Często siedziałam sama.
Nie brakowało mi wtedy niczego.
Byłam jak dusza otulona czarną peleryną myśli.
Nie tych smutnych.
Nie tych pełnych bólu.
Tylko takich, w których rodził się spokój.
Uwielbiałam te chwile.
Muzyka.
Notes.
Kilka zapisanych zdań.
Kilka niewypowiedzianych wspomnień.
Przeżywałam wtedy swoje cierpienia cicho i bezboleśnie.
Jakby były tylko kolejnym rozdziałem historii.
Aż nadszedł dzień, w którym nie mogłam wrócić do swojej pieczary.
Do miejsca, gdzie zawsze odnajdywałam siebie.
I zabolało.
Nieświadomie.
Wewnętrznie.
Długo.
Tak długo, aż w chwilach radości słowa zaczęły wychodzić ze mnie jak z nagrania.
Mechanicznie.
Bez życia.
Myśli krążyły coraz szybciej.
Coraz głośniej.
Coraz boleśniej.
W końcu musiałam uronić własne łzy.
Nie nad światem.
Nad sobą.
Nad tym, czego nie zauważyłam w pośpiechu codzienności.
Cierpienie, które przez lata przerabiałam po cichu, wreszcie wypłynęło.
Nie byłam już okryta spokojną czernią.
Otaczała mnie wściekła, ciężka płachta emocji.
I wtedy się zatrzymałam.
Nad życiem.
Nad wnętrzem.
Nad uczuciem.
Pragnęłam tylko jednego.
Znów odnaleźć swoją delikatną czerń.
Swoje okrycie spokoju.
