Afirmuję życie, cóż – gdy trwa!
chodź czasami los decyduje inaczej!
Nie bądź ambiwalentny człeku pospolity
nie tnij nici wzgardzony przez życie,
gdzie tuż pod stopami gnicie twoje lice
słowy wstrząśnięty ty wiedz już niezbicie
że na twoje owoce dybią wciąż złośnice
Jakby owoc zakazany zerwały odpowiedzialności
kierować wzgardzały niby klucz wolności
miłościwy Panie, niech mnie kule biją
tego nie oglądać nim te lata miną
Cóżen dziatek winien matczynej słabości
niby tak zawadzał jej całej próżności
widnym się tu staje, swawolne jej życie
jeno pozostaje łzę upuścić skrycie!
Ino przebłagajmy losie niskie czyny
jako jest to rozbój dla przyszłej rodziny!
tylko tu i teraz, wstrzymajmy swe sądy
lecz słuchając serca trąd z duszy swej strąćmy
wrogiego czynu – pokusy i zwady
by z czystym sumieniem nie czynić obawy
o wzrost ojczyzny i tego żyjątka
kiedy będą ganić racjonalne szczątka
nic rozdrapać rany i solą pospany
instynkt macierzyński, drgnie w łonie uspany
jako biologicznie ciału wyznaczony
niech nie ginie marnie lenistwem złożony
na kariery drodze wskazany zawadą
niechaj wszystkie rzeczy o tym nie przeważą!
O dziewicza Westo wstrząśnij wszystkie rogi
by twych domowników wystrzec od haniebnej trwogi!
zachowaj od chęci i różnej przyczyny
by domem nieskalanym zachował dzieciny!
Niby naturalne w tym szukać względy
jakoby też od tego mąż nie miał mitręgi!
Gdy dojrzeje ta myśl wroga wobec świata
niech miłość ją spoi w zakątkach wszechświata!
