Zmartwione ciało
ze zmarszczką w rozmowie.
Czasem znaczącą uczucia,
wyrytą jak pieprzyk na plecach.
I te paznokcie,
co gryzły się bólem,
co trzymały w sobie
opiłki obcego kurzu.
Wszystko
takie niedogięte,
niedopracowane,
zgubione w czasie,
porozkładane,
z zagubioną perfekcją.
Siła martwa w kolanach
i łza na policzku
od szczęścia i bólu.
Wiek,
który przychodzi,
gładko się objawiając,
wciskając nas
w klepsydrę węża,
poszerzającą rozum,
a zwężającą piękno.
