Jesteś młoda duchem,
lecz w sercu nosisz echa minionych dekad.
Stoisz na brzegu świata,
patrząc jak rzeka czasu pędzi coraz szybciej,
a jej nurt porywa ludzi
ku miejscom, których sami już nie potrafią nazwać.
Próbujesz zrozumieć ten pośpiech,
ten głód wrażeń,
ten nieustanny bieg za czymś więcej.
I czasem zastanawiasz się,
czy to Ty zgubiłaś drogę,
czy może świat zgubił samego siebie.
Cenisz rzeczy proste:
ciszę poranka,
szczerość spojrzenia,
spokój, który nie potrzebuje oklasków.
Lecz w czasach,
gdy wartość mierzy się tempem,
a szczęście ilością bodźców,
prostota stała się językiem,
którego niewielu już rozumie.
Chcesz żyć spokojnie,
wsłuchując się w bicie własnego serca,
ale tłum śmieje się z tych,
którzy nie biegną.
Dziś liczy się więcej.
Szybciej.
Głośniej.
Mocniej.
A gdy adrenalina cichnie choć na chwilę,
wielu odwraca wzrok od własnych myśli,
jakby bali się spotkać siebie samych.
A może sens ukrył się właśnie tam,
gdzie nikt już nie zagląda?
W zatrzymaniu.
W oddechu pomiędzy jednym krokiem a drugim.
W spojrzeniu z lotu ptaka,
gdy nagle widać wyraźnie,
że nie każdy wyścig prowadzi do celu,
a nie każda droga wiedzie ku spełnieniu.
Może więc nie trzeba pędzić.
Może wystarczy iść.
Powoli,
lecz świadomie.
Tak, aby pewnego dnia odnaleźć nie koniec drogi,
lecz samego siebie.
