„50 twarzy Greya” (ang. Fifty Shades of Grey) to film z 2015 roku w reżyserii Sam Taylor-Johnson na podstawie powieści o tym samym tytule autorstwa E. L. James. Fabuła kręci się wokół studentki literatury Anastasii Steele i przedsiębiorcy Christiana Greya, zaczynając od ich wywiadu i ukazując ich dalszą relację opartą na podpisanej umowie o poufności dotyczącej wszystkiego, co dzieje się między nimi, zbudowanej na praktykach BDSM. Co doprowadziło do powstania tego dzieła? Początkowo „50 twarzy” zostało napisane przez autorkę jako fanfik (twórczość amatorska oparta na istniejącym dziele, tworzona zazwyczaj w celach niekomercyjnych) o postaciach z sagi „Zmierzch” (ang. Twilight) autorstwa Stephenie Meyer. Twór Eriki Leonard James zyskał popularność, w następstwie czego opublikował go jako osobną książkę, lekko zmieniając fabułę i nadając bohaterom inne imiona. Historia powstania nie zaczyna się jednak od „Zmierzchu”.
Dzieło to nie wzięło się znikąd. Autorka sagi przyznała, że czerpała inspirację z piosenek zespołu rockowego My Chemical Romance podczas pisania powieści. Zespół z kolei powstał dlatego, że przyszły wokalista, Gerard Way, w drodze do Nowego Jorku ujrzał tragedię, która wydarzyła się 9 września 2001 roku. Można bez końca zagłębiać się w przyczyny tego zdarzenia i historię, docierać aż do starożytności i szukać pierwotnego źródła oraz powiązań tam, gdzie ich prawdopodobnie nie ma, i budować teorie spiskowe, ale to zasługuje na osobną pracę. Wychodząc z tego, można śmiało stwierdzić, że seria zamachów terrorystycznych, które miały miejsce w Nowym Jorku 25 lat temu, ponosi winę nie tylko za liczne straty, zarówno ludzkie, jak i finansowe. Ponosi ona również winę za pojawienie się takiego dzieła jak „50 twarzy Greya”.
Co nie mniej ważne, zarówno książka, jak i film zadały nieodwracalny cios ludzkiej psychice. W szczególności psychice kobiet, zarówno młodych, jak i dorosłych. Większość z nich romantyzuje ten model relacji i uważa, że to dzieło jest wspaniałe, a jego popularność jest w pełni zasłużona i uzasadniona. Jeszcze większa liczba osób nawet nie zadaje sobie trudu, aby spojrzeć na ten film bardziej obiektywnie, odrzucić jego dosłowny przekaz i zrozumieć, że w rzeczywistości „50 twarzy Greyja”, słynne na cały świat, nie jest niczym więcej niż dwugodzinną pornografią bez fabuły. Nie jest to jedyny problematyczny aspekt filmu. Sama koncepcja nietypowych relacji, w których występują praktyki BDSM lub inne formy różnorodności między partnerami, nie jest u swych podstaw zła, choć dla wielu pozostaje tematem tabu, co jest całkiem zrozumiałe.
Wszystko zależy od tego, w jaki sposób zostało to przedstawione. W którym momencie erotyczna opowieść przestaje wyglądać jak ona sama, a zaczyna przypominać osobiste fantazje seksualne autora? Film oczywiście łagodzi wiele aspektów, okrawa liczbę odważnych scen i pomija niektóre wątki fabularne. Mimo redukcji materiałów otrzymujemy trzy części nakręcone konkretnie na podstawie książki, z Dakotą Johnson i Jamiem Dornanem w rolach głównych, a oprócz tego – mnóstwo parodii i projektów o podobnej koncepcji, jakby oryginału było mało.
Ale czy „50 twarzy Greya” można nazwać oryginałem? Niewątpliwie dzieło to jest jednym z najbardziej znanych i prawdopodobnie przychodzi na myśl jako jedno z pierwszych, gdy mowa o filmach przeznaczonych dla pełnoletniej widowni. Niemniej jednak powieści erotyczne nie są nowością wprowadzoną przez E. L. James. Za pierwszą powieść erotyczną uważa się „Ziemię Występku” autorstwa Johna Wilmota, napisaną około 1670 roku. Korzenie erotyzmu sięgają jeszcze głębiej – przypominając sobie choćby mitologię grecką, można odnaleźć w niej m.in. wielokrotne wzmianki o orgiach. Filmy o charakterze nieobyczajowym istniały również na długo przed premierą ekranizacji powieści E. L. James. Pierwszym filmem erotycznym była nakręcona przez Georges’a Mélièsa na 119 lat przed premierą „Twarzy” krótkometrażowa taśma „Po balu” (fr. Après le bal). Sam zaś termin BDSM (bondage/discipline, dominance/submission, sadism/masochism) również zakorzenił się w kulturze znacznie wcześniej – w latach 60. XX wieku.
Przejdźmy do zbiegów okoliczności, które, jeśli spojrzeć na nie uważniej, nie wydają się przypadkowe. Jeśli spojrzeć na film „Sekretarka” (ang. Secretary) z 2002 roku w reżyserii Stevena Shainberga, możemy dostrzec sporo podobieństw, choć motyw dominującego mężczyzny i uległej kobiety nie był nowością wprowadzoną przez reżysera czy autorkę opowiadania, Mary Gaitskill, na którym opierał się film. Niemniej jednak jedno rzuca się w oczy od razu – identyczne nazwisko prawnika z „Sekretarki” i miliardera z „50 twarzy Greya”. Samo nazwisko Grey, jak i jego zapis, jest powszechne i rzeczywiście mogłoby być przypadkowym zbiegiem okoliczności. Powieść E. L. James ukazała się w maju 2011 roku, prawie 9 lat później niż ekranizacja „Sekretarki”, która pomimo swojego początkowego statusu kina niszowego nie jest absolutem filmów undergroundowych. Autorka nie potwierdziła inspiracji tym obrazem, informując o pierwotnej inspiracji „Zmierzchem”, i wychodząc z tego, nie da się z całą pewnością stwierdzić, czy pisarka czegoś nie zataiła, ale podobieństwa można zauważyć, podobnie jak różnice, których między tymi dwoma dziełami również jest niemało.
Porównując je, można zauważyć główną różnicę – podczas gdy „50 twarzy” to w gruncie rzeczy, jak wcześniej zauważono, dwugodzinny obraz pornograficzny pozbawiony głębszego sensu i czynników psychologicznych, „Sekretarka” może pochwalić się ich obecnością, a także sensowną, wyraźną fabułą, symbolizmem ukazanym poprzez kolory i ogólną warstwę estetyczną filmu, który wplata aspekty samopoznania, akceptacji siebie i swoich pragnień, erotyki, która nie wydaje się niestosowna, oraz wielokrotnie wspomnianej dynamiki BDSM między bohaterami bez hiperbolizacji i idealizacji ich wizerunków.
W zwykłej dziewczynie, jaką jest główna bohaterka Lee Holloway ze swoimi dziwactwami i problemami – zarówno psychicznymi, takimi jak skłonność do samookaleczenia, odmienność od zwykłego społeczeństwa, niezrozumienie między nią a partnerem, jak i zewnętrznymi, takimi jak wyraźnie pokazana dysfunkcyjna rodzina z nadopiekuńczą matką i ojcem-alkoholikiem, pracująca jako sekretarka – więcej osób będzie mogło dostrzec siebie niż w tak samo zwykłej dziewczynie jak Anastasia Steele, która staje się rozmówczynią przedsiębiorcy o wielomiliardowych obrotach, a potem jego obiektem westchnień z „szczęśliwego zbiegu okoliczności”. To samo można powiedzieć o męskiej postaci głównej – Christian Grey okazuje się niewątpliwie postacią dość pustą i niedopracowaną. Jego wizerunek bogatego, odniesionego sukcesu, nieprzystępnego, a jednocześnie głęboko cierpiącego mężczyzny jest przedstawiony bardzo płasko i wygląda jak miliony takich samych bogatych i „unikatowych” postaci w mediach.
Mimo że postać Jamesa Spadera miejscami pokrywa się cechami z Greyem Jaimiego Dornana w niektórych aspektach i ma zaledwie około 50 minut czasu ekranowego w porównaniu z około trzema godzinami Christiana Greyja, okazała się o wiele bardziej pogłębiona. Porównując tę dwójkę z perspektywy nie tylko dopracowania, ale też jako ludzi, opinie z pewnością się podzielą. Jeśli spojrzymy na nich obiektywnie, spychając uprzedzenia i opinie na temat każdego z nich na dalszy plan, w znacznie korzystniejszym położeniu znajduje się zdecydowanie prawnik, a nie przedsiębiorca. Obaj mają swoje wątpliwe strony, ale wybierając między człowiekiem stawiającym swoje preferencje na pierwszym miejscu i z trudem idącym na kompromis, a człowiekiem, który pomógł pozbyć się destrukcyjnego nawyku, troszczącym się, choć w bardzo specyficzny sposób, chyba nikt oczekujący od drugiej osoby partnerskiego traktowania nie wolałby pierwszej opcji. Edward Grey wypadł bardziej przyziemnie, ze swoimi wadami, które nie były maskowane statusem ani zasadą „głównemu bohaterowi wybacza się wszystko”. Jego osobowość i zachowanie budzą wiele pytań, nie są wzorem do naśladowania i w rzeczywistości byłyby powodem do skontaktowania się z innym prawnikiem w sprawie niestosownego zachowania wobec pracownika i molestowania seksualnego. Niemniej jednak poprzez to można obserwować zarówno jego wartości, swoistość, jak i zmianę charakteru oraz stosunku do swojej sekretarki.
Motyw dość szybkiego przeobrażenia w imię miłości, mimo że był specyficznym i emocjonalnie zamkniętym mężczyzną o niezłomnych wartościach, jest faktycznie dość kliszowy, ale na przykładzie „Sekretarki” i „50 twarzy Greyja” pokazują, jak różnie można go zinterpretować i rozwinąć. Właśnie dlatego pojawia się fenomen przyćmienia niskiej jakości produkcją – łatwą w odbiorze dla wielkiej masy ludzi – dzieła bardziej wartościowego i złożonego. Z jednej strony osądzanie za to społeczeństwa jest głupie – nie każdy szuka na wolny czas filmów czy książek o dwuznacznym przesłaniu i trudnych tematach. Z drugiej jednak strony promowanie czegoś tak prymitywnego, wyidealizowanego i pozbawionego tematów, nad którymi faktycznie chciałoby się pomyśleć, gdzie jedynym wrażeniem pozostaje erotyka, jest irracjonalne. Mówiąc o Greyu poza kontekstem, prawdopodobnie ktokolwiek – rozmówca lub przechodzień – pomyślałby, że chodzi o Christiana lub Doriana (do którego nie ma zastrzeżeń, i to nawet nie dlatego, że to klasyka), a nie o prawnika z Clermont, co jest oczywiście niesprawiedliwe.
Obejrzawszy „Sekretarkę” nie pod pretekstem „kolejnej erotycznej komedii” – a nazywanie tego filmu komedią od początku było nierozsądne, choć humor faktycznie tam występuje, ale jest jedynie dodatkiem w bardzo niewielkich ilościach – a nawet zagłębiając się nieco w sens, bez konieczności czytania historii powstania i oglądania każdego wywiadu, można łatwo pojąć, że zawarty sens nie jest prostą historią nietypowego romansu między prawnikiem a jego asystentką.
