Krew dobija spojrzenia,
a ja, omdlała,
szukam znów cienia.
By przy życiu
słowem być.
By pełzać jak żmija,
z gardeł jad pić.
Wszystko
jak paradoks życia —
leżący kamień
miłością wybrzmiewa,
a jad się nie zmienia.
Przedziera się do krwiobiegu
i tłoczy
ciemne toksyny.
Zamienia noc z dniem,
a miłość z cierpieniem.
Sycząc gdzieś nad uchem —
echo porażki.
