Jestem tchórzem,
choć boli i cierpię,
rozrywa mi duszę,
a ja wciąż tchórzę.
Inni potrafią,
ja tylko o tym myślę.
Łzy zostawiają ślady
na moich policzkach,
a ciało mam sparaliżowane.
Myślę i wyobrażam sobie
płaczącą rodzinę,
przyjaciół, znajomych,
ich twarze pełne bólu,
którego nie potrafię nazwać.
Ale nic nie robię.
Uścisk mam w klatce,
a w głowie obrazy,
których nigdy nie wypowiedziałam na głos.
Widzę siebie — tak kruchą,
jakby już bez duszy,
jakby coś we mnie
odeszło na długo przedtem,
nim ktokolwiek by zauważył.
Lecz to tylko w mojej głowie.
Tylko myśli,
tylko słowa,
które nocą ważą więcej
niż za dnia.
Dlaczego tchórzę,
skoro tak bardzo boli?
Dlaczego wciąż stoję,
choć wszystko we mnie
zdaje się odchodzić?
Jeśli moja dusza
jest ciągnięta ku górze,
to dlaczego wciąż
tak kurczowo trzymam się ziemi?
