Otworzyłam okno
na świat kolorowy.
Od barwy jaskrawego słońca
po mrok z mowy.
Powietrze jak pustka
wlatywało do środka.
Raniło, ocierając tym samym
krew kapiącą z rany.
Tak składałam się,
stojąc przy oknie.
Zmęczona.
Zbolała.
Pełna podziękowania
za dbanie o mnie,
gdy krew rosiłam zimną,
do czasu pęknięcia szyb.
Wtedy zauważyłam,
kto ranił najmocniej.
Przez kogo oczy płynęły łzami,
przez kogo krew ściekała z rany.
I serce mrok chłonęło dumny.
Mój przyjaciel — kolor,
co dno miał ciemne.
To niebo tak prawdziwe
i tak inne —
rani
i uśmiecha się do mnie.
