Jakże zmierzyć ogrom twej pracy,
skoro z cokołu spoglądasz jak Tacyt,
Seneka, Mickiewicz i Miłosz!
Gdy wiary w słowo nigdy nie było
na kanwie litery śmierć z miłością brata,
których spotkanie jak błysk tego lata,
pobieżne próby na nic się stają,
kiedy wieczności wciąż dotykają!
Daremne próby i wielki treści,
ze wszędy słychać zawodzeń boleści.
O tym co, winien i o przyczynie,
wolę potwierdzeń i też jestem winien.
Jak dziecko błądzę we mgle krążę stale,
zew eschatologii drążą wytrwale!.
Dlaczego nie znikniesz posępna godzino,
kiedy świat kwitnie i w wieczności chce zginąć!
Tajemnica odwieczna chwili wytrwania,
w każdym procesie jej powstawania.
Skrypty i wersy tajnego geniuszu,
jak balsam dla serca wpada do uszu.
Potencjał narasta wraz z wyraźnością,
gdy sędzia deskrypty pomiesza z miłością.
W dobie rozkładu nihili wielkiej,
smoczek odkładam od mleka butelki.
Spłata długu w duszy narasta,
gdy mistrze oderwani od swego miasta.
Gdy wróg w granice szybko się wdziera,
gdy zamiast moralności wolą Hitlera.
Wieczyste walki z piórem autora,
w przeciwieństwach objawia się tworach.
Dobro i zło, wciąż walczą bez skazy,
idea z grzechem o świecie rozważy!
Rzecz o bohaterze, gdzieniegdzie wygnańcu,
kompleksie Edypa, Ordona szańcu,
rozterki miłosne, nawet i o tym co będzie
na wiosnę! Granice języka nieokreślone,
tajemne kultury ze snu utworzone!
Jak szept anielski wśród kręgów piekieł,
arkana zwięzłych ludycznych zrzeczeń.
Przepływ emocji – ciąg dopaminy,
na skraju jutra ich cześć uczcimy!
Wielkości waszej nie mierzy się spiżem,
lecz pióra lekkością powagą i dziwem!
Ciągi rymów i fraszek – o litość się znosi,
gdy apostrofa serce podnosi!
Chodź brak jest odwagi i warsztat wciąż
niski, wnętrze wypuszcza pędy i listki.
Epiki i liry wciąż wiecznie żywe,
gdy tak dosłownie są też możliwe.
W końcu epilog tego się mieści, gdy
pod cokołem składam wam cześci!.
