Noc. Ciężka. Jakby wszystkie cienie z mroku przechodziły przeze mnie, a ja, okryta kocem, siedziała i zliczała jeden po drugim koraliki, które pozostawiały cienie.
Każdy koralik to moja łza. Niewypowiedziane słowo, które chciałam powiedzieć, by zmienić bieg historii. I ten zamysł, który był pomiędzy każdym z nich. Tak jak w mojej duszy, która nie była już lotna jak wiatr, tylko stała jak posąg, wsłuchując się w obelgi.
Siedziałam tak długo. Do pierwszej. Do drugiej. Myśląc. Wertując każdą mądrą książkę, którą miałam w domu, o stanie psychiki, którym nie dzieliłam się z nikim.
Aż w końcu, koło czwartej, opadłam na kanapę.
Cała w czarnym kocu, pobleknięta jak papier, z jednym małym gestem na ustach, który jakby był uśmiechem. I tak sobie przysięgłam, że będę, jak wdech za wdechem, szła tym marnym życiem.
Wyplączę moją duszę ze stania.
Niech pogna jeszcze raz na łąki obfite. Niech się zrani o kolce, biegnąc przez lasy. Jednak niech nie drze sukienki szytej na miarę ze swojego charakteru, której nie da się dopasować na inne ciało.
Niech pamięta, że jest podziwiana właśnie w niej.
A kto nie chce podziwiać, mówi, że brzydka. To może zazdrości jej tego, że ona nie patrzy na rany, tego, że mimo ciosów przyjętych trapi swe serce innymi.
I gdy chciałam jej rzec na dowidzenia słowo ciężkie jak skała, wtedy przyleciał wiatr i porwał ją mi.
Krzyknął coś z daleka, że w szczęście ją pcha, by lekkim krokiem zawsze szła.
Spojrzałam, wzdychając, i zrozumiałam wiele.
Może przeszłam przez wszelkie cierpienie i ran noszę wiele, a koc w płachtę zamienia się codziennie. Ale mimo to wciąż noszę ciepło, które inni zgasić chcą.
Wciąż piękną sukienkę nakładam i patrzę w lustro.
Wciąż umiem się kochać.
I kochać ich.
Tych właśnie ode mnie innych.
