otwieram szufladę z zapachami
wypada z niej lipiec
jeszcze ciepły od słońca
i pachnie malinami
kładę na języku okruch rozmowy
rozpływa się wolno
słyszę tamten śmiech
który nie zdążył się zestarzeć
noszę w kieszeni bilet nad jezioro
brzeg wciąż jest na nim mokry
woda zostawia na palcach
dawny chłód
przymierzam sukienkę z wiatru
ma jeszcze twoje dłonie na plecach
obraca się sama
gdy puszczam muzykę z wtedy
wieczorem stawiam na parapecie słoik
zamykam w nim każdy zachód
patrzę jak świeci
i nie umiem go zgasić
