W mroźnym, ciemnym pałacu
mieszka stary pan i jego drzewo.
Z gęstą brodą, łysą głową
i dwoma cieniami pod oczami.
Kiedyś był jak dąb,
dzisiaj jeno buczyna.
Przed nami siedzi głęboko w fotelu
i łypie, śmiejąc się pod nosem.
Cóż by z drzewem suszonym latami,
ciętym na dechy, potem na deski,
zrobić?
Kantówki, stoły,
postawić dwa domy,
parę gitar do grania
i fotel do bujania.
Wstaje, opuszczony,
jakby z sił, które latami z niego uchodziły.
Wstaje i idzie na salę.
A na sali, zamiast balu,
tańca i swawoli,
leży kurzu tona
i drzewo — dla pozornego oka martwe,
ale dla starca żywsze
niż on sam.
Woła do syna,
by dźwignąć dechę dębową,
ciężką jak dech —
dwie lub półtora —
na starym, gumowym pasku.
I zerwali się z dechą.
Decha twarda, gruba
i mimo lat leżenia w tym miejscu
wciąż miejscami mokra.
Panie Boże, daj mu sił,
by z tych dech powstały
te wszystkie piękne cuda,
rysowane starym ślusarskim ołówkiem
na kopercie pocztowej.
By nie zabrakło mu życia,
zdrowia i siły.
W jego spojrzeniu widzę smutek i żal.
Przeciera twardą deskę
z grubej warstwy kurzu
i mówi, że z tego kiedyś zbuduje
organy, piszczałki, trybiki i zasuwki.
Wszystko z drewna.
Starczy tylko użyć główki.
Do mnie woła,
po chwili euforii znów w cień znika,
jakby zrozumiał,
że to koniec jego dziennika.
Palcem pokazuje, co ważne, co mniej,
co spalić można.
Drewno jedzie do dziadka,
tam suszyć je można.
Człowiek, którego jedynym majątkiem
jest olcha, buk i trochę wiązu,
a teraz musi je wywieźć.
Czemu?
Tego sam nie rozumiem.
Mama została z nami,
a tata z dechami.
Ale przecież nie kocha ich bardziej od nas.
Dech co niemiara
by nam oddał,
mimo że to jego jedyny dobytek.
Dzisiaj mój ojciec
na zawsze opuścił zabytek.
