Wieczorem moje serce staje się pustą stacją,
na której nikt nie czeka na powrót.
Lampy kołyszą chore światło,
wiatr przewraca rozkłady dawnych nadziei,
a tory prowadzą wyłącznie do ciemności.
Siedzę na ławce obok własnego cienia
i słucham, jak noc zapowiada samotność.
Czasem przyjeżdża pociąg pełen wspomnień.
W oknach widzę utracone twarze,
dawne lata machają do mnie zza szyby,
lecz żadne drzwi się nie otwierają,
bo przeszłość nie zabiera pasażerów.
Melancholia siada wtedy obok,
kładzie chłodną dłoń na moim ramieniu
i razem patrzymy,
jak ostatnie światło znika za zakrętem.
Nie pytam już, dokąd prowadzą te tory.
Wiem, że wszystkie kończą się we mnie,
tam, gdzie od dawna pada listopad.
Może smutek jest właśnie takim dworcem,
z którego serce nigdy nie doczekało się odjazdu.
