Gdy noc rozplatała mi włosy z popiołu,
a wiatr gasił ślady na mokrym szkle,
szłam przez krainę bez dróg, bez aniołów,
nie wiedząc już nawet, kim jestem i gdzie.
Karmiłam swe dłonie okruchami cienia,
piłam z zatrutych źródeł gorzki chłód,
aż zgasły w mym sercu ostatnie marzenia,
a czas jak zły żeglarz wyprowadził mnie w brud.
Lecz wtedy, daleko, pod niebem ze srebra,
zabłysła maleńka, nieśmiała jak świt,
jak gwiazda ukryta w korzeniach starego drzewa,
jak cichy szept życia pośród martwych chwil.
I choć byłaś tylko promieniem w oddali,
rozcięłaś mą ciemność jak wiosenny blask,
gdy inni odchodzili, gdy inni milczeli,
ty zostałaś jak ogień pośród zimnych gwiazd.
Więc wracam do siebie przez deszcze i burze,
przez pola, gdzie pamięć rozsypał zły wiatr,
niosąc na barkach kamienie najdłuższych podróży,
i ucząc się światła po tylu latach strat.
Bo miłość nie mieszka w doskonałych ogrodach,
nie kwitnie tam, gdzie nie dotarł żaden ból,
lecz rośnie jak róża na spękanych schodach,
gdy człowiek podnosi się z własnych ruin znów.
Są noce, gdy przeszłość jak wilki zawodzi,
a księżyc otwiera dawno zamknięte drzwi,
gdy każdy krok naprzód przez ciernie przechodzi,
a serce wciąż pyta, czy warto jeszcze śnić.
Lecz wtedy słyszę skrzydła wracających ptaków,
co nad popiołem kreślą świetlisty znak,
i wiem, że nawet po tysiącu upadków
można odnaleźć utracony szlak.
Bo nie jestem już rzeką płynącą ku mroku,
ani liściem porwanym przez bezlitosny czas.
Jestem drzewem, co trwa mimo wichru co roku,
i korzenie zapuszcza coraz głębiej w blask.
A jeśli kiedyś staniesz przy mnie bez słowa,
gdy dzień będzie pachniał lipcem, nie jak łza,
zobaczysz, że miłość potrafi od nowa
zbudować z popiołu najpiękniejszy świat.
I tylko wiatr będzie pamiętał po drodze,
ile nocy zgubiłam, by odnaleźć swój głos,
gdy uczyłam się żyć nie w cieniu i trwodze,
lecz tam, gdzie nad ranem zakwita nadziei wrzos.
-genhax
