Siedzę,
otulona czarnym płaszczem,
na czarnej ławce.
Za jednym z wielu domów
na tym osiedlu.
I wszystko jest takie ciche, mokre i czarne,
że nawet własne myśli
są nieufne wobec mojego rozumu,
gdy ten twierdzi,
że to mnie trochę dołuje.
Wszystko zlewa mi się na papier,
wylewając się z głowy
jak z maszyny do pisania,
i tworzy pewnego rodzaju
szept do rozczytania.
Hieroglify jak ze starych proroctw o świecie,
małe ezoteryczne karty,
jak kropki na końcu każdego zdania.
To wszystko jak wykładnia rozmawiania.
Tylko ta ławka to rozumie i zbiera,
układając w kosmiczne znaki.
Do czasu, gdy pewien przechodzień
ujrzy mnie z oddali,
podejdzie i zainspiruje się znakami
na kartkach papieru z kartami.
I tylko ten jeden, jedyny
przeczyta każde hieroglificzne rymy,
każdy wiersz o miłości,
każde uczucie żalu i radości.
I tylko on będzie siedział tu ze mną
na ławce czarnej jak drewno,
to, które z pieca już prawie zwęglone wyszło.
Jak ja — od życia
wciąż żywa i niezrozumiana,
jak ta ławka za domem, sama.
