Zdrętwiałam cała
od słów,
od wypowiedzianych fantazji,
od niespełnień.
Zaszyłam się na dnie,
w jaskini wspomnień.
Gdzieś wysoko
patrzyłam na gwiazdy
i cicho łkałam,
wzywając tylko tego,
czego naprawdę
było mi potrzeba.
Nędza okryła miłość.
Przyjaźń
lepiła się od szczurów.
A rodzina
była jak obłok —
bliska,
a jednak
nieuchwytna.
Wszystko inaczej.
Mniej uczuciowo.
Bez emocji
już na starcie.
Ciężkie od bólu,
a lekkie od rozpaczy.
Jak coś,
co dawno utraciło kształt,
a mimo to
wciąż próbuje
nazywać się życiem.
