Życie toczyło się swoim torem. Dni mijały na tyle
szybko, że prawie nie wracałam myślami do tamtych wydarzeń. Opieka nad
córeczką i moszczenie wspólnego gniazdka wypełniały mój i tak mocno
nadwyrężony czas. Marzyłam, żeby się porządnie wyspać.
Z mamą widywałyśmy się prawie codziennie. Dzieliło nas tylko kilka
uliczek. Kiedy mąż wracał z pracy, umawiałam się na wieczorny spacer z
psem i zawsze po nią wstępowałam. Tak miało być i tej październikowej
soboty.
Kiedy wchodziłam do domu rodziców, od progu przywitał mnie cudowny
zapach pieczonego ciasta. Mama siedziała w kuchni na taborecie. Nie
wyglądała dobrze.
- Co Ci jest?- zapytałam.
- Wiesz, niedobrze mi jakoś, pewnie zaszkodziły mi te łazanki. Zjadłam
je tak łapczywie.
- Mamuś, strasznie jesteś blada, może się położysz?
- Dobrze, tylko muszę iść do łazienki, rozbolał mnie żołądek.
Zaprowadziłam mamę i na wszelki wypadek czekałam pod drzwiami. Byłam
dziwnie niespokojna.
- Może zadzwonię po pogotowie?
- Nie trzeba, zaraz mi przejdzie. Idź do kuchni, sprawdź placek w
piekarniku. Specjalnie zrobiłam drożdżowe ze śliwkami- takie jak
lubicie.
Wyszłam na moment i wyciągnęłam ciasto w ostatnim momencie.
- Już się upiekło, wygląda smakowicie. Wracam, pomogę Ci dojść do łóżka.
Ty się położysz, a ja wyjdę dzisiaj z psem.
*
- Tatuś, rozściel łóżko, idę po mamę. Jak się położy, to ogarnę trochę
kuchnię.
- Zajrzyj do łazienki szybko, coś tam za cicho- powiedział ojciec.
Zapukałam i nie czekając na odpowiedź, weszłam.
- Pomóż mi wstać córeczko, nie dam rady sama.
W momencie, kiedy ją podnosiłam , mama straciła przytomność i całym
ciężarem ciała osunęła się na podłogę. Nie dałam rady jej utrzymać.
Przewracając się, uderzyła twarzą o wannę.
-Tato, szybko pomóż mi, mama zemdlała!
Próbowaliśmy oboje ją podnieść, ale tak się zaklinowała- nie mogliśmy
sobie poradzić...
Pobiegłam po sąsiada, a sama próbowałam wezwać pogotowie. Nikt do kogo
pukałam, nie miał w domu telefonu, a najbliższa budka była przy głównej
ulicy.
Czekałam chyba całą wieczność pod klatką i patrzyłam na rozgwieżdżone
niebo. Nigdy jeszcze się tak nie modliłam. I wtedy zobaczyłam spadającą
gwiazdę.
Wiedziałam, czułam to cała sobą- gasło życie mamy.
Lekarz zrobił co było możliwe. Niestety, serce nie ruszyło.
Potem jakbym była w letargu. Strzępy słów, siostra prosi o rzeczy dla
mamy, brat uspokaja ojca. Pies skomli pod stołem.
Boże, to niemożliwe. To koszmarny sen, chce się obudzić. Mamo, mamusiu!
- Miałaś żyć 94 lata, cyganka Ci wywróżyła…
- Nie zostawiaj mnie…
- Nie możesz…
Teraz wiem, że musiała. Zawarła układ ze Śmiercią, aby ocalić moja
śliczną córeczkę.
Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam potęgę matczynej miłości. Zrozumiałam i
sama tego doświadczyłam już niedługo potem. Przeznaczenie już szykowało
dla mnie kolejny scenariusz…
Nie ma takich słów, które oddadzą to, co chce Ci powiedzieć MAMUSIU!

Poetica.pl
Aby być sobą, aby tworzyć
Napisane przez
Marta Zdrada
Oceń utwór
Przeciętne
3.00 na 6 (2 oceny)
Komentarze
, aby skomentować
Brak komentarzy. Zaloguj się, aby rozpocząć dyskusję.