W słońcu po deszczu gór szczyty
Malowane jeszcze bielą mgieł poranek
Obraz nadal wczesną porą rozmyty
Wychodzę widokiem olśniona na ganek
Cisza którą przecina śpiew ptaków
Chłonę całym sercem umysłem i duchem
Napełniam się nimi aby pozbyć się braków
Otwieram je w świadomości jednym oddechem
Delikatny poranny powiew ciepłego wiatru
Odsłania nowe niezwykle obrazy dla mnie
I cały spektakl niezwykłego żywego teatru
A w nim drzew postacie stoją już dumnie
Ta istna gra jak w antycznej literaturze
W jedności akcji miejsca i czasu
I ja unosząca się w podziwie na chmurze
Urzeczona urokami rozległych gór i lasu
1.06.2026 r. godz. 20: 06
Elizabeth
