„Niepewnym krokiem podeszła do okna, by haustem powietrza pozbyć się bladości swej skóry i oczu ciemnego odcienia. Nie słuchała go, patrzyła tylko na blokowiska, które jak grzyby po deszczu wyrastały, zasłaniając piękny las w oddali.
Jak wiatr szarpie myśli ludzi uczciwych, którzy i tak nie mają szansy na niebo.- pomyślała.
Nie wypowiedziała słów mieszkających w niej od zawsze.
Rozpięła bluzkę i wróciła do jego ciepłych ramion, by raz na zawsze zatrzymać pytania, w jego głowie narodzone.”
On spojrzał, jak zawsze łakomym wzrokiem na jej dekolt, na jej twarz i przypomniał sobie nagle w tej chwili wszystkie krzywdy, które mu wyrządziła. Cierpiał. Nie potrafił tak po prostu, przejść nad nimi do porządku dziennego. Chciał jej wybaczyć, aby znów mogli być szczęśliwi razem. Lecz jego męska duma została zraniona i ta rana w jego sercu jeszcze świeża, nie pozwalała mu na dotyk lub chociażby spojrzenie na nią. Nawet nie to łaskawe i czułe, ale jakiekolwiek. Odwrócił się i odszedł smutny i samotny jak nigdy przedtem.
Wyszedł z domu, aby w cieniu blokowiska zniknąć jej z oczu. Chciał, aby tęskniła za nim, aby cierpiała i zrozumiała, czym jest jego miłość do niej. Choć surowa i nieokrzesana, jednak prawdziwa.
Ona tym czasem z uczuciem upokorzenia i odrzucenia, stała patrząc tępo przed siebie. O czym myślała?
O tym, że znów przybędzie jej pytań bez odpowiedzi? Miała ich dość, więc każda ich ilość nie miała już żadnego znaczenia.
Obiecała sobie jakiś czas temu, że nie będzie szukała więcej odpowiedzi na nie. Zamknie swój umysł na wszelkie analizy, kalkulacje i bilanse. Może wtedy zacznie żyć? A on? Czy ją jeszcze kocha? Tylko po co?
Odsunęła firankę w drzwiach balkonowych i wyszła wprost na rześkie powietrze. Przymrużyła oczy, otworzyła usta i oddychała pełną piersią.
Poczuła się przez moment wolna. Odganiała jakiekolwiek myśli, chłonąc chłodny powiew wieczoru. Zamknęła oczy i uniosła się wysoko ponad dachy domów.
Czuła, jak pęd spowija jej drobną postać i upięte wcześniej włosy rozwiewa w nieładzie. Jej ręce ułożone wzdłuż tułowia, powodowały niewielki opór powietrza. Wzlatywała co raz wyżej, czując, jak oddala się od swojego dotychczasowego życia, które teraz jak się jej wydawało, nie miało już tu na ziemi żadnego sensu. Na ziemi, gdzie ostatnia nadzieja i iskierka zgasła wraz z odejściem miłości.
Nie czuła żalu jedynie smutek. W zasadzie bez niej mogła mieszkać wszędzie nawet wśród gwiazd. Poczuła chłód. Otworzyła oczy.
Znów stała na tym samym balkonie. Zapięła bluzkę i wróciła do mieszkania, gdy w tym samym momencie wrócił on jej … kto?
Pomyślała i natychmiast odrzuciła tę myśl. On tym czasem spojrzał na nią i spuścił głowę, odchodząc do innego pokoju. Poczuła jak coś ścisnęło jej krtań, jednak stała tak dłuższą chwilę, patrząc na miejsce, w którym chwilę temu stał.
Zamknęła oczy, miała ochotę ich więcej już nie otwierać, by nie patrzeć, chciała umrzeć i niczego nie czuć już więcej. Nie chciała go dłużej ranić.
Jednego czego chciała, to przestać istnieć, aby swoją osobą nie absorbować przestrzeni dla tych, którzy wiedzą, co to jest szczęście?
Maj 2010 r.
