Przechadzałam się korytarzami
między ciemnymi a jasnymi cieniami,
między blaskiem a mrokiem.
Stawiałam kroki,
podziwiając chwile.
Zawsze pod wrażeniem,
zawsze z delikatnością,
by nie dotknąć inaczej.
Przechadzałam się
i z sił odpadłam,
gdy Ty w labiryncie
rozwieszałeś uczucia.
Euforia na poniedziałek,
na wtorek smutek w kieszeni.
Środa obdarta
i zwątpiła już w siebie.
I tak każdego dnia
inna grawitacja.
Ja w spokoju jak demonstracja,
Ty w wulkanie.
Każdy z racjami,
każdy u bram swoich.
I wtedy zerknęłam do tyłu —
bramy,
tam, gdzie stała przeszłość moja.
Wulkany dudniły,
oceany wzbierały.
Dziś spokój miały.
Czy ja aby na pewno sobą jestem?
A może już stara w tej euforii
i wszystko się jakby równa?
Nie wzbija w powietrze.
Po prostu jest
spokojem i dreszczem.
