Róże, piwonie, goździki, gipsówki.
Długie, mniejsze,
w kolorach ziemi,
odcieniach zieleni,
cienie wszelakie,
pastele.
A w rogu widzę chyba krokus,
ale nie do końca jestem pewien.
Podchodzę do lady,
prostuję się jak struna
i głośno, wyraźnie mówię do florystki:
— Dzień dobry, pani.
Jak się pani czuje?
Potrzebuję kwiatka.
Palcem wskazuję różę —
śliczną, wysoką
i czerwoną jak ja.
— Dla kogo? — pyta pani kwiaciarka.
I nagle jakby drży mi ręka,
głos gdzieś mi ucieka,
dłonie robią się mokre,
a czas, który przed chwilą płynął zwyczajnie,
teraz czuję niemal na skórze.
Ale od razu odpowiadam.
Wszak kultura wymaga.
— Dla mojej mamy. Proszę pani
Potrzebuję najśliczniejszego kwiata.
Pani się uśmiecha,
przyjmuje pieniążki
i mówi spokojna:
— Takiego kwiatka jak ty
to tylko mamie pozazdrościć.
