Idę. Bokiem.
Wśród różnych PESELI.
Między młodymi uśmiechami
beztroskich chwil na placach zabaw,
poprzez młodzieżowy, papierosowy dym.
Mijam dwudziestą aleję,
a tam miny mrawe.
Większość z nich posmutniała od pracy.
Przy czterdziestce
stają się obcy dla siebie.
Ściągają chłody, zmartwienia i łzy,
jakby ten świat był dla nich okrutny.
Siadam na ławce koło starszej pani.
Może sześćdziesiąt lub osiemdziesiąt lat goni.
Ona jest inna.
Radośnie uśmiecha się do życia.
Patrzy na te wszystkie PESELE
i wzdycha.
Zaczynając rozmowę, mówi:
— Też byłam kiedyś smutna.
Dziś problemów jest mniej więcej tyle samo,
a czas dotknął moje ciało.
Ale wiesz... zmarszczki tylko na twarzy ruszone,
chwile życia jak zawsze prężnie niesione.
Patrzę na chleb w moich dłoniach.
Prosto z pieca wyciągnięty.
Uśmiecham się do niego,
dając jej urwać kawałek.
A ona patrzy
i rwie z całej siły,
uśmiechając się jak przy wygranej w totka.
Aż na duszy lżej.
Czujesz się przy tym uśmiechu
tak lekko i świetliście
jak gwiazda na niebie.
