Obraz tła Poetica

Wiersze i opowiadania — portal literacki

Czytaj i publikuj wiersze, opowiadania, artykuły i felietony

Wiersze

Droga między wsiami

daniil-lazko

Daniil Lazko(Łaźko)
Daniil Lazko(Łaźko)
20 września 2026·20 min czytania·6 Odwiedziny

Droga między wsiami

gawęda w duchu Władysława Syrokomli

z analizą literacką oraz przekładami białoruskim (cyrylica i łacinka) i rosyjskim

Daniił Łaźko

Tuapse, 20 września 2026


I. Utwór

13-zgłoskowiec (7+6), rymy parzyste żeńskie, 100 wersów.

Skrzypi wóz, koło grzęźnie, a wieczór już blisko;

wiatr ciągnie od zachodu przez nagie ściernisko.

Na koźle siedzi Maciej, zna drogę i ludzi,

nie pyta o godzinę i konia nie trudzi.


Jedziemy od jarmarku, z Krzywicz do Dubrowy;

ja z tyłu, w sianie, drzemię, a przy nim ktoś nowy —

młodzieniec w cienkim płaszczu, kuferek u nogi,

pięć lat nie był w Dubrowie, zapomniał tej drogi.


Wy, coście tu nie byli, nie wiecie, co znaczy

dwie mile w listopadzie; lecz koń to tłumaczy:

przystaje, dmucha parą, a z grzbietu mu leje,

a wiatr od pustych łanów w uszy mu zawieje.


Maciej wozi tym traktem lat czterdzieści z górą,

i zna każdy tu wybój pod błotem i chmurą.

Sam do siebie coś gada, klnie na nowe czasy,

że i konie nie konie, i nie takie lasy.


«Daleko jeszcze, stryju?» — «Licz sobie godziny:

koń wie lepiej od ciebie, ile w drodze gliny».

Młody ciągnie zegarek, patrzy raz i drugi,

a koń stąpa, jak stąpał — i trakt równie długi.


«Schowaj waćpan tę blachę» — Maciej na to rzecze —

«koń zegarka nie nosi, a czas tu nie ciecze.

Drogę mierzy się krzyżem, karczmą i mogiłą,

a i tak się nie skróci ni batem, ni siłą».


Za mostem karczma — pusta, dach zapadły w rogu,

Ignacego już nie ma, trawa mu u progu.

Wiedział, kto komu winien, kto kogo swatował,

lecz własnego rachunku nigdy nie rachował.


Za lasem dworek. Szlachcic mieszkał w nim, co swego

herbu pilnował bardziej niż domu własnego.

Dziś brama pochylona, mur porósł zielenią,

a we wsi go nie herbem, lecz długiem dziś cenią.


Przy młynie Maciej wskazał batem gdzieś za sadem:

«Tu Szymon dziewięć latek sądził się z sąsiadem.

Wygrał pas ziemi wąski, na dwa kroki może,

a dziś mu z niej wystarcza na ostatnie łoże.


A tam, gdzie bez przy płocie, stoi pusta chata,

mieszkała wdowa Hanna przez niedobre lata.

Miała kozę i troje dzieci — bez pieniędzy,

a żebraka karmiła z ostatniej swej nędzy».


Młody słucha z ukosa, wreszcie mówi z cicha:

«Stryju, jedźmy; zmierzch bliski, a droga jest licha.

Co było, to minęło, zostało za nami;

trzeba patrzeć przed siebie, a nie za grobami».


Maciej splunął przez ramię, uśmiechnął się krzywo:

«Widzicie? Ledwie z miasta, a mądre — aż dziwo.

Chcesz świat cały naprawiać, a płot ci się chwieje;

wprzód zapamiętaj brody, a potem koleje.


A tam, za cmentarzykiem, leży Michał stary,

wrócił z wojny bez ręki, za to pełen gwary.

Uczył chłopców gwizdania, sam milczał o wojnie,

i umarł tak, jak umarł: w zimie i spokojnie».


Stary dąb przy rozdrożu, piorunem trafiony,

z jednej strony spróchniały, z drugiej — pół zielony.

Pod nim chłopi stawali dawniej w każdym sporze,

dziś siadają nań wrony o wieczornej porze.


Ja drzemałem; wtem Maciej lejce ściągnął w dłoni.

Gdzieś z dala, od parafii, dzwon wieczorny dzwoni.

Wstrzymał konia przy krzyżu i opuścił wodze,

a młody dmuchał w ręce i tupał po drodze.


Krzyż przydrożny pochyły, u spodu podparty,

a obok kopiec trawą do połowy starty.

Koń stanął; para z niego szła jak dym z komina,

Maciej zdjął czapkę, żegna się i tak wspomina:


«Tu leży taki jeden — nazwiska nie powiem,

bo nikt go już nie pomni ani jednym słowem.

To było za Francuza — wojna czy powstanie,

ja byłem wtedy dzieckiem, pomnę jak przez spanie.


Palili wsie po drodze; dym stał nad olszyną,

a on ich wiódł przez bagna ścieżką i doliną.

Wyprowadził ich nocą, sam nie wyszedł z lasu;

leży tu od tamtego jesiennego czasu.


Krzyż postawili chłopi, imienia nie dali,

bo pisać nie umieli, a może się bali.

Wbili w krzyż ćwiek żelazny, rdza go dawno zjadła,

tabliczka, jeśli była, dawno już przepadła.


Pamiętam tyle: chromał i miał dwie dziewczyny,

chatę miał pod Dubrową, od strony wierzbiny.

Zwali go Kuternogą; przezwisko zostało,

a nazwisko przepadło, jak się często działo».


Młody zsiadł z wozu, podszedł do krzyża bez słowa,

dotknął rdzy na żelazie — zimna i surowa.

Wreszcie rzekł: «W naszej skrzyni leży papier szary,

pisano tam o dziadzie, com nie dał mu wiary.


Babka mówiła: chromał. Miał dwie córki, zginął».

I zamilkł. Koń przestąpił. Czas jakiś tak minął.

Maciej głową pokiwał, nie zdziwił się wcale,

tylko czapkę poprawił i westchnął: «No, ale...»


Zmówił pacierz za niego, krótko, po swojemu,

a młody też powtórzył, sam nie wiedząc czemu.

Koń szarpnął, wóz się ruszył, koła w błocie mlasły,

a światła już w Dubrowie tu i tam nie zgasły.


A droga? Droga idzie dalej, jak chodziła,

przez błoto, przez olszynę, gdzie stoi mogiła.

Dzwon w dali raz uderzył i ucichł za borem,

a w Dubrowie okienka świeciły wieczorem.


Dym z kominów szedł prosto — znak, że mróz nadchodzi;

a we wsi psy szczekały, że ktoś obcy chodzi.

Młody zeskoczył z wozu przy wrotach Dubrowy,

obejrzał się na drogę i zdjął czapkę z głowy.


Tuapse, 20 września 2026


II. Syrokomla i poezja kresowa

Władysław Syrokomla — właściwie Ludwik Kondratowicz (1823–1862) — należy do tych poetów, których miejsce w literaturze wyznacza nie wielki temat, lecz wielka wierność miejscu. Urodzony w Smolhowie na Mińszczyźnie, przez całe życie związany z Litwą i Białorusią, z Załuczem i Borejkowszczyzną pod Wilnem, pisał o świecie, który miał na wyciągnięcie ręki: o zaścianku, karczmie przy trakcie, wiejskim kościółku, o furmanie, wdowie, dawnym żołnierzu, drobnym szlachcicu pamiętającym herb lepiej niż sąsiadów. Przydomek, który sam sobie nadał — "lirnik wioskowy" — nie był kokieterią, lecz programem: poeta nie staje ponad tym światem, tylko w nim siedzi, przy stole albo na wozie.

Formą tego programu jest gawęda. Gatunek ten, wyrosły ze szlacheckiej opowieści ustnej, opiera się na kilku prostych zasadach: narrator jest uczestnikiem albo sąsiadem, mówi do słuchacza wprost, przyznaje się do niepamięci ("wojna czy powstanie"), dygresja jest równie ważna jak fabuła, a porządek opowiadania wyznacza nie chronologia, lecz droga, przy której stoją domy, krzyże i mogiły. Gawęda nie dąży do puenty — dochodzi do niej jakby przypadkiem, a to, co najważniejsze, bywa powiedziane najciszej.

Od Mickiewiczowskiej ballady różni ją zasadnicza decyzja: świat gawędy nie jest cudowny. Nie ma tu przemienionych kwiatów, mściwych duchów ani jeziora, które pochłania wieś. Pamięć miejsca wystarcza sama za fantastykę: mogiła bez nazwiska jest równie niepokojąca jak zjawa, a bardziej prawdopodobna. Dlatego tradycja romantyczna funkcjonuje u Syrokomli jako tło — sposób budowania opowieści, waga miejsca, obecność zmarłych — nie zaś jako wzorzec językowy.

Drugą cechą tej poezji jest demokratyzm bez tezy. Syrokomla nie wygłasza manifestów o ludzie; po prostu daje chłopu i furmanowi pełną godność bohatera, łącznie z prawem do wad. Jego postaci bywają uparte, gadatliwe, przesadzają w opowieściach — i właśnie dlatego są żywe. Ironia jest tu zawsze życzliwa i nigdy nie dotyka biedy, choroby ani śmierci; jej przedmiotem bywa pycha, skąpstwo, sądowa zawziętość, duma z herbu.

Wreszcie — kresowa dwujęzyczność. Syrokomla pisał nie tylko po polsku; zostawił też wiersze białoruskie ("Dobryja wieści", "Ciężki chleb"), a jego wileńskie środowisko to również Wincenty Dunin-Marcinkiewicz, który białoruszczyznę wprowadzał do literatury w formach wziętych wprost z polskiego sylabizmu. Ta wspólnota prozodii nie jest ciekawostką: uzasadnia ona przekład niniejszego utworu na białoruski w tym samym 13-zgłoskowcu, w którym został napisany.

Świat przedstawiony

Materia tej poezji jest zawsze policzalna: błoto i koleiny, para bijąca od konia, dym z komina, skrzypienie wozu, dzwon z odległej parafii. Przyroda nie jest w pierwszym rzędzie symbolem — najpierw żyje własnym życiem, a dopiero potem, jeśli w ogóle, odbija stan człowieka. Historia zaś istnieje wyłącznie w formie przeżytej: nie jako data, lecz jako spalona chata, zardzewiały ćwiek, papier w skrzyni, przezwisko, które przeżyło nazwisko.


III. Analiza utworu

1. Kompozycja: droga jako oś

Utwór ma dwadzieścia pięć czterowierszy i dokładnie tę budowę, którą narzuca gawęda: nie rozwija się według planu, lecz według trasy. Wóz mija karczmę, dworek, młyn, pustą chatę, cmentarzyk, dąb na rozdrożu i zatrzymuje się przy krzyżu z mogiłą. Każde z tych miejsc uruchamia jedną anegdotę, a anegdoty stopniowo przesuwają się od żartu ku pamięci: karczmarz, który znał cudze długi lepiej niż własne; szlachcic z herbem; Szymon procesujący się o miedzę; wdowa Hanna; żołnierz Michał; wreszcie człowiek, po którym została sama mogiła.

Najważniejszym chwytem konstrukcyjnym jest wczesna zapowiedź. W szóstej strofie Maciej rzuca żartem:

„Drogę mierzy się krzyżem, karczmą i mogiłą,

a i tak się nie skróci ni batem, ni siłą”.

Żart okazuje się planem całego utworu: czytelnik dostaje kolejno karczmę, krzyż i mogiłę. Podobnie działa łańcuch przedmiotów, który spina tekst mocniej niż fabuła: zegarek — krzyż — mogiła — żelazny ćwiek — rdza — papier w skrzyni — pacierz — zdjęta czapka — droga.

2. Bohaterowie

Maciej nie jest mędrcem wiejskim, lecz człowiekiem z nawykami. Gada do siebie, kłóci się z nowymi czasami, splunie przez ramię, poprawi czapkę. Jego racja nie zostaje wyłożona jako filozofia; pada w postaci uwagi o brodach i koleinach, czyli w kategoriach drogi, którą zna. To jest właśnie Syrokomlowska miara: bohater myśli tym, czym pracuje.

Młody podróżny nie jest ani lekkomyślny, ani chłodny — jest po prostu niecierpliwy, co pokazano fizycznie (zegarek, dmuchanie w ręce, tupanie), a nie przez deklaracje. Jego przemiana także jest fizyczna: nie mówi, że zrozumiał — schodzi z wozu, dotyka rdzy na żelazie, a na końcu, u wrót własnej wsi, zdejmuje czapkę tym samym gestem, którym Maciej zdjął ją przy krzyżu.

3. Punkt zwrotny i pamięć

Rozpoznanie przodka nie jest sensacją. Maciej opowiada o człowieku, który podczas zawieruchy wyprowadził ludzi przez bagna i sam z lasu nie wrócił; chłopi postawili krzyż, ale nazwiska nie wycięli — „bo pisać nie umieli, a może się bali”. Zostało przezwisko: Kuternoga. Dopiero po tej relacji młody przypomina sobie papier w domowej skrzyni i słowa babki. Odkrycie jest ciche, prawdopodobne i niepełne — dokładnie jak wiedza przekazywana ustnie.

Formuła „To było za Francuza” pełni tu podwójną funkcję: umieszcza opowieść w konkretnej epoce (1812) i zarazem zachowuje niepewność narratora, który nie odróżnia wojny od powstania. Wielka historia zostaje w tle; na pierwszym planie jest jeden los i to, co po nim zostało — żelazo, przezwisko, kopczyk.

4. Humor, ironia, religia

Humor wynika z charakterów, nie z dowcipów: karczmarz, który „wiedział, kto komu winien”, a własnego rachunku nigdy nie rachował; szlachcic, którego we wsi „nie herbem, lecz długiem” dziś cenią; Szymon, któremu wysądzony pas ziemi wystarczył wreszcie na ostatnie łoże. Nigdzie nie ma drwiny z biedy ani ze śmierci. Religia jest obecna tak, jak bywa obecna w życiu: dzwon z parafii, znak krzyża, krótki pacierz odmówiony „po swojemu” i powtórzony przez kogoś, kto sam nie wie dlaczego.

5. Wersyfikacja

Utwór napisany jest regularnym 13-zgłoskowcem ze średniówką po siódmej sylabie (7+6), rymem parzystym i wyłącznie żeńskimi zakończeniami. Wszystkie sto wersów zostało sprawdzone maszynowo: 100/100 zachowuje długość i granicę międzywyrazową po sylabie siódmej; w wersie „Ignacego już nie ma…” średniówka pada na grupę klityczną („już nie ma”), co jest normalnym wariantem średniówki żeńskiej, nie odstępstwem. Przerzutnie użyto raz (strofa o szlachcicu), rymy powtarzają się tylko w jednym miejscu — i to celowo: „Dubrowy” otwiera i zamyka utwór.


IV. Пераклад беларускі (кірыліца)

13-складовік (7+6), парныя жаночыя рыфмы, 100 радкоў.

Дарога паміж вёскамі


Скрыпіць воз, кола грузне, а змрок ужо блізка;

з захаду вецер ходзіць па іржышчы нізка.

На козлах сядзіць Мацей — і дарогу знае,

гадзіны не пытае, каня не ганяе.


Ад кірмашу мы едзем, з Крывіч да Дубровы;

я ззаду ў сене дрэмлю, а побач хтось новы —

юнак у плашчы тонкім, з куфэркам, з клункамі,

пяць год не быў у вёсцы, шлях забыў з гадамі.


Хто тут не быў у слоту, той не зразумее,

што значаць дзве вярсты, як лістапад шалее;

конь стане, дыхне парай, з хрыбта аж сцякае,

а вецер з голых ніваў у вуха зайграе.


Мацей на гэтым тракце ўжо сорак год возіць,

і кожны выбой знае, хоць неба і грозіць.

Сам сабе штось бурчыць ён, кляне маладое,

што й коні ўжо не коні, і ўсё тут не тое.


«Далёка яшчэ, дзядзька?» — «Ты лічы гадзіны:

конь лепш за цябе знае, колькі ў шляху гліны».

Юнак гадзіннік цягне, зірне — і чакае,

а конь ідзе, як ішоў, і тракт не сканчае.


«Схавай ты тую бляху», — Мацей на то кажа, —

«конь зэгарка не носіць, а час тут не ўкажа.

Тут шлях мераюць крыжам, карчмой і магілай,

ды шляху не скароціш ні пугай, ні сілай».


За мостам карчма — пуста, дах асеў у рогу,

Ігната ўжо няма, і трава на парогу.

Ён знаў, хто каму вінен, хто з кім заручаўся,

а з уласным рахункам сам не разлічаўся.


За лесам дворык. Шляхціц герб бярог, як вока,

а дом і людзей бачыў нібыта здалёка.

Цяпер брама пахіла, а мур зелянее,

а ў вёсцы не герб помняць, а доўг, які тлее.


Ля млына Мацей пугай махнуў там за хаты:

«Тут Шымон дзевяць летаў судзіўся за платы.

Выйграў вузкі шматочак — на два крокі, можа,

а сёння яму хопіць і гэтага ложа.


А там, дзе бэз пры плоце, стаіць хатка тая,

жыла ўдава Ганна тут — і доля ліхая.

Каза ды трое дзетак — і ні гроша ў хаце,

а жабрака карміла, як родная маці».


Юнак маўчаў, а потым кажа ціха-ціха:

«Дзядзька, едзем; ужо змрок, а дарога ліха.

Што было, тое сплыло і ляжыць за намі;

трэба глядзець наперад, а не за крыжамі».


Мацей сплюнуў праз плячо, усміхнуўся крыва:

«Бачыце? Ледзьве з места — а мудры ён, дзіва.

Ты свет паправіць хочаш, а плот твой — руіны;

спярша запомні броды, потым — каляіны.


А там, за могілкамі, ляжыць жаўнер даўні:

без рукі з вайны прыйшоў, ды язык забаўны.

Вучыў хлапцоў свістаці, а сам маўчаў строга,

і памёр, як памёр ён: узімку, нябога».


Стары дуб на ростанях, агнём апалены,

адзін бок ужо мёртвы, з другога — зялёны.

Пад ім калісь сяляне судзілі ўсе спрэчкі,

а сёння там вароны сядзяць, як на печцы.


Я драмаў; Мацей лейцы сцягнуў у далоні.

Здалёк, ад парафіі, вячэрні звон звоніць.

Спыніў каня ля крыжа; воз у гразі хлюпаў,

а юнак дзьмуў у кулак і нагамі тупаў.


Крыж прыдарожны хілы, а знізу падпёрты,

а побач курган травой напалову сцёрты.

Конь стаў, і пар над ім, як з коміна, клубіцца,

Мацей зняў шапку, стаў ён хрысціцца й маліцца:


«Тут ляжыць адзін такі, а імя не знаю,

бо яго ўжо ніхто тут словам не згадае.

То было за Француза — вайна ці паўстанне,

я быў тады дзіцёнкам, помню, як праз спанне.


Палілі вёскі ўсюды, дым слаўся над гаем,

а ён вадзіў іх багнай, сцяжынкай, за краем.

Вывеў іх поначы ён, а сам не вярнуўся,

ляжыць з той восені тут, зямлёй агарнуўся.


Крыж паставілі людзі, а імя не далі,

бо не ўмелі пісаці, а мо і не зналі.

Убілі ў крыж жалеза, іржа даўно з'ела,

таблічка, калі была, даўно ўжо зляцела.


Помню столькі: кульгаў ён і меў дзвюх дзяўчатак,

хату меў пад Дубровай, скраю, ля ракітак.

Звалі яго Кульгавым — мянушка жывая,

а прозвішча прапала, як часта бывае».


Юнак злез з воза, моўчкі да крыжа ступае,

іржу на ім жалезну рукою кранае.

Пасля прамовіў: «Дома, у скрыні — папера,

пісана пра дзеда там, не даваў я веры.


Бабка казала: кульгаў. Дзве дачкі. Загінуў».

І змоўк. Конь пераступіў — і час быццам стынуў.

Мацей і не здзівіўся, нібы ён чакае,

паправіў толькі шапку: «Ну, вось...» — уздыхае.


Малітву за яго ён коратка чытае,

юнак паўтарыў следам, а нашто — не знае.

Конь тузануў, воз рушыў, колы забурчалі,

а ў Дуброве аконцы ўжо там-сям заззялі.


Дарога ж ідзе далей, як заўжды хадзіла,

праз гразь і праз алешнік, дзе стаіць магіла.

Звон ударыў апошні, заціх за гарою,

а ў Дуброве аконцы гарэлі чаргою.


Дым з комінаў — угору: знак, што будзе сцюжа,

а псы чужога чуюць — і брэшуць так дужа.

Юнак саскочыў з воза ля весніц Дубровы,

азірнуўся на шлях ён, зняў шапку без мовы.


Туапсэ, 20 верасня 2026


V. Pierakład biełaruski (łacinka)

Transliteracja klasyczną łacinką białoruską (č, š, ž, ŭ, ć, ń, ś, ź, l/ł).

Daroha pamiž vioskami


Skrypić voz, koła hruźnie, a zmrok užo blizka;

z zachadu viecier chodzić pa iržyščy nizka.

Na kozłach siadzić Maciej — i darohu znaje,

hadziny nie pytaje, kania nie haniaje.


Ad kirmašu my jedziem, z Kryvič da Dubrovy;

ja zzadu ŭ sienie dremlu, a pobač chtoś novy —

junak u płaščy tonkim, z kuferkam, z kłunkami,

piać hod nie byŭ u vioscy, šlach zabyŭ z hadami.


Chto tut nie byŭ u słotu, toj nie zrazumieje,

što značać dzvie viarsty, jak listapad šaleje;

koń stanie, dychnie paraj, z chrybta až ściakaje,

a viecier z hołych nivaŭ u vucha zajhraje.


Maciej na hetym trakcie ŭžo sorak hod vozić,

i kožny vyboj znaje, choć nieba i hrozić.

Sam sabie štoś burčyć jon, klanie maładoje,

što j koni ŭžo nie koni, i ŭsio tut nie toje.


«Daloka jašče, dziadźka?» — «Ty ličy hadziny:

koń lepš za ciabie znaje, kolki ŭ šlachu hliny».

Junak hadzinnik ciahnie, zirnie — i čakaje,

a koń idzie, jak išoŭ, i trakt nie skančaje.


«Schavaj ty tuju blachu», — Maciej na to kaža, —

«koń zeharka nie nosić, a čas tut nie ŭkaža.

Tut šlach mierajuć kryžam, karčmoj i mahiłaj,

dy šlachu nie skarociš ni puhaj, ni siłaj».


Za mostam karčma — pusta, dach asieŭ u rohu,

Ihnata ŭžo niama, i trava na parohu.

Jon znaŭ, chto kamu vinien, chto z kim zaručaŭsia,

a z ułasnym rachunkam sam nie raźličaŭsia.


Za lesam dvoryk. Šlachcic hierb biaroh, jak voka,

a dom i ludziej bačyŭ nibyta zdaloka.

Ciapier brama pachiła, a mur zielanieje,

a ŭ vioscy nie hierb pomniać, a doŭh, jaki tleje.


La młyna Maciej puhaj machnuŭ tam za chaty:

«Tut Šymon dzieviać letaŭ sudziŭsia za płaty.

Vyjhraŭ vuzki šmatočak — na dva kroki, moža,

a sionnia jamu chopić i hetaha łoža.


A tam, dzie bez pry płocie, staić chatka taja,

žyła ŭdava Hanna tut — i dola lichaja.

Kaza dy troje dzietak — i ni hroša ŭ chacie,

a žabraka karmiła, jak rodnaja maci».


Junak maŭčaŭ, a potym kaža cicha-cicha:

«Dziadźka, jedziem; užo zmrok, a daroha licha.

Što było, toje spłyło i lažyć za nami;

treba hladzieć napierad, a nie za kryžami».


Maciej splunuŭ praz plačo, usmichnuŭsia kryva:

«Bačycie? Ledźvie z miesta — a mudry jon, dziva.

Ty sviet papravić chočaš, a płot tvoj — ruiny;

spiarša zapomni brody, potym — kalainy.


A tam, za mohiłkami, lažyć žaŭnier daŭni:

biez ruki z vajny pryjšoŭ, dy jazyk zabaŭny.

Vučyŭ chłapcoŭ svistaci, a sam maŭčaŭ stroha,

i pamior, jak pamior jon: uzimku, niaboha».


Stary dub na rostaniach, ahniom apaleny,

adzin bok užo miortvy, z druhoha — zialony.

Pad im kaliś sialanie sudzili ŭsie sprečki,

a sionnia tam varony siadziać, jak na piečcy.


Ja dramaŭ; Maciej lejcy ściahnuŭ u dałoni.

Zdalok, ad parafii, viačerni zvon zvonić.

Spyniŭ kania la kryža; voz u hrazi chlupaŭ,

a junak dźmuŭ u kułak i nahami tupaŭ.


Kryž prydarožny chiły, a źnizu padpiorty,

a pobač kurhan travoj napałovu ściorty.

Koń staŭ, i par nad im, jak z komina, kłubicca,

Maciej źniaŭ šapku, staŭ jon chryścicca j malicca:


«Tut lažyć adzin taki, a imia nie znaju,

bo jaho ŭžo nichto tut słovam nie zhadaje.

To było za Francuza — vajna ci paŭstannie,

ja byŭ tady dzicionkam, pomniu, jak praz spannie.


Palili vioski ŭsiudy, dym słaŭsia nad hajem,

a jon vadziŭ ich bahnaj, ściažynkaj, za krajem.

Vyvieŭ ich ponačy jon, a sam nie viarnuŭsia,

lažyć z toj vosieni tut, ziamloj aharnuŭsia.


Kryž pastavili ludzi, a imia nie dali,

bo nie ŭmieli pisaci, a mo i nie znali.

Ubili ŭ kryž žaleza, irža daŭno zjeła,

tablička, kali była, daŭno ŭžo źlacieła.


Pomniu stolki: kulhaŭ jon i mieŭ dzviuch dziaŭčatak,

chatu mieŭ pad Dubrovaj, skraju, la rakitak.

Zvali jaho Kulhavym — mianuška žyvaja,

a prozvišča prapała, jak časta byvaje».


Junak źlez z voza, moŭčki da kryža stupaje,

iržu na im žaleznu rukoju kranaje.

Paśla pramoviŭ: «Doma, u skryni — papiera,

pisana pra dzieda tam, nie davaŭ ja viery.


Babka kazała: kulhaŭ. Dzvie dački. Zahinuŭ».

I zmoŭk. Koń pierastupiŭ — i čas byccam stynuŭ.

Maciej i nie zdziviŭsia, niby jon čakaje,

papraviŭ tolki šapku: «Nu, voś...» — uzdychaje.


Malitvu za jaho jon koratka čytaje,

junak paŭtaryŭ śledam, a našto — nie znaje.

Koń tuzanuŭ, voz rušyŭ, koły zaburčali,

a ŭ Dubrovie akoncy ŭžo tam-siam zaźziali.


Daroha ž idzie dalej, jak zaŭždy chadziła,

praz hraź i praz alešnik, dzie staić mahiła.

Zvon udaryŭ apošni, zacich za haroju,

a ŭ Dubrovie akoncy hareli čarhoju.


Dym z kominaŭ — uhoru: znak, što budzie ściuža,

a psy čužoha čujuć — i brešuć tak duža.

Junak saskočyŭ z voza la vieśnic Dubrovy,

azirnuŭsia na šlach jon, źniaŭ šapku biez movy.


Tuapse, 20 vieraśnia 2026


VI. Русский перевод

Шестистопный ямб (13 слогов), парные женские рифмы, 100 строк.

Дорога между сёлами


Скрипит возок, увяз в грязи; уж вечер близко;

и ветер по стерне бредёт с заката низко.

Мацей на козлах; путь и всех людей он знает,

часов не признаёт и лошадь не гоняет.


Мы едем с ярмарки, из Кривич до Дубровы;

я сзади в сене сплю, а рядом кто-то новый —

юнец в плаще нетёплом, с сундучком у ноги,

пять лет в отъезде — начисто забыл дороги.


Кто в слякоть не езжал, тот и понять не может,

что значат две версты, когда ненастье гложет;

конь дышит паром, пот с хребта его стекает,

а ветер с голых нив в ушах его играет.


Мацей по тракту ездит лет сорок с лихвою,

он каждый здесь ухаб отыщет под водою.

Ворчит себе под нос, клянёт лихие годы:

и кони не в коней, и лес иной породы.


«Далёко ль, дядя?» — «Сам считай себе годины:

конь лучше твоего сочтёт, где сколько глины».

Юнец часы достал, глядит — и снова прячет,

а конь идёт, как шёл, и тракт ничуть не кратче.


Мацей в ответ: «Упрячь; конь-то часов не носит,

а время тут стоит и спешки не выносит.

Дорогу мерят здесь крестом, корчмой, могилой,

её не укоротишь ни кнутом, ни силой».


За мостом корчма — пусто, углом сползла крыша,

Игната больше нет, трава к порогу вышла.

Он знал, кто сколько должен и кто кого сватал,

а свой ни разу счёт не подводил, куда там.


За лесом дом: тут шляхтич герб берёг, как око,

а дом, соседей, слуг он видел издалёка.

Ворота набок, мхом покрылась вся ограда,

а в сёлах помнят долг — вот вся его награда.


У мельницы Мацей кнутом повёл над лугом:

«Тут девять лет Шимон с соседом мерил плугом.

Отсудил полосу в два шага, ну, быть может,

теперь легла под ним она последним ложем.


А там, где бузина, изба стоит пустая,

жила вдова Ганна — беда в ней вековая.

Коза да трое деток, ни гроша, ни крошки,

а нищим подавала всегда понемножку».


Юнец косится вбок, потом промолвит тихо:

«Пора, дядя: стемнело, дорога-то лиха.

Что было, то прошло и кануло за нами,

глядеть вперёд бы надо, а не за крестами».


Мацей сплюнул за плечо, усмехнулся криво:

«Гляди: из города — а умный, просто диво.

Ты мир чинить взялся, а свой забор не чинишь;

запомни броды, там и колеи не минешь.


А там, за кладбищем, лежит солдат бывалый:

пришёл он без руки, зато на речь удалый.

Учил ребят свистеть, а сам молчал сурово,

и умер, как и жил: зимой, без злого слова».


Дуб у развилки, громом обугленный с боку,

с одной сторонки прах, с другой — листва до сроку.

Под ним крестьяне встарь судили все раздоры,

а нынче там вороны справляют соборы.


Я спал. Мацей коня придерживал всё туже,

а колокол вдали гудел в вечерней стуже.

Он стал возле креста и опустил все вожжи,

юнец топтался, дул в кулак — мороз по коже.


Крест у дороги клонится, внизу подпёртый,

а рядом холмик, травами почти что стёртый.

Конь встал; над ним клубится пар, как дым из печи,

Мацей снял шапку, крестится — и начал речи:


«Тут лёг один такой, а имени не знаю,

его не помянут — молчит земля сырая.

То было при французе — война ли, восстанье,

я был тогда мальцом, всё помню как в тумане.


Жгли сёла; дым стоял над мокрою ольхою,

он вёл их через топь нехоженой тропою.

Их вывел ночью — сам не вернулся домою,

лежит он с той же осени тут, под землёю.


Крест мужики срубили, а имя не дали,

писать не смели — или, быть может, не знали.

Вбит в крест железный гвоздь — давно ржа его съела,

табличка, если и была, давно истлела.


Я помню: он хромал. Две дочери. И хата

под вербами, с краю Дубровы, небогата.

Прозвали Хромоногим — прозванье осталось,

а имя затерялось — вот всё, что с ним сталось».


Юнец сошёл с воза, к кресту ступил без слова,

и тронул ржавый гвоздь — шершавый и суровый.

Потом сказал: «В ларе у нас лежит бумага,

в ней пишут про деда — не верил я, однако.


Бабка сказала: хром. Две дочки. Сгинул где-то».

Он смолк. И конь ступил. И долго длилось это.

Мацей кивнул: он знал, как это всё бывает,

поправил только шапку: «Ну вот...» — и вздыхает.


Прочёл он за него молитву, как умеет,

юнец шепнул за ним, а сам не разумеет.

Конь дёрнул, воз пошёл, колёса грязь месили,

а в Дуброве уж окна кое-где светили.


А дорога? Идёт, как прежде и ходила,

сквозь грязь, сквозь ольшаник, где встала та могила.

Звон грянул раз — и стих за дальнею рекою,

а окна в Дуброве горели чередою.


Дым прямо шёл из труб — к морозу, значит, дело,

псы чуют чужака и брешут оголтело.

Юнец сошёл с воза у врат родного крова,

взглянул назад, на путь, — и шапку снял без слова.


Туапсе, 20 сентября 2026










Daniil Lazko(Łaźko)

Napisane przez

Daniil Lazko(Łaźko)

Jestem autorem, dla którego poezja zaczyna się tam, gdzie milknie proste wyjaśnienie. Interesuje mnie romantyzm, historia Europy Wschodniej, pamięć, honor, wygnanie i ciemniejsza strona ludzkiej godności. Piszę z zamiłowaniem do rytmu, skrótu i wyrazu precyzyjnego, szukając tonu między melancholią a ironią. Bliskie są mi zarówno klasyczne tradycje literackie, jak i ich nowoczesne, żywe odczytania.

Oceń utwór

Brak ocen, bądź pierwszy!

Wspieraj Poetica.pl

Tutaj najważniejsze są słowa — bez reklam, bez hałasu, bez rozpraszaczy.

Jeśli chcesz pomóc nam pisać dalszy ciąg Poetica.pl, postaw nam kawę lub wesprzyj nas na Patronite.

Dziękujemy!

Komentarze

, aby skomentować

Brak komentarzy. Zaloguj się, aby rozpocząć dyskusję.