Upadam na kolana,
bez sił skonany.
Deszcz jak chrzest
oczyszcza mnie.
Patrze w niebo,
bezgłośnie klnę.
Gdzie jesteś?!
Zostawiłeś mnie.
W kałuży odbicie,
zwierciadło samotności.
Zbić go nie mogę,
nie czuje już złości.
Pozostało mi tylko,
czekać na dzień.
On już niedługo,
przywita mnie.
