Jesienią ludzie częściej mijali się w milczeniu. W autobusach patrzyli przez zaparowane szyby, na klatkach schodowych spuszczali wzrok. Każdy niósł coś, czego nie dało się zobaczyć: niewypowiedziane pretensje, zmęczenie, myśli wracające wieczorami.
Czasem wystarczało jedno nieuważne słowo, żeby w kimś coś pękło. Czasem wystarczało też zwykłe „usiądź, jeśli chcesz”, żeby ten ciężar na chwilę stał się lżejszy. Ludzie nie zawsze umieli sobie pomagać. Bywało, że odwracali się od siebie ze strachu, że powiedzą coś nie tak. A potem żałowali - po cichu, już w drodze do domu.
Na ulicach wiatr przesuwał liście z miejsca na miejsce. Nikt nie pytał, dokąd powinny trafić. Ludzie też często nie wiedzieli, dokąd zmierzają. Szli przed siebie, mijając znajome twarze, i czasem dopiero po długim czasie rozumieli, że najbardziej brakowało im nie odpowiedzi, lecz czyjejś obecności.
Tego wieczoru ktoś zostawił zapalone światło w oknie. Po drugiej stronie ulicy ktoś je zauważył. Nic się nie zmieniło, a jednak przez chwilę nie było tak zupełnie ciemno.
