Świat budzi się
bez pytania czy ma na to ochotę.
Piekarnia otwiera drzwi.
Autobus zatrzymuje się na przystanku.
Ktoś zamiata chodnik…
zamiatając wczorajszy dzień.
W oknach zapalają się światła
jedno po drugim
jakby ktoś odliczał ludzi.
Ktoś robi herbatę.
Ktoś wychodzi do pracy.
Ktoś wraca do domu.
Ktoś właśnie podejmuje decyzję,
która zmieni całe jego życie.
A kilka ulic dalej
ktoś kupuje bułki.
I chyba właśnie tego
najczęściej nie zauważamy.
Że wszystko dzieje się naraz.
Ktoś się rodzi
kiedy ktoś inny umiera.
Ktoś pierwszy raz się zakochuje
kiedy ktoś inny przestaje wierzyć w miłość.
Ktoś dostaje wiadomość
na którą czekał od miesięcy
a ktoś inny kasuje numer
który znał na pamięć.
Ktoś śmieje się w autobusie
a siedząca obok osoba
patrzy przez okno
i próbuje nie płakać.
Miasto tego nie komentuje.
Samochody dalej jadą.
Światła dalej zmieniają się z czerwonego na zielone.
Sklepy zamykają się o tej samej godzinie.
Śmieciarka przejeżdża przez ulicę
jak każdego wtorku.
Zwyczajność przykrywa wszystko.
Największe szczęścia
i największe tragedie
mogą wydarzyć się
kilka metrów od siebie.
I nikt nie wie.
Może człowiek siedzący obok
w kolejce do lekarza
właśnie przeżywa najgorszy dzień życia.
Może kasjerka
która mówi
„miłego dnia”
nie miała miłego dnia od miesięcy.
Może dziecko
które biegnie przez park
zapamięta ten dzień
na całe życie.
A może nie zapamięta go wcale.
Wieczorem świat zwalnia.
W tysiącach mieszkań
ludzie gaszą światła.
Jedni zasypiają spokojnie.
Inni długo patrzą w sufit.
Za ścianą ktoś się śmieje.
Na ulicy ktoś wraca samotnie.
Gdzieś daleko pada deszcz.
I tylko ziemia
kręci się dalej.
Jakby nic się nie stało.
