Od wielu jesieni pada pod moją skórą,
choć ludzie mówią, że niebo jest pogodne.
Noszę chmury między żebrami,
a każda z nich zna inną odmianę smutku.
Czasem grzmi we mnie bezgłośnie,
czasem tylko mży pamięcią,
której nie potrafię osuszyć.
Serce postawiło wiadra pod przeciekającym sufitem,
lecz noc zawsze znajduje nowe szczeliny.
Woda wspina się po ścianach wspomnień,
zmywa z nich dawne kolory,
zostawiając wilgotny zapach tęsknoty.
Próbuję otwierać okna na światło,
ale melancholia zna drogę powrotną.
Siada na parapecie
i strzepuje deszcz prosto do moich oczu.
Nikt nie widzi tej powodzi,
bo nauczyłam się chodzić po wodzie własnego smutku.
Tylko noc słyszy plusk moich kroków.
A rano znów mówię światu, że przestało padać,
choć we mnie od dawna nie było suchego miejsca.
