Obraz tła Poetica

Wiersze i opowiadania — portal literacki

Czytaj i publikuj wiersze, opowiadania, artykuły i felietony

Wiersze

Nieuchwytny

109171448376935745306

Aleksander Szarkowski
Aleksander Szarkowski
26 kwietnia 2026·18 min czytania·2 Odwiedziny

Rozdział I: Whitechapel, 30 września 1888

Inspektor Thomas Abberline zatrzymał się na rogu Berner Street. Pozwalając, by gęsta mgła trochę opadła. Londyn w tym roku był szczególnie okropny, nie tylko ze względu na wilgoć, ale przede wszystkim przez strach, który osiadł w sercu Whitechapel jak ta mgła. Czwarta ofiara. Czwarta kobieta znaleziona w zaułku z podciętym gardłem.

Sierżant Thick: Inspektorze! - Sierżant Thick wyłonił się z mgły, jego twarz była blada jak ściana wapnowana kamienicy. - Powinien pan to usłyszeć. Jest świadek.

Abberline podążył za nim do pobliskiego pubu „The Bricklayers Arms”, gdzie przy barze siedział drżący mężczyzna w średnim wieku. Jego dłonie zaciśnięte wokół kufla z piwem trzęsły się tak mocno, że alkohol rozlewał się na brudny blat.

Inspektor Abberline: Jestem inspektorem z Scotland Yardu. Rozumiem, że coś pan widział?

Mężczyzna podniósł wzrok. W jego oczach malował się czysty strach.

Świadek: Nie widziałem... ale słyszałem - wyszeptał. - Wracałem do domu. Była mgła, gęsta jak grochówka. I wtedy... - urwał, łykając głośno ślinę.

Abberline: Co pan usłyszał?

Świadek: Nucenie. Ktoś nucił w ciemności. - Mężczyzna zadrżał. - Jakby... jakby dziecięcą piosenkę. London Bridge is falling down, falling down, falling down, London Bridge is falling down my fair lady... Ale głos... Boże, ten głos był obłąkany. Wesoły i obłąkany jednocześnie.

Abberline poczuł, jak mróz przebiega mu po plecach.

Inspektor Abberline: Skąd dochodziło to nucenie?

Świadek: Z Dutfield’s Yard. Tam, gdzie potem znaleźli... - Mężczyzna nie był w stanie dokończyć zdania.

Rozdział II: Trop

Następne dni Abberline spędził, przesłuchując mieszkańców Whitechapel. Wszyscy mówili o strachu, o tym, jak kobiety boją się wychodzić po zmroku. Ale nikt więcej nie wspominał o nuceniu.

Aż do nocy 8 listopada.

Abberline patrolował okolice Miller’s Court, kiedy usłyszał krzyk. Przeszywający, pełen rozpaczy krzyk, który urwał się równie nagle, jak się zaczął. Detektyw rzucił się biegiem w stronę dźwięku, jego ciężkie buty dudniły o bruk. I wtedy to usłyszał. Ciche, niemal dziecinne nucenie, dobiegające gdzieś z ciemności:

„London Bridge is falling down, falling down, falling down. London Bridge is falling down, my fair lady…….”

Głos był bliski, może zaledwie kilka metrów dalej, ale mgła była tak gęsta, że Abberline nie widział własnej wyciągniętej ręki.

Abberline: Stój! Scotland Yard! - krzyknął, wyciągając rewolwer.

Nucenie urwało się. Zapadła cisza, przerwana tylko oddechem detektywa i odległym szczekaniem psa. Potem usłyszał kroki. Szybkie. Odbijające się echem od wilgotnych murów. Abberline rzucił się w pościg, ale mgła była jego wrogiem. Po minucie słyszał już tylko własne kroki. Kiedy dotarł do Miller’s Court numer 13, znalazł ją. Mary Jane Kelly. To, co z nią zrobiono, przekraczało najgorsze ludzkie wyobrażenia. A na ścianie jej krwią były widniały słowa:

,,London Bridge is falling down, falling down….”

Rozdział III: Bezradni

Następnego ranka Abberline siedział w swoim ciasnym gabinecie przy Scotland Yard, otoczony stosami raportów i fotografii z miejsc zbrodni. Oczy same się zamykały od braku snu, a w głowie dalej słyszał to przeklęte nucenie.

,,London Bridge is falling down, falling down…”

Sierżant Thick zapukał i wszedł, niosąc świeżą tacę z herbatą i stosem gazet porannych.

Sierżant Thick: Prasa znowu szaleje, Sir - powiedział, kładąc „The Star” na biurku. W nagłówek było napisane: PIĄTA OFIARA KUBY ROZPRUWACZA - SCOTLAND YARD BEZRADNY!

Abberline odepchnął gazetę z niesmakiem.

Abberline: Co wiemy o Mary Kelly? - Zapytał, popijając gorzką herbatę.

Thick otworzył swój notes.

Sierżant: Dwadzieścia pięć lat. Prostytutka, jak poprzednie. Mieszkała samotnie w Miller's Court. Sąsiedzi mówią, że była miła, lubiana. Nikt nic nie słyszał do tego krzyka około drugiej w nocy.

Detektyw: Nikt oprócz mnie - mruknął Abberline. A co z tym napisem na ścianie?

Thick: Laboratorium dokonało analizy próbki krwi i Doktor Phillips potwierdza, że to krew ofiary.

Abberline wstał i podszedł do okna, patrząc na szare niebo nad Londynem. Listopadowe słońce ledwo przebijało się przez smog i mgłę.

Inspektor Abberline: To nie jest przypadkowy szaleniec - powiedział cicho. To ktoś, kto działa według planu. Ma swój... rytuał.

Thick: Rytuał, proszę pana?

Inspektor: Ta piosenka, którą śpiewał, to nie przypadek, że ją nucił. - Abberline odwrócił się do Thicka. Sprawdź w archiwach. Czy w okolicy Whitechapel, w ciągu ostatnich dziesięciu lat, były jakieś incydenty związane z Mostem Londyńskim. Wypadki, samobójstwa, cokolwiek.

Thick zapisał to w swoim notesie.

Thick: Myśli pan, że to ma jakiś związek z prawdziwym mostem?

Inspektor: Nie wiem, co myślę - przyznał Abberline. - Ale musimy sprawdzić każdy trop.

Abberline wstał i podszedł do okna, patrząc na szare niebo nad Londynem. Listopadowe słońce ledwo przebijało się przez smog i mgłę.

Detektyw: To nie jest przypadkowy szaleniec - powiedział cicho. - To ktoś, kto działa według planu. Ta piosenka.... one musi mieć jakieś znaczenie, ale nie wiem jakie.

Thick: Znaczenie, mi się wydawało, że to po prostu piosenka śpiewana przez popaprńca

Przez następne godziny Abberline przesłuchiwał świadków. Właścicielka sklepu z Commercial Street twierdziła, że widziała „dzentelmena w cylindrze” przechodzącego tamtędy w noc morderstwa. Pijak z „Ten Bells” przysięgał, że słyszał „dziwne śpiewanie” dochodzące z zaułka. Praczka z Dorset Street wspominała o „wysokim mężczyźnie z czarną torbą lekarską”.

Ale to wszystko były fragmenty, kawałki układanki, która nie chciała się złożyć.

Około trzeciej po południu Thick wrócił z archiwów, niosąc zakurzoną teczkę.

Sierżant Thick: Sir, znalazłem coś - powiedział, kładąc dokumenty na biurku. Osiem lat temu, w maju 1880 roku. Dwudziestoletnia kobieta skoczyła z Mostu Londyńskiego do Tamizy. Utonęła.

Abberline: Kim była ta kobieta?

Sierżant Thick: Nazywała się Margaret Whitmore. Była w ciąży. Niezamężna. - Thick przejrzał dalej papiery. Według zeznań, jej kochanek porzucił ją, gdy się dowiedział. Zostawił list. Napisała w nim, że... że "most jej życia się zawalił".

Abberline poczuł, jak coś w jego umyśle zaczyna się układać.

Inspektor Abberline: ,,London Bridge is falling down...” to nie jest przypadek

Thick spojrzał na niego z lekkim niezrozumieniem.

Sierżant Thick: Co pan ma na myśli proszę pana

Abberline odwrócił się powoli.

Inspektor Abberline: Osiem lat temu maj tysiąc osiemset osiemdziesiątego roku kobieta skoczyła z Mostu Londyńskiego do Tamizy

Thick zmarszczył brwi.

Sierżant Thick: Ta z akt Whitmore

Inspektor Abberline: Tak Margaret Whitmore- nastała krótka cisza. Ale to nie wszystko

Thick podniósł wzrok.

Inspektor Abberline: Nie była sama

Sierżant Thick: Jak to nie była sama

Inspektor Abberline: Było tam dwóch mężczyzn Edmund Whitmore i ktoś jeszcze

Thick nachylił się lekko.

Sierżant Thick: Kim był ten drugi

Inspektor: Abberline pokręcił głowąc - tego właśnie nie wiemy. Ale wiemy jedno obaj coś do niej czuli.

Thick westchnął.

Sierżant Thick: Miłosny trójkąt

Inspektor: Coś więcej- Abberline podszedł do biurka i sięgnął po dokument. Została oskarżona o prostytucję i kradzież od klientów

Thick skrzywił się.

Sierżant Thick: W Whitechapel to wyrok

Inspektor Abberline: Dokładnie straciła wszystko- ucichł na chwilę. Według zeznań świadków mówiła że nie da rady z tym żyć. Że już wszystko się zawaliło

Thick spojrzał na niego uważniej.

Sierżant Thick: Most

Abberline skinął głową.

Inspektor: Abberline skinął głową - Most jej życia się zawalił.


Cisza zgęstniała.

Inspektor Abberline: Skoczyła, Whitmore skoczył za nią próbował ją uratować. Nie udało się

Thick przełknął ślinę.

Sierżant Thick: A ten drugi

Inspektor Abberline: Spojrzał w okno- został. Patrzył jak umiera

Dłuższa cisza.

Inspektor Abberline: I według jednego ze świadków ona patrzyła właśnie na niego przed skokiem. Jakby tylko on ją rozumiał

Thick zmarszczył brwi.

Sierżant Thick: Czyli on był dla niej najważniejszy

Inspektor Abberline: Możliwe

Abberline odłożył dokument.

Inspektor Abberline: Po pogrzebie ich drogi się rozeszły. Whitmore trafił do Bedlam, a drugi zniknął

Thick spojrzał na niego powoli.

Sierżant Thick: I pan myśli że to on

Abberline zawahał się tylko na chwilę.

Inspektor Abberline: Myślę że coś się wtedy zaczęło. Coś co teraz wróciło, żeby się zemścić.

Thick spojrzał na napis w notatkach.

Sierżant Thick: To dlatego ta piosenka

Abberline skinął głową.

Inspektor Abberline: To nie jest przypadek

Nastała krótka cisza.

Abberline: Czy wiadomo, coś o tym lekarzu, oprócz tego, że trafił do Bedlam? Czy są jakiekolwiek inne dane o tym lekarzu

Thick pokręcił głową.

Sierżant Thick: Niewiele proszę pana tylko tyle że po tym incydencie miał załamanie nerwowe

Sierżant Thick: Trafił do Bethlem Royal Hospital

Inspektor Abberline: Zmrużył oczy – do Bedlam?

Sierżant Thick: Tak proszę pana

Krótka cisza.

Inspektor Abberline: Jedź tam

Thick spojrzał na niego.

Sierżant Thick: Teraz?

Inspektor Abberline: Nie, jutro rano. Masz tydzień chcę wiedzieć wszystko kim był co się z nim działo, przez ten czas. Jeśli jest z tym związany, napewno zostawił jakiś ślad

Thick skinął głową.

Sierżant Thick: Tak proszę pana

Rozdział IV- Cisza przed burzą

Tydzień minął. Potem drugi. Whitechapel, które przez ostatnie miesiące żyło w strachu, powoli zaczynało oddychać. Patrole policyjne wciąż krążyły po ulicach, ale coraz rzadziej. Kobiety znowu wychodziły po zmroku, choć wciąż z niepokojem w sercach. Puby zapełniały się jak dawniej. Abberline nie lubił tej ciszy. Stał przy oknie w swoim gabinecie trzymając w ręku cygaro, wpatrując się w mapę z pinezkam oznaczającymi miejsca morderstw na tablicy. Z informacji zebrane przez Thicka, twierdzą, że ślad po Edmundzie Whitmorze urwał się. Człowiek jakby rozpłynął się w powietrzu. Lekarze z Bedlam niewiele pamiętali - był spokojnym pacjentem, wycofanym, ale nigdy agresywnym. Po wypuszczeniu zniknął bez śladu. Może to nie on. Może Kuba Rozpruwacz po prostu przestał. Albo umarł. Albo uciekł z Londynu. Ale coś w głębi duszy Abberline’a mówiło mu, że to tylko cisza przed burzą.

Wieczorem 25 listopada

Inspektor szykował się już do wyjścia do domu, w drzwiach pojawił się zdyszany Thick.

Sierżant Thick: Inspektorze! Jest świadek. Mówi, że widział kogoś... kogoś dziwnego. W okolicach Hanbury Street.

Abberline chwycił płaszcz.

Sierżant: Świadek mieszkał w małej kamienicy przy Hanbury Street jest to starszy mężczyzna o imieniu Albert Finch, rzeźnik z pobliskiego sklepu. Gdy Abberline wszedł do jego mieszkania, zastał go przy kominku, gdzie duży pies pasterski leżał u jego stóp, wciąż niespokojny.

Inspektor: Pan Finch? Jestem inspektor Abberline. Rozumiem, że coś pan widział dziś wieczorem?

Finch skinął głową, głaszcząc psa.

Finch: Każdego wieczoru, o zmroku, chodzę na spacer z Rexem. Od lat. To moja rutyna, inspektorze. Dziś... dziś było inaczej.

Abberline: Co się dalej stało?

Finch: Szliśmy jak zwykle Hanbury Street w stronę Spitalfields. Rex zawsze jest spokojny, ale nagle zaczął warczeć. Potem pociągnął za smycz i pobiegł w zaułek między dwoma kamienicami. - Finch urwał, jego dłoń zadrżała. Pobiegłem za nim i... usłyszałem nucenie.

Abberline poczuł, jak serce zaczyna bić szybciej.

Inspektor: Nucenie?

Finch: Tak. Dziecięcą piosenkę. "London Bridge is falling down, falling down ..." - Finch spojrzał na niego. - To on, prawda? Ten potwór?

Inspektor: Co pan widział? Widział pan jego twarz?

Finch: Tak, ale przez chwilę. Było już za ciemno, za dużo mgły..

Finch: Powiem to co widziałem. Był to mężczyzna, stał tyłem do mnie z siedem metrów ode mnie. Był wysoki, może ze sto osiemdziesiąt centymetrów. Miał na sobie... - Finch zamknął oczy i sobie próbował przypomnieć. Czarny kapelusz, taki cylindryczny. I czarny płaszcz oraz monokl albo jakieś okulary, błysnęły mi w świetle latarni. A gdy Rex zaszczekał, odwrócił się tylko na chwilę i zanim zdąrzyłem podejść, zniknął w zaułku.

Inspektor: Wyjął notatki i zanotował - powiedział pan, że chodzi tam codziennie o tej samej porze?

Finch: Skinął głową - od kiedy mam Rexa. Każdego wieczoru o zmierzchu.

Inspektor spojrzał na niego podejrzliwie. O zmroku? W Whitechapel? W czasie, gdy grasuje morderca?

Abberline: To dość niebezpieczna pora na spacery, panie Finch.

Finch: Rex potrzebuje ruchu, inspektorze - odparł mężczyzna sztywno. - Nie dam się zastraszyć przez jakiegoś szaleńca.

Abberline opuścił mieszkanie Fincha z mieszanymi uczuciami. Historia brzmiała sztucznie - może zbyt sztucznie. Czarny kapelusz, czarny płaszcz i monokl? To brzmiało jak postać z jakieś powieści, nie jak prawdziwy człowiek.

Ale musiał sprawdzić.

Przez następne dwie godziny Abberline i Thick przesłuchiwali mieszkańców Hanbury Street. Ku zdziwieniu detektywa, wszyscy potwierdzali słowa Fincha.

Sąsiadka spod dwunatski: Och tak, stary Albert ze swoim psem - powiedziała gospodyni. Widuję go codziennie. Punktualny jak zegar.

Właściciel sklepu na rogu też potwierdził:

Właściciel sklepu: Albert? Przyzwoity człowiek. Każdego wieczoru przechodzi obok mojego sklepu. Można według niego zegarek nastawiać.

Sklepikarz z warzywami skinął głową:

Sklepikarz: Znam go od lat. Spokojna dusza. Jego pies też grzeczny, choć ostatnio wydawał się niespokojny.

Abberline musiał przyznać, że Finch mówił prawdę. Ale co z tym mężczyzną w czarnym? Następnego dnia, na podstawie opisu Fincha, Scotland Yard rozesłał komunikat. Czerwony kapelusz i płaszcz, monokl, wzrost około stu osiemdziesięciu centymetrów. W tak charakterystycznym stroju ktoś musiał go zauważyć. I rzeczywiście

Po południu starszy policjant przyprowadził mężczyznę.

Nazywał się Reginald Ashford. Miał trzydzieści dwa lata, pracował jako urzędnik w biurze celnym. Gdy Abberline wszedł do pokoju przesłuchań, od razu zobaczył czarny płaszcz wiszący na oparciu krzesła i cylinder leżący na stole. Monokl tkwił na nosie Ashforda.

Abberline: Panie Ashford - zaczął, siadając naprzeciwko. Czy był pan wczoraj wieczorem w okolicach Hanbury Street?

Ashford skinął głową. Był blady, nerwowy, ale nie wyglądał na mordercę. Wyglądał na przerażonego człowieka.

Podejrzany: Tak, wracałem z pracy. Zawsze tą drogą wracam.

Inspektor: O której godzinie?

Podejrzany: Około szóstej. Może wpół do siódmej. Ashford poprawił monokl - dlaczego pytacie? Coś się stało?

Inspektor: Świadek widział pana w zaułku przy Hanbury Street. Twierdzi, że pan... nucił.

Twarz Ashforda stężała.

Podejrzany: Nucił? Tak? Roześmiał się nerwowo – do za absurd! Ja nie... ja nie byłem w żadnym zaułku!

Inspektor: Świadek bardzo dokładnie Pana opisał - powiedział Thick, stojący przy drzwiach. Czarny płaszcz, cylinder, monokl. To dość charakterystyczny strój.

Podejrzany: To nieprawda! - Ashford zerwał się z krzesła. Ja nie zrobiłem nic złego! Wracałem do domu, to wszystko!

Abberline obserwował go uważnie. Mężczyzna był wyraźnie niestabilny emocjonalnie. Jego dłonie drżały, oczy biegały od jednego detektywa do drugiego.

Inspektor: Panie Ashford, czy słyszał pan kiedyś o Kubie Rozpruwaczu?

Ashford zbladł jeszcze bardziej.

Podejrzany: Oczywiście. Cały Londyn o nim słyszał.

Inspektor: A wie pan, co łączy wszystkie jego ofiary?

Podejrzany: To, że jego ofiarami były... kobiety - wyszeptał Ashford.

Inspektor: Prostytutki z Whitechapel - poprawił Abberline. - Kobiety, które żyły na marginesie społeczeństwa. Kobiety, które niektórzy mogliby uznać za... niemoralne.

Podejrzany: Co pan sugeruje?! - krzyknął Ashford. - Myślicie, że ja...? To obłęd!

Thick zbliżył się.

Sierżant: Gdzie był pan w nocy ósmego listopada? W nocy, gdy zamordowano Mary Kelly?

Podejrzany: Nie wiem! Spałem! W domu! - Ashford chwycił się za głowę. - Boże, to koszmar. To jakiś koszmar!

Abberline skinął na Thicka.

Inspektor: Aresztować. Podejrzenie o serię morderstw.

Gdy prowadzili Ashforda do celi, mężczyzna płakał, powtarzając w kółko:

Podejrzany: Ja nic nie zrobiłem, Ja nic nie zrobiłem. Przysięgam na Boga, nic nie zrobiłem.

Przez następne dwadzieścia cztery godziny Abberline przesłuchiwał Ashforda, sprawdzał jego mieszkanie, rozmawiał z sąsiadami. I z każdą godziną stawało się jasne, że coś tu nie gra.

Ashford rzeczywiście pracował w biurze celnym. Sąsiedzi potwierdzali, że był spokojnym, wycofanym człowiekiem. Nigdy problemów, nigdy przemocy. Ale było w nim coś... niestabilnego. Mówił szybko, chaotycznie. Czasami zdawał się odpowiadać na pytania, których nikt nie zadał.

Lekarz przywołany do zbadania Ashforda pokręcił głową.

Lekarz: Ten człowiek ma poważne zaburzenia nerwowe, inspektorze. Ale morderca? Wątpię. Jest zbyt... kruchy psychicznie. Zbyt niezdecydowany.

Po dwudziestu czterech godzinach, bez dowodów, Abberline musiał go wypuścić.

Inspektor: Ostrzegam Pana, Panie Ashford - powiedział, gdy mężczyzna już zbierał swoje rzeczy. Będziemy pana obserwować.

Ashford tylko skinął głową, wciąż blady i drżący. Wyszedł ze Scotland Yardu chwiejnym krokiem, czarny płaszcz powłóczący się za nim jak skrzydła ponurego ptaka.

Rozdział V- Ciało w Tamizie

Dwa dni później, dwudziestego ósmego listopada, Abberline siedział w swoim gabinecie, przeglądając raporty, gdy do drzwi zapukał młody policjant. Jego twarz była blada.

Młody policjant: Inspektorze, patrol rzeczny znalazł ciało w Tamizie. Przy Southwark Bridge.

Abberline podniósł wzrok.

Inspektor: Kto?

Młody policjant: Mężczyzna. Około trzydziestu lat. Ma przy sobie dokumenty... – przełknął ślinę. Należały do Reginalda Ashforda, proszę Pana.

Przez moment Abberline siedział w milczeniu. Potem powoli wstał, sięgając po płaszcz. Ciało wyłowiono godzinę wcześniej. Leżało teraz na drewnianym pomoście, przykryte brezentem. Doktor Phillips, lekarz sądowy Scotland Yardu, klęczał już przy zwłokach, wykonując wstępne oględziny.

Inspektor: Doktorze? - Abberline przykucnął obok niego.

Phillips był starszym mężczyzną o siwych bokobrodach, z oczami zmęczonymi wieloletnim oglądaniem śmierci.

Phillips: Przywitał się, nie podnosząc wzroku - pańskie dzieło, jak rozumiem?

Abberline: Co pan ma na myśli?


Phillips: Ten człowiek był u was przesłuchiwany. Widziałem go w areszcie - Phillips odsłonił twarz Ashforda. Była sina, spuchnięta od wody, Utonięcie – powiedział. Najprawdopodobniej był w wodzie od wczorajszego wieczora, może dwudziestu czterech godzin.

Abberline przyjrzał się ciału. Ashford wciąż miał na sobie ten sam czerwony płaszcz, choć teraz był przemoczony i ciężki od wody.

Inspektor: Samobójstwo?

Phillips wzruszył ramionami.

Phillips: Brak śladów przemocy. Brak ran obronnych. W płucach woda. Podniósł dłoń Ashforda, pokazując sine paznokciek, klasyczne utonięcie. Prawdopodobne.

Thick stał nieopodal, patrząc na rzekę.

Sierżant: Miał problemy psychiczne, sir - powiedział cicho. Był niestabilny. Może oskarżenie o bycie... nim... było dla niego za wiele.

Abberline patrzył na twarz Ashforda. Nawet w śmierci wyglądał na przerażonego.

Inspektor: Zróbcie pełną sekcję - powiedział do Phillipsa. Chcę wiedzieć wszystko.

Raport z autopsji przyszedł następnego dnia. Potwierdzał śmierć przez utonięcie. W żołądku Ashforda znaleziono dużą ilość alkoholu - prawdopodobnie upił się przed skokiem. Brak jakichkolwiek śladów wskazujących na udział osoby trzeciej. Wniosek: samobójstwo. Scotland Yard wydał oświadczenie dla prasy. "Reginald Ashford, główny podejrzany w sprawie morderstw Kuby Rozpruwacza, popełnił samobójstwo, skacząc do Tamizy. Sprawę należy uznać za zakończoną."

Gazety eksplodowały nagłówkami:

KUBA ROZPRUWACZ NIE ŻYJE! KONIEC ТЕРРОРУ W WHITECHAPEL! SAMOBÓJSTWO MORDERCY - LONDYN MOŻE SPAĆ SPOKOJNIE

Inspektor Godley, przełożony Abberline'a, był zadowolony.

Inspektor Godley: Dobra robota, Abberline - powiedział, zapalając cygaro w swoim gabinecie. Sprawa zamknięta. Komisarz jest zadowolony, prasa jest zadowolona, ludzie mogą spać spokojnie.

Ale Abberline nie czuł ulgi. Coś w tej całej sprawie nie pasowało. Ashford był niestabilny, to prawda, ale mordercą? Człowiekiem zdolnym do takich okrucieństw?

Inspektor: Panie, czy nie powinniśmy...

Inspektor Godley: Nie powinniśmy nic - przerwał mu. Sprawa jest zamknięta, Abberline. Mamy wystarczająco dużo innych spraw do rozwiązania. Patrole w Whitechapel zostaną zredukowane. Potrzebujemy ludzi w innych dzielnicach.

Abberline: Ale...

Inspekotr Godley: To rozkaz, inspektorze.

Abberline skinął głową i wyszedł z gabinetu, czując ciężar w piersi.

Rozdział VI: Fałszywy spokój

Grudzień nadszedł zimny i mglisty. Whitechapel, przez tyle miesięcy żyjący w strachu, powoli wracał do normalności. Kobiety znowu wychodziły po zmroku, puby były pełne, ulice tętniły życiem. Patrole policyjne zmniejszono o połowę. Konstable wrócili do swoich normalnych obowiązków. Sprawa Kuby Rozpruwacza została złożona w archiwach Scotland Yardu, oficjalnie zamknięta. Abberline próbował wrócić do innych spraw - kradzieże, napady, drobne przestępstwa. Ale myśl o Ashfordzie nie dawała mu spokoju. Każdej nocy, zanim zasnął, widział jego przerażoną twarz, słyszał jego rozpaczliwe zapewnienia: "Ja nic nie zrobiłem. Przysięgam na Boga, nic nie zrobiłem."

A jeśli mówił prawdę?

Thick próbował go pocieszyć.

Sierżant: Sir, musi pan przestać się tym zadręczać. Ashford był niestabilny psychicznie. Wszystko się zgadza, był w odpowiednim miejscu, miał odpowiedni profil. To musiał być on.

Inspektor Abberline: A jeśli nie? - spojrzał na młodego sierżanta. A jeśli prawdziwy morderca wciąż tam jest, czekając?

Sierżant: To dlaczego przestał zabijać?

To było dobre pytanie. Miesiąc minął bez żadnych incydentów. Żadnych morderstw, żadnych zgłoszeń o nucącym mężczyźnie. Cisza. Może rzeczywiście Ashford był winny. Może poczucie winy doprowadziło go do samobójstwa.

A może...

Abberline potrząsnął głową. Musi przestać. Sprawa jest zamknięta. Grudzień przechodził w styczeń. Nowy rok, 1889, przyniósł nadzieję na lepsze jutro. Londyn świętował, ciesząc się, że koszmar Kuby Rozpruwacza należy już do przeszłości. Abberline spędził Boże Narodzenie sam, w swoim małym mieszkaniu, pijąc whisky i wpatrując się w mapę Whitechapel. Pinezki wciąż tam były, oznaczające miejsca morderstw. Tworzące ten dziwny łuk, jak łuk mostu.

,,London Bridge is falling down, falling down”

Nie mógł przestać o tym myśleć.

Styczeń przeminął. Luty nadszedł z ostrym mrozem i gęstą mgłą. Whitechapel żył swoim zwykłym życiem - biednym, brutalnym, ale bez dodatkowego strachu.

A potem nadszedł dziewiąty lutego.

Rozdział VII: Cisza przed burzą

Była trzecia nad ranem, gdy Abberline obudził się od do drzwi. Zerwał się z łóżka, sięgając po rewolwer.

Inspektor Abberline: Kto tam?!

Sierżant: To ja Thick! Proszę otworzyć!

Abberline otworzył drzwi. Sierżant stał na korytarzu, zdyszany, jakby biegł całą drogę.

Inspektor: Co się stało?

Thick: Morderstwo, proszę Pana. W Whitechapel. Przy Placu Mitre.

Przez moment Abberline stał w milczeniu, czując, jak mróz ściska mu serce.

Abberline: Opis?

Thick: Kobieta. Gardło poderżnięte. - Thick przełknął ślinę. - Żartuję... napis na ścianie. Krwią.

Abberline nie musiał pytać, co było napisane. Już wiedział. Mitre Square było otoczone przez policję, gdy przybyli. Gazowe latarnie rzucały blade światło na scenę zbrodni. Doktor Phillips klęczał już przy ciele. Abberline podszedł powoli, czując, jak gniew i strach mieszają się w jego piersi. Ofiara miała około czterdziestu lat. Prostytutka, jak poprzednie. Gardło poderzgnięte z chirurgiczną precyzją. Ale to, co było zrobione z jej ciałem...

Phillips: Gorsze niż poprzednie - wyszeptał, podnosząc się. O wiele gorsze. Jakby... jakby był wściekły.

Abberline spojrzał na ścianę pobliskiej kamienicy. Tam, napisane świeżą krwią, wielkimi literami:

Weszli w wąską uliczkę. Ciało kobiety leżało na ziemi z poderżniętym gardłem. Krew spływała po bruku.

Sierżant Thick: Cholera.... – spojrzał na Abberline i pierwszy raz w życiu widział na jego twarz strach i bezradność

Abberline nie odpowiedział, wpatrywał się w świeże napisy wymalowane krwią na ścianie.

,,YOU THOUGHT IT WAS OVER”

,,IT IS ONLY THE BEGINNING”

Panowała ciężka, dusząca cisza.

Sierżant Thick: On... on się z nami bawi.

Abberline zaczął do siebie szeptać.

Inspektor Abberline: Jaki ja byłem głupi… Już myślałem, że to Ashford. To nie był on… — wyszeptał. Boże… to nigdy nie był on - Abberline zacisnął pięści. Miesiąc i pół, przez jebane półtora miesiąca prawdziwy morderca czekał, obserwował i śmiał się z nas. Pozwolił nam uwierzyć, że złapaliśmy właściwego człowieka. Pozwolił policji zmniejszyć patrole. A teraz wrócił. I był wścieklejszy niż kiedykolwiek. Zwiększyć patrole - powiedział cicho. Natychmiast. I chcę wszystkich świadków z okolicy. Każdego, kto cokolwiek widział lub słyszał.

Ale wiedział, że będzie jak zawsze. Mgła, ciemność, cisza. A potem tylko ciało i krew.

I ta przeklęta piosenka, nucona gdzieś w mroku:

,,…London Bridge is falling down...”

Rozdział VIII: Powrót

Gabinet był duszny.

Inspektor Godley: Usiądź Abberline

Abberline niechętnie usiadł. Godley przyglądał mu się przez chwilę w milczeniu.

Inspektor Godley: Powiedział - wyglądasz jak wrak.

Zapadła głucha cisza.

Inspektor Abberline: Pracuję nad sprawą

Inspektor Godley: Właśnie to widzę

Nastała chwilowa cisza.

Inspektor Godley: Masz tydzień

Inspektor Abberline: Uniósł wzrok - proszę Pana.

Inspektor Godley: Tydzień odpoczynku albo zawieszenie

Natąpiła Ciężka, Cisza.

Inspektor Godley: Nie będę miał kolejnego człowieka w Bedlam przez tę sprawę

Inspektor Abberline: Zacisnął szczękę - tak jest

Drzwi biura zamknęły się za nim ciężko. Inspektor Abberline stanął na chwilę w bezruchu w ciemnym korytarz.

Pół godziny później stał już pod swoim mieszkaniem. Otworzył powoli drzwi jakby myślał, że ktoś za nimi stoi. W środku panowała cisza i ciemność. Trzy koty poruszyły się w mroku jakby czekały na coś. Zapalił światło, jeden od razu wskoczył na parapet, drugi przebiegł przy drzwiach. Trzeci siedział bez ruchu na fotelu- Syjamski. Patrzył prosto na niego. Zbyt długo. Zbyt uważnie. Abberline zdjął płaszcz i opadł ciężko na swój fotel. Na stole leżały akta. Te same co w biurze. Nie zabrał pracy do domu. Ona przyszła za nim. Popielniczka była pełna. Przez chwilę nic się nie działo. Tylko cisza. I spojrzenie kota. I wtedy zadzwonił telefon. Abberline zaskoczony, spojrzał w stronę telefonu. Podniósł się powoli i podszedł, podnnosząc słuchawkę.

Inspektor: Abberline, słucham?

Cisza.

A potem głos.

Nieznajomy: Ojcze…

Abberline znieruchomiał.

Nieznajomy: To ja

Krótka pauza.

Nienznajomy: Mogę przyjechać? Potrzebuję pomocy.

Cisza.

Abberline zamknął oczy. Na sekundę.

Inspektor Abberline: Gdzie jesteś?



Aleksander Szarkowski

Napisane przez

Aleksander Szarkowski

Oceń utwór

Brak ocen, bądź pierwszy!

Komentarze

, aby skomentować

Brak komentarzy. Zaloguj się, aby rozpocząć dyskusję.