженье;

но спор о той, четвёртой, рассорил всех в приходе,

и свечка вполовину сошла в том словопренье.


И речь сошла негромко на старика Севера,

чьё место оставалось пустым с начала пира:

«Ни к людям, ни к обедне — гордыня да химера,

зови — а не приедет: не нашего он мира.»

И все решили: надо к нему бы съездить вскоре,

и каждый головою кивнул, расправив ноги;

но прежде чем назначить хоть день в том разговоре,

уж речь пошла про жатву, дороги и налоги.


Вдруг колокол ударил вдали — раз, после снова,

вбежал слуга Севера, без шапки, без кафтана,

и молвил: умер пан наш без ксёндза, без покрова.

И смолкли вдруг беседы, и звяканье стакана.

Никто не знал, что молвить. И пани Зофья встала;

сказал же кто-то: дождик нужней всего от неба;

а там, где ожидали, уже свеча сгорала

и стыла чашка чая, и серый ломоть хлеба.


А я? Сидел я с краю и про себя смеялся,

и вирши уж слагал я по их смешным личинам,

я вспомнил: нынче мимо окон его я мчался,

но не сдержал коней я — спешил к гостям и винам.

Я за столом остался, а свечи догорели;

в окно стучали ветви, звон плыл, на стон похожий;

и хлеб, ему нарезан, я съел, где не сидели,

где хлеб бывает хлебом, а человек — прохожий.


III. БЕЛАРУСКІ ПЕРАКЛАД

СТОЛ

Асенні вечар падаў на двор і на прысаду,

і вецер нёс лістоту з вільгаццю й прахалодай;

у хаце стравы стылі гасцям ужо ў дасаду,

суседзі ж за сталамі сядалі з асалодай.

Праз доўгія гады я вярнуўся ў край знаёмы,

сеў з нізу за сталамі, чужы ім, як спрадвека,

і чуў, як з плёткі роўна плыў гоман іх вядомы —

з падаткаў, з цэн на воўну, з чужога чалавека.


Пан Богуш красна мовіў пра гонар і адвагу,

але на трэцяй чарцы мяжу згадаў нанова,

што ўзяў сабе суседзька, забыўшы ўсю павагу,

і ўсю падлічваў шкоду да грошыка, да слова.

І пані Зоф'я цяжка ўздыхнула аб сусвеце,

паправіла ружанец, зірнуўшы асцярожна,

і шэптам расказала пра брата ў тым павеце

удавы той — пра гэта і мовіць бы няможна.


А Кароль, што з-пад Вільні прыехаў на бяседу,

пазяхаў: дух народу тут дрэмле і не рвецца,

а сам жа тройчы браў ён з паўмісы да абеду

ды выпытаў, ці панне зямля ў пасаг даецца.

І дзядзька наш Ігнацы згадаў пра ваяводу,

што дзед чатыры пушкі адбіў у лютай сечы;

але за тую пушку пасеялі нязгоду,

і свечка да паловы сплыла на тыя рэчы.


І ціха мова збегла на Севера старога,

чыё пусцела месца ад самага пачатку:

«Не ходзіць ён ні к кому — пыхі ў ім, як ні ў кога,

запросіш — не прыедзе: не з нашага дастатку.»

Згадзіліся: наведаць яго нам трэба хутка,

і кожны галавою кіўнуў, працягшы ногі;

але, пакуль назвалі хоць дзень і хоць мінутку,

вярнуліся да жніва, падаткаў і дарогі.


Раптоўна звон ударыў здалёк, і зноў, з трывогі,

і ўбег хлапец Севера без шапкі, без апранкі,

сказаў: сканаў уночы, адзін, без дапамогі.

І сціхлі ўраз размовы, і чаркі, ды і шклянкі.

Ніхто не ведаў слова. І пані Зоф'я ўстала;

сказаў хтось: дождж у восень найбольш цяпер і трэба;

а дзе яго чакалі, свяча там дагарала

і стыла філіжанка, і шэры скрылік хлеба.


А я? Сядзеў я збоку і ў сэрцы сам смяяўся,

і вершы ўжо складаў я пра іх смех і лічыны,

згадаў я: сёння міма ягоных вокан мчаўся,

але не стрымаў коней — спяшаўся да гасціны.

Я за сталом застаўся, а свечкі дагаралі;

у шыбу біла голле, звон плыў у падарожжы;

і хлеб, яму нарэзан, я з'еў, дзе не сядалі,

дзе хлеб бывае хлебам, а чалавек — прахожы.


IV. ŁACINKA

Biełaruski pierakład — zapis łaciński z dyjakrytykami

STOŁ

Asienni viečar padaŭ na dvor i na prysadu,

i viecier nios listotu z vilhacciu j prachałodaj;

u chacie stravy styli hasciam užo ŭ dasadu,

susiedzi ž za stałami siadali z asałodaj.

Praz doŭhija hady ja viarnuŭsia ŭ kraj znajomy,

sieŭ z nizu za stałami, čužy im, jak spradvieka,

i čuŭ, jak z plotki roŭna płyŭ homan ich viadomy —

z padatkaŭ, z cen na voŭnu, z čužoha čałavieka.


Pan Bohuš krasna moviŭ pra honar i advahu,

ale na treciaj čarcy miažu zhadaŭ nanova,

što ŭziaŭ sabie susiedźka, zabyŭšy ŭsiu pavahu,

i ŭsiu padličvaŭ škodu da hrošyka, da słova.

I pani Zofja ciažka ŭzdychnuła ab susviecie,

papraviła ružaniec, zirnuŭšy asciarožna,

i šeptam raskazała pra brata ŭ tym paviecie

udavy toj — pra heta i mović by niamožna.


A Karol, što z-pad Vilni pryjechaŭ na biasiedu,

paziachaŭ: duch narodu tut dremle i nie rviecca,

a sam ža trojčy braŭ jon z paŭmisy da abiedu

dy vypytaŭ, ci pannie ziamla ŭ pasah dajecca.

I dziadźka naš Ihnacy zhadaŭ pra vajavodu,

što dzied čatyry puški adbiŭ u lutaj siečy;

ale za tuju pušku pasiejali niazhodu,

i sviečka da pałovy spłyła na tyja rečy.


I cicha mova zbiehła na Sieviera staroha,

čyjo puscieła miesca ad samaha pačatku:

«Nie chodzić jon ni k komu — pychi ŭ im, jak ni ŭ koha,

zaprosiš — nie pryjedzie: nie z našaha dastatku.»

Zhadzilisia: naviedać jaho nam treba chutka,

i kožny hałavoju kiŭnuŭ, praciahšy nohi;

ale, pakul nazvali choć dzień i choć minutku,

viarnulisia da žniva, padatkaŭ i darohi.


Raptoŭna zvon udaryŭ zdalok, i znoŭ, z tryvohi,

i ŭbieh chłapiec Sieviera biez šapki, biez apranki,

skazaŭ: skanaŭ unočy, adzin, biez dapamohi.

I scichli ŭraz razmovy, i čarki, dy i šklanki.

Nichto nie viedaŭ słova. I pani Zofja ŭstała;

skazaŭ chtoś: doždž u vosień najbolš ciapier i treba;

a dzie jaho čakali, sviača tam daharała

i styła filižanka, i šery skrylik chleba.


A ja? Siadzieŭ ja zboku i ŭ sercy sam smiajaŭsia,

i vieršy ŭžo składaŭ ja pra ich smiech i ličyny,

zhadaŭ ja: sionnia mima jahonych vokan mčaŭsia,

ale nie strymaŭ koniej — spiašaŭsia da hasciny.

Ja za stałom zastaŭsia, a sviečki daharali;

u šybu biła hołle, zvon płyŭ u padarožžy;

i chleb, jamu narezan, ja zjeŭ, dzie nie siadali,

dzie chleb byvaje chlebam, a čałaviek — prachožy.

Daniil Lazko(Łaźko)

Napisane przez

Daniil Lazko(Łaźko)

Jestem autorem, dla którego poezja zaczyna się tam, gdzie milknie proste wyjaśnienie. Interesuje mnie romantyzm, historia Europy Wschodniej, pamięć, honor, wygnanie i ciemniejsza strona ludzkiej godności. Piszę z zamiłowaniem do rytmu, skrótu i wyrazu precyzyjnego, szukając tonu między melancholią a ironią. Bliskie są mi zarówno klasyczne tradycje literackie, jak i ich nowoczesne, żywe odczytania.

Oceń utwór

Brak ocen, bądź pierwszy!

Wspieraj Poetica.pl

Tutaj najważniejsze są słowa — bez reklam, bez hałasu, bez rozpraszaczy.

Jeśli chcesz pomóc nam pisać dalszy ciąg Poetica.pl, postaw nam kawę lub wesprzyj nas na Patronite.

Dziękujemy!

Komentarze

, aby skomentować

Brak komentarzy. Zaloguj się, aby rozpocząć dyskusję.