Kołodziej
gawęda
Szedłem z Mira gościńcem, kiedy już po żniwach
Wiatr się kładł po zagonach i suchych pokrzywach;
Lira, jak stara żona, wisiała u boku,
A but lewy, jak zwykle, przeciekał co kroku.
Znam ja tutaj kamienie, koleiny, rowy,
Znam i krzyż na rozstaju, czarny już, dębowy,
Gdzie gościniec się dzieli: w lewo — na Zarzecze,
W prawo — do nas, gdzie droga w olszynach się wlecze.
Wóz mnie dognał pod lasem — wiózł siano Kulesza,
Taki, co nigdy konia ni siebie nie spiesza.
Po lirze mnie rozpoznał, nie po siwej brodzie:
„Siwych — rzekł — to dziś pełno po każdej zagrodzie”.
Usiadłem mu na sianie; koń szedł swoją drogą,
A Kulesza wyliczał tych, co już nie mogą
Ani dojść na nieszpory, ani zajść do szynku,
I liczył ich na palcach jak grosze na rynku.
Kowal zmarł w Wielki Piątek, młynarz młyn sprzedaje,
Nowy w karczmie gospodarz — i wody dodaje,
A pan Zabłocki dalej z Jodkami się sądzi
O krzyż półtora w herbie — i krowę, co zbłądzi.
„Trzecie buty — powiada — zdarł do Nowogródka,
A miedzę mu Jodkowie orzą aż do środka”.
Śmiałem się. Śmiał Kulesza. Koń się nie śmiał wcale,
Kiwał tylko łbem w błocie — sędzia w trybunale.
Pod karczmą zlazłem z wozu, a karczma — ta sama:
Ten sam szyld zardzewiały i ta krzywa brama;
Tylko szynkuje teraz młody, w kamizelce,
Co się w szklance przegląda i w każdej butelce.
Pytał mnie, co tam w Wilnie, po ile dziś wełna
I czy prawda, że kwarta w stolicy niepełna.
Zagrałem mu za kufel — przyznaję to szczerze:
Lirnik ma swoje kufle, jak dziad ma pacierze.
Za karczmą droga schodzi do młyna, nad rzeczkę,
Gdzie raki się łowiło — i to całą beczkę.
Koło stało; na deskach mech, jak na kamieniu,
Kozłowski siedział w progu, kożuch na ramieniu.
„Sprzedam — mówi — i basta. Woda nie ta sama,
Kamień się już wyślizgał i pękła mi rama.
Syn mój do Rygi patrzy jak kot na śmietanę,
A ja tu sam z tym kołem przecież nie zostanę”.
Syn wyszedł — chłopak rosły, w miejskim już kaszkiecie,
Spytał, czy na tej skrzynce grają jeszcze w świecie.
Rzekłem, że grają, owszem — na chrzcie, na pogrzebie.
On się zaśmiał: „To gracie już tylko dla siebie”.
Nie odrzekłem. Bo może i miał trochę racji:
Lirnik gra i dla siebie — zwłaszcza bez kolacji.
Pod górę, do kościoła, szedłem już o zmroku;
Dzwonili na różaniec, jak dzwonią co roku.
Znałem ten dzwon — ma rysę i brzmi trochę głucho,
Jak starzec, gdy zakaszle; poznam go na ucho.
Zabłocki stał na przedzie, w kapocie po dziadku
I z miną, którą także po nim dostał w spadku;
Półtora krzyża w herbie nosi, jak przystało —
Jak na jednego człeka, półtora — niemało.
Po różańcu mnie złapał za rękaw na progu:
„A, to wnuk Hryniewicza! Chwała Panu Bogu.
Bo myślałem, że waszych nikt już nie odwiedzi,
Tylko ja czasem zajdę — i to po spowiedzi”.
Poszliśmy więc na cmentarz, on z latarnią przodem,
Po mokrych liściach, które pachniały już chłodem.
Stał krzyż przy krzyżu, szary, każdy pochylony,
Tu imię, tam nazwisko, a tam — mech zielony.
Ja zaś wiedziałem z dziecka — tak matka mówiła —
Że dziada pod Oszmianą w polu ziemia skryła,
Że z kosą do powstania poszedł, jak stał, z łąki,
Zostawił w domu babkę i pół worka mąki.
Tak też opowiadałem — po karczmach i dworach,
I z każdym kuflem piękniej, o długich wieczorach:
Raz był z kosą, raz z szablą, raz z chorągwią w ręku,
A padał, jak to w pieśni, bez skargi i jęku.
Aż Zabłocki przystanął i podniósł latarnię
Nad krzyżem, co się trzymał jeszcze, chociaż marnie.
Na poprzeczce nożykiem wyrżnięte litery:
JAN HRYNIEWICZ, KOŁODZIEJ. ROK TRZYDZIEŚCI CZTERY.
— Kołodziej? Przecież dziadek poległ pod Oszmianą!
— Wrócił — rzekł mi Zabłocki — na Zaduszki, rano.
Na jedną nogę kulał; kosę w kąt postawił
I ciosał w szopie koła — o wojnie nie prawił.
Na jego kołach ojciec mój jeździł na sprawy,
Ja na nich jeszcze jeżdżę — żaden nie kulawy.
— Czemu matka mówiła — pytam — o Oszmianie?
— A bo szlachcic przy heblu — rzekł — to wstyd, mój panie.
Babka wolała dziada w polu niż przy kole...
A u mnie — tu się zaśmiał — herb i nic na stole.
Wtedy mi się przypomniał — w szopie, za stodołą —
Stos szprych i stara piasta, co pachniała smołą.
Babka mówiła: „Graty” — i nie dała ruszyć,
A po deszczu, cichaczem, nosiła je suszyć.
Zabłocki skręcił płomyk — knot był już za krótki.
„Jutro — rzekł — zajdźcie do mnie, zagrać choć bez wódki”.
Poszedł, w kapocie dziadka, przez ciemne kałuże,
A ja poszedłem dalej — na nasze podwórze.
Domu nie ma. Jest studnia, grusza, trzy kamienie:
Jeden progiem był kiedyś, dwa wrosły w korzenie.
Ziemię dziś orze Jodko — aż pod samą gruszę,
Lecz gruszy nie wyrąbał — przyznać mu to muszę.
Usiadłem na tym progu. Lira na kolanach.
Już ciemno; mgła powoli siadała na łanach.
Nie grałem. Bo i komu? Pies od Jodków szczekał,
A potem przestał, jakby na coś jeszcze czekał.
I wtedy od gościńca, gdzieś z dołu, spod młyna,
Usłyszałem, jak wolno wóz pusty się wspina;
Czyj — nie wiem. Ale koła skrzypiały tak z cicha,
Jak koń, co stoi we mgle i równo oddycha.
Daniił Łaźko
Tuapse, 8 października 2026
Forma i wersyfikacja
„Kołodziej” jest gawędą wierszowaną liczącą sto cztery wersy, ułożone w dwadzieścia sześć strof czterowersowych. Podstawą metryczną jest trzynastozgłoskowiec ze stałą średniówką po siódmej sylabie (7+6) — miara, którą polska tradycja od Kochanowskiego przez Mickiewicza po Syrokomlę związała z opowieścią epicką i gawędą szlachecką. Przed średniówką stoi zawsze zakończenie paroksytoniczne, klauzule są żeńskie, a rymy parzyste (aabb) prowadzą tok mowy jak krok po gościńcu: równo, bez pośpiechu, z oddechem na końcu każdej pary.
Rytm jest wyrazisty, ale nie mechaniczny. Przerzutnie pojawiają się rzadko i tylko tam, gdzie zdanie naturalnie przelewa się przez granicę wersu — w wyliczance Kuleszy czy w finałowym zdaniu o wozie. Rym nigdy nie dyktuje składni: o tym, czy wers jest dobry, rozstrzyga pytanie, czy człowiek znający wieś i drogę mógłby tak naprawdę powiedzieć.
Kompozycja: droga jako oś opowieści
Wiersz jest zbudowany jak wędrówka. Lirnik idzie gościńcem z Mira, mija krzyż na rozstaju, wsiada na wóz Kuleszy, zatrzymuje się w karczmie, schodzi do młyna, wspina się pod kościół, idzie na cmentarz i dochodzi wreszcie do miejsca, gdzie stał rodzinny dom. Każdy przystanek odsłania kolejną warstwę świata: najpierw miejscową kronikę zgonów i procesów, potem obyczaj karczmy, potem zmierzch młyna i odchodzenie młodych w świat, wreszcie — rodzinną tajemnicę.
Ta liniowa droga ma jednak budowę kolistą. Zaczyna się od gościńca i kończy się na gościńcu; zaczyna się od ruchu, a kończy w bezruchu narratora, który siedzi na progu nieistniejącego domu, podczas gdy ruch przejmuje niewidoczny wóz. Kulminacja — napis na krzyżu — przypada na ostatnią trzecią część utworu, tak że cała wcześniejsza wędrówka działa jak przygotowanie, w którym czytelnik razem z bohaterem zbiera drobne ślady, nie wiedząc jeszcze, co znaczą.
Narrator: gawędziarz, który sam tworzył legendę
Lirnik nie jest romantycznym wygnańcem ani prorokiem. Ma przeciekający but, gra za kufel, przyznaje się do słabości i nie zawsze ma odpowiedź na zaczepkę młodego chłopaka. Jego autoironia nie jest ozdobnikiem: to on sam przez lata opowiadał po karczmach i dworach o dziadku poległym pod Oszmianą — i „z każdym kuflem piękniej”. Narrator okazuje się więc nie tylko świadkiem, ale współtwórcą mitu, który wiersz rozbiera.
Jego przewaga nad innymi postaciami nie polega na wiedzy, lecz na uwadze. Zauważa rysę dzwonu, mech na deskach młyna, krzywą bramę karczmy, trzy kamienie po domu. Dzięki tej uwadze potrafi przyjąć prawdę, która jest mniej efektowna od legendy — i przyjmuje ją bez goryczy.
Postaci drugiego planu
Każda postać jest naszkicowana kilkoma kreskami i każda ma własną słabość: Kulesza, który nigdy się nie spieszy i liczy umarłych na palcach jak grosze na rynku; młody szynkarz przeglądający się w każdej butelce; młynarz Kozłowski, który sprzedaje młyn, bo woda nie ta i kamień się wyślizgał, a syn i tak patrzy w stronę Rygi; syn w miejskim kaszkiecie, który z lekceważeniem pyta o lirę; wreszcie pan Zabłocki, procesujący się z sąsiadami o półtora krzyża w herbie i zbłąkaną krowę.
Humor płynie z charakterów, nie z szyderstwa. Zabłocki jest śmieszny w swojej dumie, ale to on pamięta o grobach Hryniewiczów, to on zna prawdę o dziadku i to on mówi ją wprost, z bezradnym śmiechem nad własnym pustym stołem. Wiersz pozwala mu zachować godność: komizm prowadzi do rozpoznania ludzkiej słabości, a potem zostawia dla bohatera życzliwość.
Wielka historia w małym losie
Powstanie listopadowe nie jest w wierszu wykładane — istnieje tylko jako miejsce w rodzinnej opowieści: Oszmiana, kosa, pół worka mąki zostawione w domu. Data na krzyżu, rok trzydziesty czwarty, mówi więcej niż jakikolwiek komentarz: dziadek nie zginął w polu, lecz wrócił, kulał, odstawił kosę i do końca życia ciosał koła.
Odkrycie nie jest efektownym objawieniem. To kilka słów wyrżniętych nożykiem w poprzeczce i rozmowa przy latarni z dogasającym knotem. Prawdziwy wstrząs przychodzi dopiero potem, w pamięci: stos szprych w szopie, piasta pachnąca smołą, babka, która nazywała je gratami, a po deszczu potajemnie nosiła je suszyć. Babka okazuje się podwójną strażniczką: wolała, by świat pamiętał poległego bohatera, a sama po cichu przechowywała ślady prawdy. Między szlachecką ambicją a rzemieślniczą codziennością rozgrywa się cicha rodzinna tragedia wstydu, który zastąpił wdzięczność.
Motyw koła
Tytuł wydaje się z początku zwykłą nazwą zawodu. Po lekturze okazuje się kluczem całego utworu. Koło przewija się przez wiersz konsekwentnie: stoi martwe koło młyńskie; dziadek ciosze koła w szopie; ojciec jeździ na nich na sprawy; narrator jeździ na nich do dziś i żadne „nie kulawe”, choć ich twórca kulał; wreszcie w ciemności skrzypią koła cudzego, pustego wozu. Z zawodu robi się w ten sposób znak ciągłości: to, co dziadek zrobił rękami, trwa dłużej niż to, co o nim opowiadano.
Zakończenie
Wiersz nie formułuje morału. Narrator siada na progu, nie gra, bo nie ma dla kogo; pies sąsiadów milknie, jakby na coś czekał. Ostatnim zdarzeniem jest dźwięk: pusty wóz wspina się od młyna, a jego koła skrzypią tak cicho, jak koń, który stoi we mgle i równo oddycha. Czyj to wóz — nie wiadomo. Właśnie ta niepewność sprawia, że obraz pracuje na kilku poziomach naraz: jako zwykły szczegół wiejskiego wieczoru, jako echo dziadkowych kół i jako znak, że droga, którą przyszedł lirnik, nie kończy się wraz z nim.
Syrokomla i Mickiewicz
Dominantą utworu jest Syrokomla: gawęda, swojskość, poufałość z ludźmi i krajobrazem, ciepły humor, sąsiedztwo śmiechu i smutku, materialny świat zaścianka, karczmy i młyna. Mickiewicz obecny jest wyłącznie jako dalekie tło tematyczne — powrót do ziemi rodzinnej, miejsce jako nośnik pamięci, lokalna historia przechodząca w zbiorową. Wiersz świadomie rezygnuje z mickiewiczowskiego patosu i romantycznej apostrofy; ich miejsce zajmuje rozmowa przy latarni.
Styl Czesława Miłosza w wierszu„Kołodziej” nie jest stylizacją na Czesława Miłosza — jego forma, gawęda w rymowanym trzynastozgłoskowcu, należy do wieku XIX. A jednak wiersz wchodzi w pole tematów i postaw, które Miłosz uczynił centralnymi dla polskiej poezji XX wieku. Pokrewieństwo dotyczy nie stylu w sensie technicznym, lecz spojrzenia.
Litwa jako kraina pamięci
Miłosz, urodzony w 1911 roku w Szetejniach nad Niewiażą, przez całe życie wracał do Litwy dzieciństwa — w powieści „Dolina Issy” (1955), w autobiograficznej „Rodzinnej Europie” (1959) i w wierszach pisanych na emigracji. Była to dla niego kraina wielu języków, wyznań i warstw społecznych, w której historia odkłada się w drobnych śladach codzienności. Ziemia, przez którą idzie lirnik — Mir, Nowogródek, Wilno, Oszmiana — należy do tej samej dawnej przestrzeni Wielkiego Księstwa; jej kronika jest kroniką sąsiadów, procesów, karczmy i cmentarza.
Wierność rzeczywistości
Jedną z zasad poezji Miłosza było przekonanie, że poeta ma służyć temu, co istnieje, i ratować konkret przed zapomnieniem. W „Kołodzieju” znaczenie niosą przedmioty, nie deklaracje: rysa dzwonu, szprychy i piasta pachnąca smołą, grusza, trzy kamienie po domu. Wiersz nie mówi, czym jest pamięć rodu — pokazuje, gdzie leży i jak pachnie.
Nieufność wobec romantycznego mitu
Miłosz wielokrotnie podejmował polemikę z polską tradycją romantyczną, z jej skłonnością do martyrologii i heroicznej pozy. „Kołodziej” wykonuje podobny ruch na miniaturowej skali: legenda dziadka poległego pod Oszmianą ustępuje prawdzie o kulawym rzemieślniku, który wrócił i pracował. Nie jest to jednak ośmieszenie powstania ani dziadka — godność zostaje przeniesiona z gestu śmierci na wytrwałość życia i rzetelność pracy rąk. Wstyd babki, wolącej poległego bohatera od szlachcica przy heblu, wiersz pokazuje jako ludzki, ale ostatecznie przegrany wobec kół, które wciąż jeżdżą.
Pamięć zawodna i obowiązek wobec zmarłych
U Miłosza powraca świadomość, że pamięć zniekształca i upiększa, a jednocześnie, że żywi mają obowiązek wobec umarłych — obowiązek zobaczenia ich takimi, jacy byli. Lirnik przyznaje, że jego opowieść rosła z każdym kuflem; dopiero napis na krzyżu przywraca dziadkowi jego prawdziwą twarz. Jest w tym coś z Miłoszowego ocalania: nie przez pomnik, lecz przez trafne słowo.
Pokora wobec bytu
Religijność wiersza, podobnie jak u późnego Miłosza, nie jest wykładem. Wyraża się przez dzwon na różaniec, Zaduszki, cmentarz, spowiedź, przez prostą pobożność ludzi, którzy wierzą bez teologii. Ostatni obraz — wóz, którego właściciel pozostaje nieznany — zostawia miejsce na tajemnicę, nie rozstrzygając jej.
Granice pokrewieństwa
Różnice są równie istotne. Miłosz po wojnie szukał „formy bardziej pojemnej”, łącząc wiersz wolny z prozą, traktatem i medytacją; „Kołodziej” pozostaje w ramach regularnej formy dziewiętnastowiecznej. Miłosz był poetą dystansu, emigracji i rozległego intelektualnego horyzontu; lirnik mówi z wnętrza wsi, w języku jej mieszkańców. Miłoszowe w tym wierszu jest więc nie brzmienie, lecz postawa: czułość wobec konkretu, sceptycyzm wobec patosu i przekonanie, że prawda o człowieku bywa skromniejsza i zarazem trwalsza od legendy.
Sens i wyjątkowość wierszaSens
Na pierwszym planie „Kołodziej” opowiada o powrocie do miejsc, które zmieniły się lub zniknęły. Głębiej jest to wiersz o różnicy między pamięcią a historią: o tym, jak rodzina — z dumy, ze wstydu, z miłości — przerabia prawdę na legendę i jak ta legenda zaczyna żyć własnym życiem w ustach kolejnych pokoleń. Rodzinna ziemia okazuje się zapisana nie w wielkich słowach, lecz w drobnych śladach codziennego życia: w napisie wyrżniętym nożykiem, w stosie szprych, w kołach, które wciąż jeżdżą.
Pytanie postawione w wierszu — czy więcej utraciła sama ziemia, czy pamięć człowieka — nie dostaje odpowiedzi wprost. Dom zniknął, młyn idzie na sprzedaż, młodzi wyjeżdżają; ale jednocześnie odzyskana zostaje prawda o dziadku, a jego praca okazuje się trwalsza niż dom. Strata i odzyskanie stoją obok siebie, a ton końcowy jest ciepły, melancholijny i pogodzony.
Wyjątkowość
Oryginalność utworu polega przede wszystkim na odwróceniu romantycznego schematu. Zamiast bohaterskiej śmierci — kulawe, pracowite życie; zamiast pomnika — koła; zamiast objawienia — kilka liter na poprzeczce krzyża. Bohater ukrywa się w tytule, który przez większą część lektury wydaje się przypadkowy, a w finale okazuje się kluczem całej konstrukcji.
Wyjątkowa jest także rola pamięci kobiecej: babka, która wolała legendę o poległym bohaterze, a potajemnie suszyła szprychy męża, jest najcichszą i najbardziej poruszającą postacią wiersza, choć nie wypowiada w nim ani jednego zdania poza jednym słowem. Wreszcie — równowaga tonów: humor Kuleszy, Zabłockiego i konia „sędziego w trybunale” sąsiaduje ze smutkiem cmentarza bez zgrzytu, tak jak w prawdziwej gawędzie, w której śmiech i żal mieszkają pod jednym dachem.
„Kołodziej” jest więc utworem w formie dziewiętnastowiecznej, ale o wrażliwości współczesnej: pisanym z wnętrza tradycji Syrokomli, a zarazem świadomym tego, jak tradycja wytwarza własne mity. Po ostatnim wersie zostaje wrażenie, które było celem całej opowieści: tak naprawdę mogło być.
Daniił Łaźko
Tuapse, 8 października 2026
Даниил Лазько
Kołodziej
Калёснік · Kalosnik · Колёсник
Белорусский и русский поэтические переводы с польского
Туапсе, 8 октября 2026
Калёснік
Беларускі пераклад аўтарскі · кірыліца
Я з Міра йшоў гасцінцам, як ужо ўсё зжалі,
Вятры ж на межах толькі крапіву гайдалі;
Як жонка ўжо старая — ліра мая збоку,
А левы бот, як звыкла, цёк на кожным кроку.
Знаю я тут каменні, каляіны, ямы,
Знаю й крыж на ростанях, чорны, — той жа самы,
Дзе гасцінец дзеліцца: злева — на Залужжа,
Справа — да нас, у вольхі, дзе век стаяць лужы.
Дагнаў мяне пад лесам — сена вёз Кулеша,
Той, хто век не спяшаўся ні з возам, ні пешы.
Пазнаў мяне па ліры, а не па сівінах:
«Сівых, — кажа, — сягоння поўна па хацінах».
Я сеў яму на сена; конь брыў па дарозе,
Кулеша пералічваў тых, хто ўжо не ў змозе
Ні дайсці на нешпары, ні зайсці да шынку,
І лічыў іх на пальцах, як грошы на рынку.
Каваль на Страсным тыдні памёр, млын — збываюць,
Шынкар у карчме новы — вады даліваюць,
Пан Заблоцкі з Ёдкамі дагэтуль судзіцца
За крыж паўтара ў гербе ды цёлку ў пшаніцы.
«Трэція боты, — кажа, — збіў у Навагрудку,
А мяжу яму Ёдкі аруць — і без смутку».
Смяяўся я з Кулешам; конь — сур'ёзны далей,
Ківаў лбом сярод гразі — суддзя ў трыбунале.
Ля карчмы злез я з воза; карчма ж — усё тая:
Той жа шыльд заржавелы, і брама — крывая;
Толькі цяпер шынкуе юны, ў камізэльцы,
Што ў шклянцы любуецца і ў кожнай бутэльцы.
Пытаў, як там у Вільні, па чым цяпер воўна,
Ці праўда, што ў сталіцы кварту льюць няпоўна.
Зайграў яму за кухаль — скажу па сумленні:
Свае ў лірніка кухлі, у дзеда — маленні.
За карчмой — спуск да млына, да рэчкі ў лагчынку,
Дзе ракаў мы лавілі — і поўную скрынку.
Кола стала; на дошках мох, як на каменні,
Казлоўскі на парозе, кажух на калене.
«Прадам, — кажа, — і годзе. Вада ўжо не тая,
Камень сцёрся да глянцу, і рама — гнілая.
Сын мой глядзіць на Рыгу, як кот на смятану,
А мне аднаму з колам — ужо не па стану».
Сын выйшаў — хлопец рослы, ў гарадскім кашкеце,
Спытаў, ці на той скрынцы граюць яшчэ ў свеце.
Кажу: а як жа, граюць — і на хрост, і ў журбе.
Ён засмяяўся: «Значыць, граеце для сябе».
Не адказаў я. Можа, меў рацыю трохі:
Лірнік сабе таксама грае, як ні крохі.
Пад гару, да касцёла, ішоў ужо ў змроку;
Званілі на ружанец, як кожнага року.
Знаў я звон гэты: трэснуў, гучыць глухавата,
Як дзед, што закашляе, — пазнаю з-за хаты.
Наперадзе — Заблоцкі ў капоце па дзядку
І з мінай, што таксама перайшла па спадку.
Паўтара крыжа ў гербе носіць, як прыстала, —
Як на адну асобу, паўтара — не мала.
Па ружанцы ў парозе заступіў дарогу:
«Ага, ўнук Грыневіча! Хвала Пану Богу.
Бо думаў я: да вашых не ходзяць суседзі,
Хіба што я, часамі, — ды пасля споведзі».
Пайшлі мы да магілак — ён з агнём, я следам,
Па мокрым лістападзе, што ўжо пахнуў снегам.
Крыж каля крыжа, шэры, кожны — бы ў паклоне;
Тут імя, там прозвішча, а там — мох зялёны.
А я з дзяцінства ведаў — так маці казала, —
Што дзеда ля Ашмянаў поле ўжо схавала,
Што з касой у паўстанне пайшоў, як стаў, з лукі,
Пакінуўшы бабулю і паўмяшка мукі.
Так я і пераказваў у шынку, ў застоллі,
І з кожным кухлем лепей — і доўга, і ўволю:
То з касою, то з шабляй, то з харугвай, з пікай,
А падаў, як у песні, — без стогну, без крыку.
Аж Заблоцкі спыніўся і падняў латарню
Над крыжам, што трымаўся яшчэ, хоць і марна.
Нажом на папярэчцы — літары, як дзіры:
ЯН ГРЫНЕВІЧ, КАЛЁСНІК. ГОД ТРЫЦЦАЦЬ ЧАТЫРЫ.
— Калёснік? Дзед загінуў там, пад Ашмянамі!
— Вярнуўся, — той мне кажа, — на Дзяды, з ранамі.
Ён на нагу кульгавы і касу ў кут паклаў,
І ў пуні колы цёсаў, а пра вайну маўчаў.
На яго колах бацька ў справах ездзіў жвава;
Я на іх езджу й сёння — і ўсё не кульгава.
— Чаму ж маці казала пра Ашмяны, пане?
— А шляхціц ля рубанка — то сорам для стану.
Бабка ж хацела дзеда ў полі — не ля кола...
А ў мяне, — засмяяўся, — герб, на стале — гола.
Тады мне ўспомнілася — ў пуні, за сцяною,
Спіц цэлы стос, ступіца, што пахла смалою.
Бабуля: «Хлам», — казала, ды не дала рушыць,
А пасля дажджу ўпотай насіла іх сушыць.
Прыкруціў кнот Заблоцкі — застаўся агарак.
«Заўтра, — кажа, — зайдзіце зайграць хоць без чарак».
Пайшоў ён у капоце праз лужы на ўзгор'е,
А я — далей, у наша старое падвор'е.
Хаты няма. Ёсць студня, груша, тры камяні:
Адзін — парог калісьці, два ўраслі ў карані.
Цяпер тут арэ Ёдка пад самую грушу,
Ды грушу ён пакінуў — прызнацца я мушу.
Я сеў на тым парозе, ліру — на калені.
Ужо цёмна; паволі лёг туман асенні.
Не граў я. Хто ж бы слухаў? Пёс у Ёдкаў брахаў,
А пасля змоўк, як быццам штосьці яшчэ чакаў.
І тады ад гасцінца, з-пад млына, праз кусты
Пачуў я, як паволі ўздымаўся воз пусты.
Чый — не ведаю. Колы ж рыпелі так ціха,
Як конь, які ў тумане роўненька дыхае.
Даниил Лазько
Kalosnik
Biełaruski pierakład · łacinka
Ja z Mira jšoŭ hascincam, jak užo ŭsio zžali,
Viatry ž na miežach tolki krapivu hajdali;
Jak žonka ŭžo staraja — lira maja zboku,
A levy bot, jak zvykła, ciok na kožnym kroku.
Znaju ja tut kamienni, kalajiny, jamy,
Znaju j kryž na rostaniach, čorny, — toj ža samy,
Dzie hasciniec dzielicca: zleva — na Załužža,
Sprava — da nas, u volchi, dzie viek stajać łužy.
Dahnaŭ mianie pad lesam — siena vioz Kuleša,
Toj, chto viek nie spiašaŭsia ni z vozam, ni piešy.
Paznaŭ mianie pa liry, a nie pa sivinach:
«Sivych, — kaža, — siahonnia poŭna pa chacinach».
Ja sieŭ jamu na siena; koń bryŭ pa darozie,
Kuleša pieraličvaŭ tych, chto ŭžo nie ŭ zmozie
Ni dajsci na niešpary, ni zajsci da šynku,
I ličyŭ ich na palcach, jak hrošy na rynku.
Kaval na Strasnym tydni pamior, młyn — zbyvajuć,
Šynkar u karčmie novy — vady dalivajuć,
Pan Zabłocki z Jodkami dahetul sudzicca
Za kryž paŭtara ŭ hierbie dy ciołku ŭ pšanicy.
«Trecija boty, — kaža, — zbiŭ u Navahrudku,
A miažu jamu Jodki aruć — i biez smutku».
Smiajaŭsia ja z Kulešam; koń — surjozny dalej,
Kivaŭ łbom siarod hrazi — suddzia ŭ trybunale.
La karčmy zlez ja z voza; karčma ž — usio taja:
Toj ža šyld zaržavieły, i brama — kryvaja;
Tolki ciapier šynkuje juny, ŭ kamizelcy,
Što ŭ šklancy lubujecca i ŭ kožnaj butelcy.
Pytaŭ, jak tam u Vilni, pa čym ciapier voŭna,
Ci praŭda, što ŭ stalicy kvartu ljuć niapoŭna.
Zajhraŭ jamu za kuchal — skažu pa sumlenni:
Svaje ŭ lirnika kuchli, u dzieda — malenni.
Za karčmoj — spusk da młyna, da rečki ŭ łahčynku,
Dzie rakaŭ my łavili — i poŭnuju skrynku.
Koła stała; na doškach moch, jak na kamienni,
Kazłoŭski na parozie, kažuch na kalenie.
«Pradam, — kaža, — i hodzie. Vada ŭžo nie taja,
Kamień sciorsia da hlancu, i rama — hniłaja.
Syn moj hladzić na Ryhu, jak kot na smiatanu,
A mnie adnamu z kołam — užo nie pa stanu».
Syn vyjšaŭ — chłopiec rosły, ŭ haradskim kaškiecie,
Spytaŭ, ci na toj skryncy hrajuć jašče ŭ sviecie.
Kažu: a jak ža, hrajuć — i na chrost, i ŭ žurbie.
Jon zasmiajaŭsia: «Značyć, hrajecie dla siabie».
Nie adkazaŭ ja. Moža, mieŭ racyju trochi:
Lirnik sabie taksama hraje, jak ni krochi.
Pad haru, da kascioła, išoŭ užo ŭ zmroku;
Zvanili na ružaniec, jak kožnaha roku.
Znaŭ ja zvon hety: tresnuŭ, hučyć hłuchavata,
Jak dzied, što zakašlaje, — paznaju z-za chaty.
Napieradzie — Zabłocki ŭ kapocie pa dziadku
I z minaj, što taksama pierajšła pa spadku.
Paŭtara kryža ŭ hierbie nosić, jak prystała, —
Jak na adnu asobu, paŭtara — nie mała.
Pa ružancy ŭ parozie zastupiŭ darohu:
«Aha, ŭnuk Hrynieviča! Chvała Panu Bohu.
Bo dumaŭ ja: da vašych nie chodziać susiedzi,
Chiba što ja, časami, — dy pasla spoviedzi».
Pajšli my da mahiłak — jon z ahniom, ja sledam,
Pa mokrym listapadzie, što ŭžo pachnuŭ snieham.
Kryž kala kryža, šery, kožny — by ŭ pakłonie;
Tut imia, tam prozvišča, a tam — moch zialony.
A ja z dziacinstva viedaŭ — tak maci kazała, —
Što dzieda la Ašmianaŭ pole ŭžo schavała,
Što z kasoj u paŭstannie pajšoŭ, jak staŭ, z łuki,
Pakinuŭšy babulu i paŭmiaška muki.
Tak ja i pierakazvaŭ u šynku, ŭ zastołli,
I z kožnym kuchlem lepiej — i doŭha, i ŭvolu:
To z kasoju, to z šablaj, to z charuhvaj, z pikaj,
A padaŭ, jak u piesni, — biez stohnu, biez kryku.
Až Zabłocki spyniŭsia i padniaŭ łatarniu
Nad kryžam, što trymaŭsia jašče, choć i marna.
Nažom na papiarečcy — litary, jak dziry:
JAN HRYNIEVIČ, KALOSNIK. HOD TRYCCAĆ ČATYRY.
— Kalosnik? Dzied zahinuŭ tam, pad Ašmianami!
— Viarnuŭsia, — toj mnie kaža, — na Dziady, z ranami.
Jon na nahu kulhavy i kasu ŭ kut pakłaŭ,
I ŭ puni koły ciosaŭ, a pra vajnu maŭčaŭ.
Na jaho kołach baćka ŭ spravach jezdziŭ žvava;
Ja na ich jezdžu j sionnia — i ŭsio nie kulhava.
— Čamu ž maci kazała pra Ašmiany, panie?
— A šlachcic la rubanka — to soram dla stanu.
Babka ž chacieła dzieda ŭ poli — nie la koła...
A ŭ mianie, — zasmiajaŭsia, — hierb, na stale — hoła.
Tady mnie ŭspomniłasia — ŭ puni, za scianoju,
Spic ceły stos, stupica, što pachła smałoju.
Babula: «Chłam», — kazała, dy nie dała rušyć,
A pasla daždžu ŭpotaj nasiła ich sušyć.
Prykruciŭ knot Zabłocki — zastaŭsia aharak.
«Zaŭtra, — kaža, — zajdzicie zajhrać choć biez čarak».
Pajšoŭ jon u kapocie praz łužy na ŭzhorje,
A ja — dalej, u naša staroje padvorje.
Chaty niama. Josć studnia, hruša, try kamiani:
Adzin — paroh kaliści, dva ŭrasli ŭ karani.
Ciapier tut are Jodka pad samuju hrušu,
Dy hrušu jon pakinuŭ — pryznacca ja mušu.
Ja sieŭ na tym parozie, liru — na kaleni.
Užo ciomna; pavoli loh tuman asienni.
Nie hraŭ ja. Chto ž by słuchaŭ? Pios u Jodkaŭ brachaŭ,
A pasla zmoŭk, jak byccam štości jašče čakaŭ.
I tady ad hascinca, z-pad młyna, praz kusty
Pačuŭ ja, jak pavoli ŭzdymaŭsia voz pusty.
Čyj — nie viedaju. Koły ž rypieli tak cicha,
Jak koń, jaki ŭ tumanie roŭnieńka dychaje.
Daniił Łaźko
Колёсник
Русский поэтический авторский перевод
Я шёл из Мира трактом. Жатвы нет на нивах,
И ветер стлался низко на сухих крапивах;
Как старая супруга, лира при бродяге,
А левый сапожище тёк при каждом шаге.
Я знаю здесь каменья, колеи, канавы,
И крест на перепутье, чёрный, у дубравы,
Где делится дорога: влево — на Подлесье,
Направо — к нам: петляет долго в мелколесье.
Нагнал меня у леса — сено вёз Кулеша,
Из тех, что не спешили ни с конём, ни пеша.
Узнал меня по лире, а не по сединам:
«Седых, — сказал, — сегодня тьма по всем овинам».
Я сел к нему на сено; конь — как Бог положит,
Кулеша ж перечислил, кто уже не может
Ни на вечерню выйти, ни прильнуть ко крынке,
Считая их по пальцам, как гроши на рынке.
Кузнец почил в Страстную, мельница в продаже,
В корчме шинкарь уж новый — с водою на страже,
А пан Заблоцкий в тяжбе с Йодками и ныне
За герб, за полкреста-то — и корову в тине.
«Уж третью пару, — молвит, — стёр до Новогрудка,
А Йодки межу пашут прямо до серёдки».
Смеялся я, Кулеша; конь — ничуть, нимало,
Кивал лишь мордой в луже, словно с трибунала.
Слезаю я с телеги у корчмы — всё то же:
И шильд всё тот же, ржавый, вкось ворота тоже;
Лишь малый в безрукавке цедит как попало,
Что в рюмку и в бутылку смотрит, как в зерцало.
Расспрашивал про Вильну, шерсть почём бывает,
И правда ль, что в столице кварт не доливают.
Сыграл ему за кружку — вот вам, без увёрток:
У лирника есть кружки, как у деда — чётки.
Дорога за корчмою — к мельнице, у речки,
Где раков мы ловили — набирали бочки.
Стояло колесо-то; мох по доскам пухом,
Козловский на пороге грелся под кожухом.
«Продам, — твердит, — и баста. Речка не та стала,
Сточился жёрнов гладко, раму поломало.
Мой сын на Ригу смотрит, как кот на сметану,
А я ведь с колесом-то тут сам не останусь».
Сын вышел — парень рослый, городской, в фуражке,
Спросил, играет ныне кто на деревяжке.
Я молвил: да, играют — в радость да в печали.
Он засмеялся: «Значит, только для себя ли?»
Я не ответил. Может, был он прав немного:
Играем и себе мы — пуще без пирога.
К костёлу, в гору, шёл я в сумерках, неспешно;
Звонили на молитву, как звонят извечно.
Тот колокол знаком мне: с трещиной — и глухо,
Как старый дед, закашляв; ведаю по слуху.
Стоял Заблоцкий первым, весь в капоте деда,
И с дедовою миной, словно у портрета.
Он полтора креста-то носит, как пристало, —
На одного ведь мужа полтора — немало.
Он после службы разом мне закрыл дорогу:
«Гриневича ведь внук ты! Слава, значит, Богу.
Я ж думал: к вашим боле нет ни в ком участья,
Лишь я зайду порою — да и то с причастья».
На кладбище пошли мы: он с огнём, я сзади,
По мокрым листьям, пахшим сыростью, прохладой.
Кресты стояли, серы, каждый наклонённый;
Тут имя, там прозванье, там — лишь мох зелёный.
А я-то знал сыздетства — мать так говорила, —
Что деда под Ошмяной поле приютило,
Что с луга, в чём стоял он, вышел в бой с косою,
Оставив бабку дома, полмешка с мукою.
Так я и плёл, бывало, в корчмах, пред панами,
И с каждой кружкой краше — долгими ночами:
То был с косой, то с саблей, то с хоругвью, с пикой,
А падал, как поётся, — молча и без крика.
Заблоцкий тут помедлил, свет подняв повыше,
Где крест ещё держался, еле-еле дыша.
Ножом на поперечке — год и буквы-дыры:
ГРИНЕВИЧ ЯН, КОЛЁСНИК. ТРИДЦАТЬ И ЧЕТЫРЕ.
— Колёсник? Дед же пал-то под Ошмяной, знаю!
— Вернулся, — тот мне молвит, — на Деды, хромая.
Косу приставил в угол — и за дело снова:
Тесал колёса в клети, про войну ни слова.
На них отец мой ездил по делам, бывало;
А я и ныне езжу — не хромы нимало.
— Что ж мать мне про Ошмяну говорила, пане?
— А шляхтичу рубанок — стыд в шляхетском стане.
Хотелось бабке — в поле деда, не в повети…
А у меня, — смеётся, — герб, а хлеба нету.
Припомнились мне тут же — в клети, за стеною,
Спиц ворох и ступица, пахшая смолою.
Бабуля: «Рухлядь», — молвит, — не даёт крушить их,
А после ливня тихо выносит сушить их.
Пригасил свет Заблоцкий — был фитиль короткий.
«Зайдите завтра, — молвил, — поиграть без водки».
Пошёл в капоте деда лужами, к нагорью,
А я побрёл к родному старому подворью.
Нет дома. Есть колодец, груша, три каменья:
Один — порог когда-то, два — вросли в коренья.
Тут Йодко пашет ныне под самую грушу,
Но грушу не срубил он — грех не взял на душу.
Я сел на том пороге. Лира на коленях.
Стемнело; мгла садилась по лугам, по теням.
Молчал я. Кто б тут слушал? Йодков пёс с охотой
Брехал — и смолк, как будто ждал ещё чего-то.
И тут от тракта, где-то снизу, от плотины,
Услышал, как взбирался воз пустой с низины.
Чей — я не знаю; только скрип колёс был слышен,
Как конь, в тумане стоя, ровно, тихо дышит.
Даниил Лазько
Общие принципы
Оба перевода исходят из одной задачи: сохранить не только сюжет и образы польского оригинала, но и его стиховую архитектуру — тринадцатисложник с цезурой после седьмого слога (7+6), четверостишия с парной рифмовкой aabb и женскими окончаниями, — а вместе с ней интонацию гавенды: неторопливую, разговорную, с юмором и самоиронией рассказчика. Решающим критерием при выборе между вариантами оставался вопрос, мог бы так сказать человек, знающий деревню и дорогу. Если точность формы требовала искусственного синтаксиса, предпочтение отдавалось естественности речи.
Все формальные параметры обоих переводов проверены программно: число слогов в каждой из ста четырёх строк, положение цезуры на границе слов, а для русского текста — положение ударений на сильных местах стиха (по ручной разметке ударений, сверенной с нормой).
Белорусский перевод «Калёснік»
Метр
Белорусский перевод сохраняет силлабический тринадцатисложник 7+6. Главная трудность — свободное белорусское ударение: в польском стихе каждое слово перед цезурой и в рифме естественно даёт женское окончание, в белорусском этого нужно добиваться подбором слов. Во всех ста четырёх строках слово перед цезурой имеет ударение на шестом слоге или раньше — мужских цезур нет.
Рифма
Систему женских рифм удалось сохранить в большинстве пар. Пять двустиший получили мужскую рифму (журбе — сябе, паклаў — маўчаў, камяні — карані, брахаў — чакаў, кусты — пусты); ряд рифм приблизителен (Кулеша — пешы, далей — трыбунале, суседзі — споведзі, следам — снегам и др.). Это неизбежная цена переноса польской системы в язык со свободным ударением; во всех таких случаях предпочтение отдано естественной фразе перед точным созвучием.
Название
«Калёснік» выбран вместо словарного синонима «стальмах»: в нём слышен корень «кола». Тем самым сохраняется главный механизм оригинала — связь заглавия Kołodziej с колёсами деда и с финальным скрипом колёс пустого воза («Колы ж рыпелі так ціха…»).
Реалии и решения
Польские Zaduszki переданы белорусскими Дзядамі — это не замена, а точная местная реалия. Wielki Piątek передан как «Страсны тыдзень»: «Вялікая Пятніца» не вмещается в метр ни в одной перестановке, а Страстная неделя включает Пятницу и сохраняет её смысловую зону. Pacierze стали «маленнямі», Oszmiana — Ашмянамі (по белорусской норме во множественном числе), Zarzecze — Залужжам. Ход po dziadku / w spadku передан параллелью «па дзядку / па спадку».
Сознательные потери
В переводе остаются обобщения и сдвиги, которые не удалось устранить без новых потерь: безличное «млын — збываюць» вместо мельника, продающего мельницу; «юны» вместо разговорного «малады» (метрическая необходимость); утрата эпитета «dębowy» у креста; «аруць — і без смутку» вместо «aż do środka»; надпись на кресте по-белорусски, хотя на шляхетском кладбище 1834 года она была бы польской или латинской.
Латиница
Латинская версия белорусского текста получена из кириллической по правилам классической белорусской латиницы (łacinka): г — h, х — ch, ў — ŭ, ч — č, ш — š, ж — ž; твёрдое л — ł, мягкое — l; йотированные гласные после согласных — ie, io, iu, ia (после л — e, o, u, a), в начале слова и после гласных — je, jo, ju, ja; і после гласной — ji; мягкий знак передаётся диакритикой при согласной (ź, ś, ć, ń, dź). Латиница здесь — не транскрипция произношения, а графическая параллель кириллице, исторически употреблявшаяся в белорусской печати XIX — начала XX века.
Русский перевод «Колёсник»
Метр
Польский тринадцатисложник 7+6 передан шестистопным ямбом с женской цезурой после седьмого слога и женскими окончаниями: ударения падают на сильные места 2, 4, 6 — 8, 10, 12. Такая форма воспроизводит слоговую рамку и цезуру оригинала точнее, чем привычный русский александрийский стих с мужской цезурой (6+6/7), и при этом остаётся естественной для русского силлабо-тонического слуха. Первое полустишие звучит как трёхстопный ямб, второе начинается с сильного слога — это даёт стиху лёгкую качающуюся походку, близкую к польскому образцу.
Рифма
Парная рифмовка с женскими окончаниями сохранена во всех строфах. Несколько рифм приблизительны (Новогрудка — серёдки, увёрток — чётки, сметану — останусь, повети — нету, повыше — дыша); это цена строгой рамки 7+6 в русском языке.
Название и сквозной мотив
«Колёсник» — точное русское соответствие польскому kołodziej, сохраняющее корень «колесо». Сквозной мотив выдержан полностью: стоящее колесо мельницы, колёса, которые дед тесал в клети, колёса, на которых ездили отец и рассказчик, «не хромы нимало», и скрип колёс пустого воза в финале.
Реалии и решения
Zaduszki переданы как Деды — белорусско-литовский обряд поминовения, знакомый русскому читателю в том числе по «Дзядам» Мицкевича. Wielki Piątek передан разговорным «в Страстную», которое прежде всего подразумевает Страстную пятницу, хотя допускает и прочтение «на Страстной неделе». Ход po dziadku / w spadku передан парой «весь в капоте деда, / И с дедовою миной, словно у портрета». Чтобы число на кресте читалось как год, а не как возраст, надпись предварена словами «год и буквы-дыры»; архаичная форма счёта «тридцать и четыре» придаёт надписи старинный облик. Ошмяна дана в польской форме единственного числа — рассказчик говорит как местный житель.
Сознательные потери
Różaniec передан словом «молитва»: «розанец» не вмещается в метр и звучит как полонизм. Na chrzcie, na pogrzebie обобщено до «в радость да в печали», поскольку на этой рифме держится шутка сына о том, что лирники играют «только для себя». Przyznać mu to muszę передано как «грех не взял на душу» — с лёгким нравственным оттенком, которого нет в оригинале, но который органичен для голоса рассказчика. Złapał za rękaw передано как «мне закрыл дорогу». Olszyny на дороге к дому стали «мелколесьем», Zarzecze — Подлесьем, эпитет «dębowy» заменён указанием «у дубравы».
Даниил Лазько
Туапсе, 8 октября 2026
