Wśród oazy zieleni była pewna ławeczka.
W samotności czekając, w ciszy milczała.
Nocą blaskiem paliła się w trawie świeczka,
Tak jakby zaprosić kogoś ku sobie chciała
Na ławeczce wiatr tylko hulał sobie wesoło,
A bujając się, poruszał śmiało płomieniem.
Cichutko było, jak makiem zasiał w około,
Więc bujał się w samotności z westchnieniem.
Pewnego razu ktoś przysiadł nieśmiało na niej,
Jakby czekając niecierpliwie na kogoś innego.
Bujał się rozglądając się ciekawie po okolicy,
Mając nadzieję jeszcze tej nocy na coś miłego.
Oto po jakimś czasie ktoś jak kot się skrada.
Przysiada na brzegu tajemniczej ławeczki.
Noc interesująco i zagadkowo się zapowiada,
Gdy wiatr figlarz zdmuchnął płomień świeczki.
Ciemność nastała i jakiś strach wziął ich dwoje
W swe moce jakże tajemne i podstępne także.
Mając w sobie wzajemnie jakąś wiary ostoję,
Spotkali się tu po coś na tej ławeczce wszakże.
W słowach oceanu zatopieni i ramion okowach,
Tak do rana białego siedząc od słowa do słowa,
W swych (bujając się) niestrudzeni w mowach.
Myśli nadal pełna ich jakże zafrasowana głowa.
Muszą powrócić znów i dokończyć dzieła swego
I zapalić jeszcze wiele świeczek dla jasności
By być tym kim on dla niej, a ona dla niego
Ku wzajemnym uczuciom i jakiejś ich pewności.
28.03.2011 r. godz. 16:15
Elizabeth
