Ciągle śpię,
posklejana złotem.
Ronię każdą łzę
na blade policzki
i marzę,
by moje rany
znów stały się całością.
Dotykasz
każdej sklejonej części,
delikatnie,
w szorstkim powietrzu wiatru.
Nie próbujesz
skleić mnie bardziej.
Nie próbujesz
mnie złamać.
Polerujesz skazy,
pokazując mi,
że piękno
nie zawsze mieszka
w tym, co doskonałe.
Toczysz słowa
o szczęściu
i mądrości,
malując nimi
złote odcienie nadziei.
A ja powoli rozumiem,
że nie muszę już
ukrywać pęknięć.
Bo to właśnie przez nie
światło
najłatwiej
wchodzi do środka.
