Szedł zając przez las, tupał łapką za łapką,
mruczał pod nosem z urażoną miną:
— Lisica mnie nie lubi, to wiadomo z góry!
Patrzy na mnie zawsze jak na stare buty!
Ale lis to kumpel, pożyczy od razu!
On mnie lubi szczerze — bez żadnego hałasu!
Im dłużej szedł, tym bardziej się nakręcał,
Że Aż uszy falowały mu na wietrze.
— Bo lisica powie: „Nie dam!" — to jest pewne!
A lis powie: „Może…" — też nic z tego pewne!
— A ja mam żywopłot — dżunglę amazońską!
I kto to widział — prosić tyle razy?
Będą śmiać się, że zając lżejszy od sekatora,
ja im pokażę — idę odważnie, bez ZAWACHNIĘCIA!
Dotarł do nory, w drzwi łapą zaskrobał i czeka.
Lisica otworzyła, elegancka jak zawsze,
ogon jak wachlarz, mina — Nie ZATĘGA.
— Czego chcesz, zającu? — spytała chłodno.
A zając, Aż Tak nakręcony, że już nie pamiętał
po co tu przyszedł i czego chciał od LISA,
wypalił JAK Z ARMATY, BEZ ZASTANOWIENIA:
— Wiesz co… ten sekatorek…
…to se wsadź w PUPĘ!
